Justin Bieber kontra Beavis i Butt-head. Bohater-wzór pilnie poszukiwany

Lucjan Strzyga
Wiedźmin, pogromca smoków i potworów, znak autorski Andrzeja Sapkowskiego
Wiedźmin, pogromca smoków i potworów, znak autorski Andrzeja Sapkowskiego Fot. materiały prasowe
Udostępnij:
Czy zasoby popkultury mogą dostarczyć wzorzec bohatera, którego w ciemno przedstawimy naszym dzieciom? Dość trudno takiego znaleźć między idealistami a cynikami - przekonuje Lucjan Strzyga.

W 2009 r. w jednym z amerykańskich college'ów przeprowadzono ankietę "Kto jest twoim życiowym autorytetem i dlaczego?". Ku zaskoczeniu wszystkich wygrał Justin Bieber, wówczas 15-letnia gwiazdka słodkawego popu mająca na koncie pierwszy singiel "One Time". Nawet jeśli ankietowani postanowili zakpić sobie z testu, to i tak jego wynik musiał wywołać spory szok. Przepadli ojcowie założyciele, pastor Luther Martin King, a nawet legenda koszykówki Clyde Drexler. Wygrał dzieciak, który za życiowe marzenia uznawał w wywiadach to, że będzie mógł golić się co rano jak dorosły.

Ta historia dobrze obrazuje, że z wyborem wzorca dla naszych dzieci jest spory kłopot. W zalewie idoli trudno zorientować się co do wartości kandydatów i skutków ich ewentualnej działalności. Nawet jeśli za kryterium uznamy eliminację skrajności (przykładowo głupkowaty Bieber kontra Beavis i Butt-head, dwaj degeneraci z prowokującej kreskówki), wybór dalej jest trudny.

Klasyka popkultury dostarcza z reguły kandydatów jednoznacznie nieskazitelnych. Stronice książek i kadry filmów zapełniają zastępy transparentnie etycznych herosów: Nemeczek z "Chłopców z Placu Broni", Pippi Pończoszanka, bohaterka Astrid Lindgren, Staś z "W pustyni i w puszczy", Tomasz Wilmowski z powieści Alfreda Szklarskiego czy Bilbo Baggins z "Hobbita". Dziś ich miejsce zajęli z powodzeniem czarodziej kumający się z magią Harry Potter i wyeksploatowany niekończącymi się powtórkami Kevin, który znów zostaje sam w domu.

Całe to towarzystwo jest bardzo miłe i zabawne, ale czy jego przedstawiciele nadają się na autorytety? Potrafią dać odpowiedź na zagrożenia coraz bardziej brutalnego świata? Znają ciemne strony ludzkiej egzystencji? Wydaje się, że obronną ręką wyszedłby tu jedynie niepożyty Tomek Sawyer, chłopak, który z niejednego pieca chleb jadł, widział nędzę ludzkiego losu, biedę i małość dorosłych, ale nie stracił przy tym ani krzty dziecięcej niewinności. Jego twórca Mark Twain nie ukrywał zresztą, że chciał stworzyć wzorzec dla tych, którzy w przyszłości będą budować "nową, sprawiedliwszą Amerykę".

Można powiedzieć, że Sawyer jest zbyt dorosły na swój wiek. A gdyby nawet, cóż w tym złego? Wśród popkulturowych autorytetów dla młodzieży wkraczającej w wiek dorosły przydałby się z pewnością ktoś z jego życiowym doświadczeniem. Bowiem tu o pozycję znów rywalizują skrajności reprezentowane przez wychuchanego Adasia Cisowskiego, bohatera nieśmiertelnego "Szatana z siódmej klasy", i na siłę zdemonizowanego, nurzającego się masochistycznie w miazmatach świata Wiedźmina z powieści Andrzeja Sapkowskiego.

A tymczasem znalezienie wzorca dla tego przedziału wiekowego to problem, który trafił nawet na karty literatury. Spór między upupionym niewinnością Syfonem a ostentacyjnie demonstrującym wulgarność Miętusem z Gombrowiczowskiej "Ferdydurke" to w istocie poszukiwanie odpowiedniej formy dla wkraczających w życie młodzieniaszków. Formy, której wciąż bezskutecznie poszukujemy.
Gdyby wierzyć fluktuującym rankingom popularności, największymi idolami młodych dorosłych są dziś Ola Kwaśniewska, dla której życiowym wyzwaniem okazał się ślub przyćmiewający przepychem życie towarzyskie w Polsce, i Edward Callum, wampir wegetarianin z triumfalnie podążającej przez kinowe krany sagi "Zmierzch". Zaraz po nich w blasku sławy pławi się zaś odstręczający Jakub Wędrowycz, egzorcysta z ciągotami do samogonu, antybohater cyklu powieści Andrzeja Pilipiuka.

Grono - jak widać - dobrane według trudnych do uchwycenia kryteriów. Łączy je jedno - alienacja z kręgu realnych problemów. A przecież trudno polecać za wzór kogoś, kto nie rozumie świata wokół siebie.

Gdyby jednak poszukać dokładniej, znalazłby się ktoś, kto spełnia wymogi bohatera naszych czasów. Ma kupę pieniędzy, bo zarobił je własną przemyślnością, całkiem spore, bo liczone w miliony grono wielbicieli i - mimo wciąż młodego wieku - sporą znajomość życia, bowiem nie ominęło go nic z rzeczy przykrych, łącznie z procesami sądowymi. To Mark Elliot Zuckerberg, amerykański programista i biznesmen znany głównie jako twórca bijącego rekordy popularności serwisu społecznościowego Facebook. Według prof. Johna Galsworthy'ego z Uniwersytetu Harvarda (tego samego, który skończył Zuckerberg) łączy on ideały pokoleń, syntetyzuje marzenia i daje nadzieję.

No dobrze, a co z wzorcami dla całkiem dorosłych? Na pierwszy rzut oka sytuacja w tej dziedzinie powinna być klarowniejsza, ale okazuje się, że nic z tego. Popkultura znów dostarcza nam stereotypów: z jednej strony - zastępów przeróżnych, do cna wyabstrahowanych z rzeczywistości Panów Samochodzików pamiętających jeszcze PRL-owską prosperity, z drugiej - scyniczałych do cna idoli w stylu Borysa Szyca, perłę nadwiślańśkiego aktorstwa dla niewymagających. Kandydata znów trzeba szukać gdzieś pośrodku.

Problem nienowy. Gdy nasi przodkowie rozczytywali się w "Trylogii" Sienkiewicza, jako jeden z niewielu przypuścił na nią atak Stanisław Brzozowski, socjalista z etykietką "chrześcijański". Zarzucił on nobliście, że podsuwając rodakom postaci w stylu Skrzetuskiego czy Kmicica, infantylizuje ich do stopnia wręcz niebotycznego. Po części miał rację - zjawisko pod nazwą "Kmicic", czyli szlachetny typ, gotów dla ojczyzny poświecić wszystko, a przy tym nie zaprzątający sobie głowy światopoglądowymi rozterkami, nie występuje w przyrodzie. Z drugiej jednak strony Brzozowski mylił się - kilkanaście lat po jego filipikach ruszające na front legiony zapełniły się Kmicicami i Skrzetuskimi, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. I to wcale nie infantylnymi.

Dziś nie mamy jednak szans na nową "Trylogię", a za rządców dusz uchodzą cwaniakowaty doktor House i złotousty Krzysztof Ibisz, za których intencje nie warto stawiać zbyt wiele. Paradoksalnie więc bohatera na czas dzisiejszej dekadencji warto poszukać na kartach kryminału. To tam narodził się Philip Marlowe, człowiek doskonale pasujący do niniejszych rozważań.

Że zbyt szybko zagląda do butelki? Zbyt często ląduje z ponętnymi niewiastami w łóżku? Jego pięść ze zbyt błahych powodów łamie cudze nosy? Możliwe, dodajmy do tego, że nie mówi zbyt wiele, patrzy spode łba, a świat napawa go jedynie obrzydzeniem. Ale to on jest jednocześnie ostatnim sprawiedliwym na tym łez padole, z trudno zrozumiałym uporem tropiącym zło i niegodziwość. - To bohater naszych trudnych czasów - powiedział o nim jego literacki ojciec Raymond Chandler, w wywiadzie dla "New York Timesa" w 1951 r. Minęło sześć dekad i słowa te nie straciły nic ze swej aktualności.
Kolejne wcielenia Marlowe'ów tylko je potwierdzają.

Jaki zatem powinien być wzorzec dla naszych dzieci? Jeśli Państwo przebrnęli przez te wywody bez jasno precyzowanego zdania, to podsumujmy je jednym zdaniem: powinien być wart poświęconej mu uwagi.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie