Kaczyński: Doskonały strateg zdeterminowany jak nigdy wcześniej

Redakcja
O tym, jak w ciągu ostatnich szesnastu miesięcy zmienił się Jarosław Kaczyński, dlaczego popełnił błąd na ostatniej prostej kampanii wyborczej i jaka czeka go przyszłość w przypadku niedzielnej porażki lub zwycięstwa - pisze Dorota Kowalska

Jarosław Kaczyński nie był jeszcze tak zdeterminowany jak dzisiaj, chociaż determinacji nigdy mu nie brakowało. Ostatnie półtora roku było dla szefa PiS niezwykle ciężkie: śmierć brata, bratowej, partyjnych kolegów i koleżanek w katastrofie smoleńskiej, choroba matki, wreszcie przegrane wybory prezydenckie - na pewno przygniotłoby to niejednego, ale nie prezesa Prawa i Sprawiedliwości.

Czytaj też:"Polska jest jedna": Kaczyński podpisał deklarację ws. współpracy i "patriotyzmu gospodarczego" (ZDJĘCIA)

W kampanii parlamentarnej wypadał korzystnie, notowania PiS powoli zbliżały się do tych Platformy, a prezes po raz kolejny zmienił oblicze z agresywnego, zawziętego na spokojną, zatroskaną losami kraju twarz prawdziwego męża stanu. - Dzisiaj ten wyciszony PiS, te młode panie, profesorowie, Kaczyński, który sypie anegdotą i udaje kogoś, kim nie jest, mają uśpić niechęć do prezesa. PiS zdał sobie sprawę, że strach przed Kaczyńskim jest głównym motorem górki, którą ma Platforma. Bo ludzie, którzy nawet się polityką nie interesują, poszli cztery lata temu do wyborów w obawie przed rządami "szaleńca". I właśnie demobilizacja jest głównym problemem Platformy, bo PiS udało się w ostatnich tygodniach narzucić ton kampanii: spokojny, trochę rozmemłany, taki, po którym nie ma powodu bać się Kaczyńskiego. Przecież niczym dzisiaj nie straszy, prawda? - mówił nam dwa tygodnie temu europoseł Michał Kamiński, kiedyś bliski współpracownik prezesa.

Czytaj też:Kaczyński: Najpierw trzeba rozbroić bombę tykającą pod finansami publicznymi. A potem? Smoleńsk

Jarosław Kaczyński to typ samotnika, mocno wyizolowanego od świata. Z tym światem kontaktował się przez Lecha i matkę. Kiedy zabrakło brata, a matka zachorowała, prezes został bez oczu i uszu

Wszystko szło według planu aż do tego tygodnia. Na siedem dni przed wyborami prezesowi puściły nerwy. W świeżo wydanej książce "Polska naszych marzeń", Kaczyński pisze: "Nie sądzę, żeby kanclerstwo Angeli Merkel było wynikiem czystego zbiegu okoliczności, nie będę jednak tego przeświadczenia rozwijał, zostawiam to politologom i historykom". Co prezes miał na myśli, nie wiadomo, ale można się domyślać, bo przecież Angela Merkel, choć urodziła się w Hamburgu, to do chwili zjednoczenia była obywatelką NRD, a tam panoszyło się Stasi, które swoich agentów miała nawet w federalnym urzędzie kanclerskim. Niedopowiedzianą myśl Kaczyńskiego podchwycili dziennikarze "Newsweeka", którzy zapytali szefa PiS, co konkretnie chciał powiedzieć o kanclerz Niemiec. - Ona wie, co ja chcę przez to powiedzieć. Tyle wystarczy - uciął po swojemu Kaczyński, ale w świat poszło, że oto kandydat na premiera RP podejrzewa szefa zaprzyjaźnionego kraju i największego partnera handlowego Polski o niejasne powiązania. Wprawdzie w czwartek prezes Kaczyński bagatelizował sprawę, tłumacząc, że nie spodziewał się, iż jego słowa wywołają aż taką reakcję, ale niesmak pozostał.

Czytaj też:Tusk: Kaczyński zagwarantuje Polakom ułańskie szarże przeciwko każdemu

- Kaczyński taki jest: nieodpowiedzialny. Ale to zachowanie wynika z jego niewiedzy o świecie i mechanizmach w nim funkcjonujących - mówi jeden z byłych współpracowników prezesa. I opowiada anegdotę krążąca po Sejmie zarzekając się, że jest prawdziwa. Otóż w 2004 r. prezes Kaczyński miał wystąpienie w Sejmie, dyskutowano o eurokonstytucji. Nagle, do Adama Bielana, wówczas razem z Kamińskim bliskiego współpracownika Kaczyńskiego, dzwoni korespondent portugalskiej agencji prasowej i próbuje się dowiedzieć, co prezes miał na myśli, mówiąc, że "portugalski premier szantażował Polskę". Bielanowi ponoć włosy dęba stanęły. Pognał do szefa i grzecznie pyta, o co chodzi, a Kaczyński na to ze stoickim spokojem: "Coś mi tam chyba kiedyś Naimski o tym mówił". Tyle. Zero stresu.
Ale też prezes znany jest z tego, że najciekawszą opowieść, w której coś sugeruje, przerywa w połowie hasłem "Kiedyś to się wyjaśni" albo "On dobrze wie, co mam na myśli". Kolejna wpadka to wymiana zdań z dziennikarzem TVN, którego prezes najzwyczajniej w świecie zrugał, gdy ten zapytał, czy Angela Merkel jest nieprzyjaznym Polsce politykiem. - Jestem zmuszony pana zapytać, z jakiej pan jest redakcji: polskiej czy niemieckiej? - zwrócił się Kaczyński do Jakuba Sobieniowskiego. Kilka godzin później Adam Hofman, rzecznik PiS, sugerował, żeby na czas kampanii wysłać Sobieniowskiego na urlop.

Czytaj też:"Polska jest jedna": Kaczyński podpisał deklarację ws. współpracy i "patriotyzmu gospodarczego" (ZDJĘCIA)

- To dramatyczny błąd - ocenia Paweł Piskorski, szef Stronnictwa Demokratycznego, były polityk Platformy. - Bo TVN, który obiektywny nie jest i trzyma stronę Platformy, dostał wiatru w żagle. Ale Jarosław Kaczyński bywa nieostrożny, głupio dobiera słowa, a czasami najzwyczajniej w świecie go ponosi - dodaje Piskorski. I opowiada, że prezes PiS był podczas konferencji, na której tak niefortunnie odpowiedział dziennikarzowi TVN, w mało komfortowej sytuacji. - On nie lubi występować na obcym gruncie, najchętniej odpowiada na pytania, kiedy obok albo za nim stoją osoby mu bliskie, zwolennicy - tłumaczy Piskorski.

Jest jeszcze jedna rzecz: tłum zawsze wyostrza wypowiedzi. Janusz Palikot opowiadał kiedyś, że kiedy mówi wśród ludzi kulturalnie, zachowując formy, nie wzbudza takiego zainteresowania, jak wtedy, gdy nazwie rzeczy po imieniu, dosadnie. Według psychologów wiwatujący czy oklaskujący tłum sprawia, że osoba przemawiająca mówi czasami więcej, niż powinna powiedzieć.

Czytaj też:Tusk: Kaczyński zagwarantuje Polakom ułańskie szarże przeciwko każdemu

- Atak na Angelę Merkel może być punktem zwrotnym kampanii. Wszyscy przecież wiedzą, że Niemcy to europejska potęga, a sytuacja w Europie i na świecie do łatwych nie należy. Więc rodzi się pytanie, często padające w kampanii PO, jak sobie Kaczyński jako szef rządu skłócony z wszystkim naokoło poradzi - ocenia jeden z polityków prawicy. - To, co zrobił prezes, jest najgorsze z jego punktu widzenia. Bo jeśli PiS przegra te wybory, wszyscy będą pisali, że to przez niego przegrali i wyrzucili w błoto 30 mln zł wydanych na kampanię - dodaje nasz rozmówca.

Czy ostatni tydzień rzeczywiście zaważy na wyniku wyborów? Jarosław Kaczyński chce je wygrać z kilku powodów. - Jako mężczyzna podchodzi do tego wyścigu ambicjonalnie, to raz. Dwa, szkoda Polski i kolejnych czterech straconych lat, bo takie były pod rządami Platformy, no i na pewno w grę wchodzi kwestia pamięci o bracie - wylicza europoseł Ryszard Czarnecki z Prawa i Sprawiedliwości.

Czytaj też:Kaczyński: Najpierw trzeba rozbroić bombę tykającą pod finansami publicznymi. A potem? Smoleńsk

Jarosław Kaczyński był z bratem Lechem wyjątkowo związany. Po katastrofie smoleńskiej wiele osób zadawało sobie pytanie, czy zdoła się jeszcze podnieść, czy może odejdzie z polityki. - Ta śmierć na pewno go zmieniała. Jarosław jest typem samotnika, zawsze wyizolowanym od świata. Z tym światem kontaktował się przez dwie osoby: matkę i brata. Nagle brat odszedł, a matka ciężko się rozchorowała, więc Jarosław tak jakby stracił oczy i uszy - mówi nam jeden z byłych współpracowników prezesa. I dodaje, że Kaczyński żyje w świecie wyidealizowanym, poznaje otoczenie w sytuacjach, które sam wyreżyseruje, więc kiedy znajduje się w tych nieprzewidywalnych - często się gubi.
- Śmierć brata w sensie psychologicznym miała dla niego fundamentalne znaczenie, bo dzisiaj czuje się jeszcze bardziej samotny i jeszcze bardzo wyizolowany - mówi nam jeden z polityków Prawa i Sprawiedliwości.
Razem z Lechem doskonale się uzupełniali. Lech Kaczyński przyznał kiedyś w wywiadzie dla "Polityki", że brat jest od niego lepszy w tworzeniu idei, koncepcji, programów, jest lepszym mówcą i polemistą. On ma za to większą od brata umiejętność nawiązywania kontaktów. Bo bracia, choć tak podobni, różnili się zasadniczo. - Znałem Lecha i Jarosława, tego pierwszego znacznie lepiej. I kiedyś Leszek mówi mi: "Słuchaj, muszę cię koniecznie poznać z moim bratem. Ale mój brat to nie ja, dlatego przygotuję cię do tego spotkania" - opowiadał mi kiedyś jeden z polityków prawicy, prosząc, aby nie podawać jego imienia. - Do poznania nigdy nie doszło, ale miałem okazję spotkać się kilkakrotnie z Jarosławem Kaczyński i rzeczywiście, różnica była widoczna od razu. Lech Kaczyński nawet w kontaktach służbowych zostawiał miejsce na żart czy uśmiech. Jarosław nigdy: konkretny, właściwie się nie uśmiechał, czasami zastanawiałem się nawet, czy w ogóle ma jakieś uczucia - tłumaczył nasz rozmówca. Ma dalej, niż miał brat, ustawiony próg przechodzenia do relacji osobistej, dłużej nabiera do ludzi zaufania, jest bardziej ostrożny.

Czytaj też:"Polska jest jedna": Kaczyński podpisał deklarację ws. współpracy i "patriotyzmu gospodarczego" (ZDJĘCIA)

Braci różniły też poglądy polityczne. Lech Kaczyński był bardziej centrowy od brata, a w sprawach społecznych miał ciągoty socjalizujące. On sam wolał mówić, że brat jest bardziej na prawo od niego.

Jarosław i Lech dorastali na warszawskim Żoliborzu, w inteligenckiej, patriotycznej rodzinie. Obaj uczęszczali do XLI Liceum Ogólnokształcącego im. Joachima Lelewela w Warszawie. Liceum tworzyło wtedy środowisko skupione wokół Seweryna Blumsztajna, walterowców, środowiska kontestującego komunizm z pozycji lewicowych. "Ja do nich nie pasowałem. Wtedy czytałem namiętnie Romana Dmowskiego, byłem zafascynowany »Polityką polską i odbudową państwa«. Gdybym wtedy spotkał młodych narodowców, oczywiście nie jakichś głupich narodowców - związek mógłby być silniejszy" - opowiadał Jarosław Kaczyński w "O dwóch takich... Alfabet braci Kaczyńskich", wywiadzie rzece udzielonym Michałowi Karnowskiemu i Piotrowi Zarembie. Po skończeniu liceum Jarosław Kaczyński studiował na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie w 1971 r. na Wydziale Prawa i Administracji uzyskał tytuł zawodowy magistra, a potem obronił pracę doktorską. Wśród polityków uchodzi za człowieka niesłychanie inteligentnego, błyskotliwego, oczytanego erudytę.

Czytaj też:Kaczyński: Najpierw trzeba rozbroić bombę tykającą pod finansami publicznymi. A potem? Smoleńsk

- Poznałem Jarka w latach 80. Działałem wtedy w Centrum Demokratycznym na Dolnym Śląsku i nawiązaliśmy współpracę z organizacjami o podobnym profilu ideowym w Warszawie - opowiadał mi kiedyś Adam Lipiński, jeden z bliskich współpracowników prezesa Prawa i Sprawiedliwości. Kiedy w 1993 r. PC się rozpadało, wielu postawiło na Kaczyńskim krzyżyk. Ale żaden inny polityk nie ma takiej zdolności reaktywacji i nie potrafi tak skutecznie wykorzystywać okazji, które się nadarzają. W 1997 r. Kaczyński wszedł do Sejmu z list Ruchu Odbudowy Polski, po wyborach opuścił ROP i działał w Sejmie jako polityczny niezależny, ściśle współpracujący z Ludwikiem Dornem. Sam Kaczyński był jednak coraz bardziej sfrustrowany polską polityką, w której ewidentnie nie mógł znaleźć miejsca. Udzielał nawet wywiadów, w których zapowiadał wycofanie się z niej. Ale wbrew tym zapowiedziom czekał, a kiedy przyszedł odpowiedni moment, wyszedł z cienia.

Czytaj też:Tusk: Kaczyński zagwarantuje Polakom ułańskie szarże przeciwko każdemu
- To człowiek o żelaznych zasadach, niebezpieczny, bo umiejący dostosować się do każdej sytuacji. A przy tym bezkompromisowy, otwarty w wyrażaniu swoich poglądów, czasami wręcz bezwzględny. I co najważniejsze: doskonały strateg mający zawsze przygotowane scenariusze B, C i D - mówi nam jeden z polityków prawicy.

Czytaj też:Kaczyński: Najpierw trzeba rozbroić bombę tykającą pod finansami publicznymi. A potem? Smoleńsk

Jarosław wykorzystał popularność swojego brata Lecha, który jako minister sprawiedliwości zyskał sympatię Polaków, i na jej bazie stworzył PiS, którego kośćcem było Porozumienie Centrum. PiS zyskał poważną popularność. Doszedł do władzy, ale koalicja z Samoobroną i LPR nie wyszła im na dobre.

I kiedy szykowali się do kampanii prezydenckiej, przyszedł 10 kwietnia 2010 r. - Pomyśleliśmy wtedy, że może i dobrze się składa z tą kampanią, bo czymś prezesa zajmiemy. Nie będzie myślał tylko o tym, co się stało, ale zaangażuje się w pracę - mówi nam jeden z byłych współpracowników prezesa.

W czasie kampanii Jarosław Kaczyński zmienił twarz, mówił o końcu wojny polsko-polskiej i braciach Rosjanach, sondaże szły w górę i dawały Kaczyńskiemu realne szanse na zwycięstwo. Kiedy jednak wybory przegrał, wrócił do starej retoryki, a swoją kampanijną maskę tłumaczył tym, że był na proszkach, więc nie do końca kontrolował to, co się dzieje.

Czytaj też:Tusk: Kaczyński zagwarantuje Polakom ułańskie szarże przeciwko każdemu

- Był zawiedziony, że po kampanii i przegranych wyborach ludzie wyjechali na wakacje. Mówił: "Zostawili mnie". Ale było też trochę tak, że po tym kampanijnym zamieszaniu, nerwach, adrenalinie do prezesa doszło, co się stało. Ponoć najgorszy okres żałoby to nie dzień czy dwa po stracie bliskiej osoby, ale dwa, trzy miesiące - mówi jeden z polityków PiS. - Jarek nagle poczuł pustkę.
Ludzie, którzy robili mu kampanię, odeszli z partii, a prezes ruszył na prawdziwą wojnę. Jednym z jej elementów jest otwarta dezawuacja rządu i prezydenta. "Nie podam ręki Komorowskiemu" - zadeklarował już we wrześniu ubiegłego roku, by kilka miesięcy później bezceremonialnie stwierdzić: "Gdyby Bronisław Komorowski nie był tak straszliwie małostkowy, to przynajmniej trzy osoby: Aleksandra Natalli-Świat, Grażyna Gęsicka i Stanisław Zając, by żyły". Dla niewtajemniczonych wyjaśniam: prezesowi chodzi o to, że ówczesny marszałek Sejmu Komorowski nie pozwolił na przełożenie głosowań, więc posłanki PiS nie pojechały, jak ponoć zamierzały, do Katynia pociągiem, ale musiały wsiąść do Tu-154. Jarosław Kaczyński najwyraźniej nie może też darować Bronisławowi Komorowskiemu słów: "Jaki prezydent, taki zamach", które ten rzucił po nieudanym zamachu na konwój prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Gruzji.

Czytaj też:"Polska jest jedna": Kaczyński podpisał deklarację ws. współpracy i "patriotyzmu gospodarczego" (ZDJĘCIA)

Na Donaldzie Tusku prezes PiS też nie zostawia suchej nitki. "Nie chcemy rządów złych ludzi" - mówi 10 kwietnia, w rocznicę katastrofy smoleńskiej, na Krakowskim Przedmieściu, a wśród tych złych, jak można się domyślać, są między innymi premier i ministrowie: Jerzy Miller, Radosław Sikorski, Tomasz Arabski i Bogdan Klich, których dymisji za "zdradę interesów państwa polskiego" domagali się Solidarni 2010. - Prezes coraz bardziej się radykalizuje, ale też nie ma Lecha, który w jakimś stopniu go hamował. Poza tym jest jeszcze kwestia wyjaśnienia tragedii smoleńskiej, bo dla niego wciąż jest nie wyjaśniona. A ponieważ Jarek unika przypadkowych sytuacji, więc w przypadkowość nie wierzy - opowiada nam jeden z polityków prawicy. Stąd wieczna podejrzliwość, szukanie spisków i nieufność wobec innych - po śmierci Lecha większa jeszcze niż wcześniej.
Ale bliscy Jarosława Kaczyńskiego mówią także o innym obliczu prezesa. Bo oprócz tego ugruntowanego w świadomości Polaków: twardego polityka, jest i drugie, które zna niewielu: uprzejmego, sympatycznego i dowcipnego człowieka.

Kobiety, na przykład, za prezesem przepadają, ale też Jarosław Kaczyński jest typem dżentelmena, który przy powitaniu całuje w rękę, wstaje, kiedy do pokoju wchodzi przedstawicielka płci pięknej, i jeśli tylko zechce, potrafi być ujmujący. Czasami potrafi zaskoczyć wyborców, jak chociażby wtedy, gdy publicznie stwierdził, że nie ma konta bankowego, co wprowadziło w osłupienie sporą rzeszę Polaków. Z kolei dziennikarze, którzy podczas wywiadów spotykali się z prezesem PiS, wspominają, że jeszcze w 2005 r. chodził w zniszczonych butach. Ale kiedy PiS doszedł do władzy, doradcy szybko przekonali go do zmiany wizerunku, zadbali o garnitury, krawaty. Bo jak tłumaczył jeden ze współpracowników Kaczyńskiego: - Jarek jest owładnięty wielkimi ideami i takie rzeczy to dla niego przyziemne błahostki.

- Znam człowieka od 20 lat i cały czas jest taki sam, zmienia się w mniejszym stopniu niż inni ludzie, chociaż dzisiaj jest bardziej otwarty na media, internet, bo zdaje sobie sprawę, że to potrzebne do komunikowania się z wyborcami - mówi Ryszard Czarnecki.

Czytaj też:Kaczyński: Najpierw trzeba rozbroić bombę tykającą pod finansami publicznymi. A potem? Smoleńsk

Podczas kampanii Jarosław Kaczyński z ludźmi kontaktował się właściwie nieustannie, w czwartek wybrał się nawet pociągiem do Gdańska. Walczy, choć niektórzy mówią, że wcale nie zależy mu tak bardzo na zdobyciu władzy, bo wtedy miałby kłopot ze stworzeniem koalicji. - Jego wygraną będzie nawet przegrana. Jeśli tylko PJN nie wejdzie do Sejmu, będzie to sygnał dla innych, że bez Kaczyńskiego pobyt na Wiejskiej jest niemożliwy. Jeśli rzeczywiście w każdym okręgu PiS będzie miał po jeden mandacie więcej niż wcześniej, a Tusk zostanie wepchnięty do koalicji z SLD i PSL, to prezes osiągnął swoje wyznaczone cele - uważa Paweł Piskorski.

Nie mogło być inaczej. Bo Jarosław Kaczyński jako doskonały strateg zadbał o to, by pozostać w grze.

Czytaj też:"Polska jest jedna": Kaczyński podpisał deklarację ws. współpracy i "patriotyzmu gospodarczego" (ZDJĘCIA)

Wideo

Komentarze 4

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

n
nomi

Nieprawda, on się nie zmienił, on po prostu przez bardzo długi jak na niego czas udawał.

Jarosław ma teraz jeden, jedyny cel w życiu, który wyraził 30 lipca 2010 na posiedzeniu partii, w gronie najbliższych współpracowników:
- „Nic mi już w życiu nie zostało. Tylko wyjaśnienie śmierci brata.”

t
tylko PIS

Pan Prezes to Polski Bohater, Taki Polski Rambo - nieugięty, odważny do szaleństwa, genialny strateg i wizjoner na miarę tysiąclecia. Jemu zawdzięczamy wszystko, wolność, upadek sowietów i bezpieki.

p
polo

jest ich prywatnej wojna z Polską, Polakami, PiS i Jarosławem Kaczyńskim.
Tusk przyznał to otwarcie mówiąc, "on albo ja". Tak naczelny matoł pojmuje wybory w kraju który uważa za "nienormalny".
To nie wybory, to osobista wojna oparta na nienawiści jaką wytoczyli Polakom Tusk i Palikot.

Ale głosować trzeba …
i 9 października wyrzućmy śmiecie do śmietnika !

S
Stefan Maruda

Podsumowując i analizując ostatnie ataki na Kaczyńskiego w sprawie zapisu w swojej książce o naszych sąsiadach, które są wytworem insynuacji i sugestii wrogich mediów i politycznych adwersarzy, muszę stanowczo stanąć po stronie szefa PiS. Moim zdaniem, Kaczyński jako jedyny w swoich przemówieniach o polityce zagranicznej wyraził przeświadczenie, że Polska powinna prowadzić politykę na stojąco, wszędzie tam gdzie wymagają tego interesy Polski. I o ile Polska powinna współpracować z innymi krajami, zawsze musimy rezerwować sobie prawo do samodzielnego działania w celu ochrony naszych żywotnych interesów narodowych. Z tych wypowiedzi można wysunąć też wniosek, że to jest moment dla nas Polaków i Polski. I to, że powinniśmy odpowiedzieć na wyzwanie, a nie wzdragać się przed jego podjęciem, nie wycofywać się w skorupę izolacjonizmu, nie powiewać białą flagą poddania się, jak to czynił dotychczas Tusk. Można śmiało stwierdzić, że Kaczyński chce i uważa, że predyspozycją Polski nie jest być jednym z wielu równych krajów Europy. A to, że Polska musi przewodzić Europie Wschodniej, gdyż ktoś inny może przejąć tę rolę. Prawdziwy jastrząb, taki w stylu amerykańskim. I chwała mu za to!

Dodaj ogłoszenie