"Kaddafi był mną zafascynowany, Baszir wyglądał jak naćpany". Wspomnienia Condoleezzy Rice

Redakcja
Prezydent Sudanu spotykał się z nią, będąc chyba naćpanym. Kaddafi okazywał dziwaczną fascynację jej osobą. Condoleezza Rice ujawnia tajemnice swojej pracy w Białym Domu - pisze Rhys Blakely.

Dla Muammara Kaddafiego była "czarnym kwiatem w Białym Domu". Dla byłego wiceprezydenta Dicka Cheneya - płaksą. We wtorek ukazały się wspomnienia Condoleezzy Rice. Dowodzą one, że była sekretarz stanu jest równie silna i mocna co wszyscy mężczyźni. Przynajmniej gdy chodzi o siłę charakteru.

Popularna interpretacja w myśl waszyngtońskiej pseudopsychologii brzmi - ponieważ Rice już we wczesnym okresie życia miała tak fenomenalne osiągnięcia, to w bardziej dojrzałym wieku nie potrafiła godzić się z porażkami. Przypomnijmy. Mając pięć lat, grała na fortepianie Beethovena. Uczelnię skończyła w wieku 19 lat. Siedem lat później - czyste szaleństwo - już wykładała na prestiżowym Uniwersytecie Stanforda. W 35. roku życia, gdy rozpadał się ZSRR, uznawano ją za czołowego amerykańskiego kremlinologa.

Zaprzeczy takiej opinii? Rice usiłuje mnie przekonać. - Tak, byłam dobrą pianistką, ale nigdy nie stałabym się wielką. Poza tym fatalnie jeździłam na wrotkach. Czy więc rzeczywiście nie potrafię przyznawać się do błędów?

Siedzimy w małej sali konferencyjnej pełnej pamiątek. Cała historia kariery od dorastania w skromnym domu w podzielonej pod względem rasowym Alabamie lat 50. do szczytów sławy i trwałego miejsca w annałach historii. Na pierwszy plan wybija się pięć olbrzymich fotografii, na których widać Rice i George'a W. Busha. To w jego administracji pełniła, jako pierwsza kobieta w historii, funkcję doradczyni ds. bezpieczeństwa narodowego, a później - po dymisji Colina Powella - sekretarza stanu. Na jednym ze zdjęć oboje z prezydentem patrzą sobie w oczy. Rice powie mi, że między nią a Bushem istniała szczególna więź. - Oboje patrzyliśmy wprost na podstawowe wartości. I tak, prawda, byliśmy ludźmi religijnymi. Myślę, że i to się liczyło.

Czytaj także: Niezwykłe znalezisko w kwaterze Kadafiego: Album ze zdjęciami Condoleezzy Rice

Reszta zdjęć? Jakby żywcem wzięta ze skróconego wydania "Kto jest kto światowej polityki początku XXI wieku". Na jednym Rice spożywa lunch z Bushem, Dickiem Chenyem, byłym prezydentem Pakistanu Pervezem Muszarrafem i Afganistanu Hamidem Karzajem. Na drugim - wita się z Nelsonem Mandelą. Na półce oprawiony tom - "Teksty modlitw odmawianych przed spotkaniami gabinetu. George W. Bush 2001-2009" - z dedykacją od prezydenta "Stałaś przy mnie i za to Ci dziękuję".

W innym miejscu rzeczy przypominające, co robiła w latach zimnej wojny. Kilka radzieckich kiczów. List od Busha seniora z datą 1 marca 1991 r. - "Nie ma nic bardziej poruszającego niż widok Europy Wschodniej pławiącej się - nie bez ogromnych trudów - w swojej nowo odzyskanej wolności. Nikt [z nas] nie przyczynił się do tego osiągnięcia bardziej niż Ty".

Można patrzeć i patrzeć. Dlatego chwilę zajmuje mi uświadomienie sobie, że czegoś mi tu brak - ani śladu Iraku i ataków na World Trade Center.

Zaskakuje, że nie ma nic przypominającego ten kraj. Bo przecież Rice zawsze twierdziła, iż decyzja o inwazji na Irak była ze wszech miar słuszna, a historia obejdzie się z tą misją w sposób łagodny. Z drugiej strony moja rozmówczyni nie wierzy już, że kiedykolwiek odnajdzie się tam broń masowego rażenia. - Jestem jednak pewna, że zapominamy czasem o tym, jak niezwykłą infrastrukturę utrzymywał Saddam Husajn. Obecność naukowców, którzy mieli odpowiednią wiedzę na temat tego, jak skonstruować tego typu broń, czy choćby to, że główne tamtejsze firmy nabywały wszelkiego rodzaju materiały - mówi Rice.
Jej zdaniem świat winien być wdzięczny, bo Bliski Wschód nie jest dziś miejscem, gdzie odbywałby się atomowy wyścig zbrojeń między Irakiem a Iranem.

Bardziej zrozumiały jest brak czegokolwiek, co przypominałoby ataki na wieże World Trade Center. - Ten dzień zawsze będzie ze mną. Nie sposób być wówczas doradczynią ds. bezpieczeństwa narodowego i nie pamiętać o tym do końca życia.

W 2007 r. tygodnik "Time" pisał, że Condie - jak nazywają ją przyjaciele - "jest nie tylko najbardziej eleganckim i wytwornym, ale też najpopularniejszym członkiem administracji Busha". Nawet w czasie gdy Ameryka walczyła, jak mogła, aby wyjść z koszmarnych tarapatów związanych z Irakiem, Rice - zdaniem magazynu - była "jedynym najwyższej rangi przedstawicielem administracji, który mógłby kontynuować karierę polityczną po końcu urzędowania Busha".

Wróćmy jednak do wydanych wspomnień. Rice opisuje czas spędzony w Białym Domu. Ich ton jest tu zupełnie inny. Za kulisami "rycerska królowa" już w 2001 r. groziła odejściem. Dlaczego? Bo dowiedziała się, że Dick Cheney i doradca Białego Domu Alberto Gonzales za jej plecami podjęli decyzję o utworzeniu sądów wojennych mających sądzić podejrzewanych o terroryzm.

Czytaj także: Niezwykłe znalezisko w kwaterze Kadafiego: Album ze zdjęciami Condoleezzy Rice

Lata później osobiście była blisko podjęcia decyzji o podaniu się do dymisji po przejściu czegoś w rodzaju panicznego strachu. Opisuje, jak podczas piątej rocznicy zamachów na WTC stała na trawniku Białego Domu i patrzyła na lecący samolot. "Przez chwilę miałam wrażenie, że leci wprost na nas. Byłam przerażona. Ale po tym, co zdawało się trwać całe minuty - a w istocie tylko chwilkę - doszło do mnie, że maszyna porusza się normalnym kursem. Pomyślałam sobie: Tkwisz w tym już chyba za długo. Jutro pójdziesz do prezydenta i powiesz mu, że odchodzisz z końcem roku. Nie dasz rady tego ciągnąć".

Dziś Condoleezza Rice prowadzi spokojne i ustatkowane życie. Wróciła na Uniwersytet Stanforda - tam właśnie rozmawiamy - gdzie prowadzi wykłady. Jak zawsze jest nieskazitelnie elegancka i zachowuje klasę jak wtedy, gdy odgrywała jedną z głównych ról na światowej scenie politycznej. Jej biuro z góry pyta fotografa "The Times", w jakim kolorze chciałby ją widzieć podczas naszego spotkania. Skutek? Oszałamiająco purpurowa sukienka w stylu kobieta biznesu. Siedzi ze skrzyżowanymi nogami wyprostowana jak strzała na samym czubku niedużego stołu posiedzeń.

Takie ujęcie znamy z setek jej fotografii. Jest niezwykle uprzejma. Z góry wiadomo, że w tym wywiadzie, jak w każdym, będzie trzymać się ściśle przyswojonego scenariusza.

Różni czytelnicy znajdą w jej książce różne interesujące ich sprawy. Osoby i studenci zajmujący się Bliskim Wschodem zaciekawi, jak blisko - tak twierdzi - była osiągnięcia porozumienia pokojowego między Autonomią Palestyńską a Izraelem. W 2008 r. premier Ehud Olmert miał po cichu zaproponować utworzenie państwa palestyńskiego. W podzielonej Jerozolimie miejsca święte podlegałyby kontroli międzynarodowej. Wielu Izraelczyków takie ustępstwa uznawało wprost za niemożliwe. Sprawa wygasła, a nowa administracja Baracka Obamy wybrała inną drogę.

Cały tekst przeczytasz w weekendowym wydaniu "Polski" lub na stronie prasa24.pl.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie