reklama

John Porter i Wojtek Mazolewski: Więcej nas łączy niż dzieli

Paweł Gzyl
Paweł Gzyl
Zaktualizowano 
Rockowy wokalista i gitarzysta John Porter oraz jazzowy basista Wojtek Mazolewski opowiadają nam o swojej wspólnej płycie.

- John nagrywał z Nergalem czy Anitą Lipnicką, a Wojtek ma na swym koncie płytę „Chaos pełen idei”, na której kooperował z innymi muzykami. Co was pociąga w idei współpracy z innymi artystami?

J.P.: Mnie zafascynowała osobowość Wojtka, jego wspaniałe podejście do muzykowania. Zaimponował mi też jako człowiek. Kiedy usłyszałem pierwsze efekty naszej współpracy, wiedziałem, że musimy zrobić razem coś więcej. Dobrze, że Wojtek nie jest kobietą, bo bym się w nim zakochał. (śmiech)
W.M.: Mnie pociąga potencjał tego, co się może zdarzyć. Kiedy dzielisz swoje doświadczenie z kimś innym, a on wnosi swoje. Na poziomie muzycznym daje to wręcz nieograniczone możliwości. To wspaniałe, kiedy otwierasz się na drugiego człowieka na maksa, chcesz go poznać i uczyć się od niego. Wtedy pojawia się odwaga, by mówić naprawdę szczerze. I mogą się zdarzyć rzeczy cudowne.
J.P.: Podobało mi się też to, że zanim zaczęliśmy nagrywać, nie wiedzieliśmy, dokąd nas to zaprowadzi. To było jak biała, niezapisana kartka.

- Po raz pierwszy spotkaliście się przy okazji wspomnianej płyty „Chaos pełen idei”, na której znalazła się wasza piosenka „Polish Girl”. To wtedy narodził się pomysł nagrania całego wspólnego albumu?

J.P.: Wojtek mi nie odpuścił i zaprosił mnie na koncerty promujące „chaos pełen idei”. I to właśnie wtedy zaczęliśmy na poważnie rozmawiać o nagraniu całej płyty. Złapaliśmy ze sobą bardzo dobrą komunikację na scenie. Wówczas obaj pomyśleliśmy: „Coś w tym jest!”.

W.M.: Ideą płyty „Chaos pełen idei” było pokazanie, że świat muzyki jest nieograniczony. Nie ma różnic stylistycznych czy pokoleniowych. Więcej nas łączy niż dzieli. To jak jesteśmy pokazywani w mediach, często jest nieprawdziwe. Szczególnie w dzisiejszych czasach. Tak naprawdę chciałem na tej płycie powrócić do idei prawdziwego spotkania między ludźmi. Aby pokazać, że otwieranie się na innych jest bardzo pożyteczne, bo wnosi do naszego życia coś nowego. I pokazuje, że więcej nas łączy niż dzieli. Choć politycy i media czasem mówią inaczej.

- Dlaczego doświadczenie koncertowe było tak istotne dla rozpoczęcia przez was współpracy?

W.M.: Kiedy wchodziliśmy na scenę, udawało się nam tchnąć nowe życie w te piosenki, które wspólnie zrobiliśmy w studiu. To się fajnie potoczyło. John wszedł totalnie w to, co działo się na koncertach. Zaczął improwizować na gitarze, a nawet tworzył na żywo słowa do tych utworów, które były instrumentalne. Ta otwartość była dla mnie tak unikatowa, że postanowiliśmy robić to dalej.
- John to rockowy muzyk, Wojtek – to jazzman. Co wspólnego odkryliście w sobie w toku waszej współpracy?

J.P.: Nie podchodziliśmy do tego w ten sposób, że ja jestem rockmanem, a Wojtek jazzmanem. Po prostu tworzyliśmy razem muzykę, coś wspaniałego, co było tylko nasze. Owszem – słychać w tym, co zrobiliśmy nasze korzenie. Ale wcale nas to nie dzieliło.
W.M.: Nas obu łączy to, że całe swoje życie poświęciliśmy muzyce. Tego nikt nam nie odbierze. To jest słyszalne na pierwszy rzut ucha.

- Reprezentujecie jednak różne pokolenia: John ma 69 lat, a Wojtek jest niemal o połowę młodszy. To nie stanowiło problemu?

W.M.: Zawsze lubiłem uczyć się od starszych. Wszyscy powinniśmy się uczyć od siebie – i właśnie szczególnie międzypokoleniowo. To, co powiem może nie jest poprawne politycznie, ale starość jest dzisiaj spychana na boczny tor. To nie jest dobre, bo nie korzysta się z tego, co ludzie starsi mogą nam przekazać. A przecież mogą oni wnieść do naszego życia swoje doświadczenie, autorytet, mądrość. Tymczasem my rzadko z tego korzystamy. W tych kulturach, które przetrwały przez wieki, starsi ludzie byli otaczani szacunkiem i współtworzyli rzeczywistość.

J.P.: Muzyka jest globalnym i uniwersalnym językiem. Dlatego na tym polu nie ma podziału na młodszych i starszych.

- Płyta jest piosenkowa. Czy to znaczy, że to John skomponował te utwory, a Wojtek tylko w nich zagrał?

J.P.: Nie. Każdy z nas przynosił pomysły, które potem wspólnie rozwijaliśmy w piosenki. To był bardzo fajny sposób pracy: przerzucać się nawzajem pomysłami.

W.M.: Czasami łapaliśmy za instrumenty i zaczynaliśmy grać. Z tego rodziły się zupełnie nowe utwory. Ja zresztą od najmłodszych lat pisałem piosenki. To była forma, od której zaczynałem. Do dziś, komponując nawet jazzowe utwory, robię to w taki sposób, jakbym tworzył piosenki.

- Wojtku jesteś znany z tego, że niezwykle ważne są dla ciebie improwizacje. Nie zabrakło ci tego na waszej płycie z Johnem?

W.M.: Nie. Bo tę formę piosenkową wypracowywaliśmy często nawzajem improwizując. To było bardzo ciekawe. Improwizacja nie jest bowiem przypisana do muzyki jazzowej. Większość klasycznego rocka w rodzaju Beatlesów, Cream, Hendriksa czy Zeppelinów, powstawała właśnie na drodze improwizacji. Tak rodziły się pojedyncze piosenki i całe płyty. W latach 60. i 70. Większość zespołów rockowych wychodziła na scenę i improwizowała. To cała scena z San Francisco – Grateful Dead czy Jefferson Airplane. Podobnie jest z bluesem. Johny Lee Hooker czy Muddy Waters zmieniali podczas koncertów swe piosenki w pełne improwizacji utwory.

- Wspomniałeś o muzyce rockowej i bluesowej z lat 60. i 70. Muzyka z waszej płyty mocno odwołuje się właśnie do tamtych

czasów. To najbliższy wam obu okres w popkulturze?

W.M.: Trudno byłoby nam zmyć z siebie własne doświadczenia. Jesteśmy, jacy jesteśmy. Na tym się wychowywaliśmy, na tym wzrastaliśmy. O tym czytaliśmy, tego słuchaliśmy, to oglądaliśmy. To wszystko jest więc dziś częścią nas. Tworzymy jednak naszą muzykę dzisiaj: choć słychać na tej płycie świadomość tradycji, to słychać też, że powstała ona w 2019 roku.

- Jaką rolę odegrali dwaj koledzy, których zaprosiliście do nagrań – gitarzysta Piotr „Rubens” Rubik i perkusista Tomek „Harry” Wadowski?

J.P.: Ja nie znałem ich wcześniejszych dokonań. Ale zaufałem Wojtkowi, że to są znakomici muzycy. I okazało się, że wspaniale się do nas dostosowali. Od razu weszli w nasze improwizacje. Czasem jak się gra z kimś obcym, trzeba mu tłumaczyć, że coś musi zrobić tak, a coś inaczej. A tutaj w ogóle nie było takiej potrzeby.

W.M.: „Rubens” jest w tej chwili jednym z najlepszych gitarzystów w Polsce. Jest bardzo elokwentny muzycznie. Potrafi korzystać z różnych brzmień. My chcieliśmy mieć na płycie grę slide’m i on to zrobił bardzo kompetentnie. Od pierwszej próby zabrzmieliśmy więc razem dokładnie tak, jak chcieliśmy. To się rzadko zdarza, wiedzieliśmy więc, że tego nie odpuścimy.

- Jak będziecie prezentować ten materiał na żywo?

W.M.: Zagramy wszystkie piosenki z płyty. Ale każdy koncert będzie inny. Mamy jeszcze inne piosenki. Stworzyliśmy bowiem o wiele więcej materiału niż to, co znalazło się na płycie. Może coś z tego pojawi się podczas koncertów.

J.P.: Ten materiał jest bardzo intensywny i spójny, nie będziemy go więc rozbijali coverami. Kochamy grać na żywo – i po to nagraliśmy ten album, aby móc teraz zaprezentować go na występach.

Czytaj także

WIDEO: Barometr Bartusia: Na niemieckim szamponie widnieje wielkie Made in Germany, i to w trzech miejscach. Na polskim - malutkie Made in EU

Wideo

Materiał oryginalny: John Porter i Wojtek Mazolewski: Więcej nas łączy niż dzieli - Dziennik Polski

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie