reklama

Joanna Jędrzejczyk, czyli iskierki w oczach kruszynki

Radosław PatroniakZaktualizowano 
Joanna Jędrzejczyk
Joanna Jędrzejczyk Archiwum
O Joannie Jędrzejczyk (54 kg, 168 cm wzrostu), dziewczynie która nie boi się nachalnych facetów, ma kilka mistrzowskich pasów w MuayThai, świetny bilans walk (58-5-1) i próbuje sił w boksie amatorskim pisze Radosław Patroniak.

Usłyszałem o niej rok temu podczas rozmowy z poznańskimi mistrzami sportów walki. Zacząłem się dopytywać, kto jest najlepszym polskim ambasadorem MMA, MuayThai i K1 na świecie. Padła błyskawiczna odpowiedź i nie brzmiała ona "Mariusz Pudzianowski" ani też "Mamed Chalidow".

- Najbardziej znana jest Joanna Jędrzejczyk, taka dziewczyna z Olsztyna, która trenuje w Holandii i praktycznie z nikim nie przegrywa - wypalił Łukasz Szulc z klubu Samolewski Team. W międzyczasie Joasia przegrała na Białorusi (w zasadzie została oszukana) i wróciła do kraju, ale i tak cieszy się niesłabnącą estymą w środowisku, zwłaszcza wśród facetów. No, bo ona jest lepsza od większości z nich...

12 lutego być może zobaczymy ją na poznańskim ringu podczas gali Night of Champions w hali AWF przy Drodze Dębińskiej. - Problem polega na tym, że dla Asi nie jest łatwo znaleźć rywalkę, która podejmie rękawicę. No a druga kwestia to finanse. Wiadomo że tej klasy zawodniczka musi postawić określone warunki - tłumaczy Grzegorz Samolewski, organizator zawodów, promujących wszystkie sporty walki.

Sama zawodniczka też stawia sprawę jasno. - Nie mogę sobie pozwolić na obcięcie kosztów. Jest czas, kiedy człowiek traktuje coś tylko jako pasję, a jest czas, kiedy pasja staje się też jego pracą. Ja już wkroczyłam w tę drugą fazę i to jest zła wiadomość dla poznańskich menedżerów - żartuje 23-letnia zawodniczka, ale po chwili dodaje, że nic nie jest przesądzone, więc może do Poznania przyjedzie, tym bardziej że to świetne miejsce do tego, by przypomnieć się rodzimej publiczności. Przez ostatnie trzy lata Jędrzejczyk w Polsce walczyła tylko raz, więc rzeczywiście kibice w stolicy Wielkopolski mogliby przeżyć coś wyjątkowego. - Z nią nie chciałoby się zmierzyć wielu znanych polskich zawodników, a co tu mówić o zwykłych śmiertelnikach, którzy nigdy nie stali w ringu - przekonuje Szulc.

Sama zainteresowana nie interesuje się męskimi sprawami, ale trochę rozumie obawy mężczyzn.
- Ktoś kiedyś powiedział, że jak wychodzę do walki, to mam iskierki w oczach. Nie czuję, że chcę kogoś zmiażdżyć, ale mój poziom agresji zdecydowanie rośnie - przyznaje studentka Olsztyńskiej Szkoły Wyższej (kierunek wychowanie fizyczne), która w przyszłości bardziej się jednak widzi w roli trenerki fitnessu niż nauczycielki.

Przygoda Joanny Jędrzejczyk z MuayThai (tajski sport walki, kładący nacisk na walkę w klinczu z wykorzystaniem uderzeń łokciami i kolanami), inaczej nazywanym boksem tajskim, rozpoczęła się siedem lat temu w klubie Camel Fight Olsztyn.

- Na pierwszy trening poszłam za namową mojego kolegi, uznając, że walka wręcz mieści się w moim życiowym credo, zakładającym, iż nie ma rzeczy niemożliwych. Pierwszych dwóch lat treningów nie wspominam jednak dobrze. Camel Fight to była moja życiowa porażka. Po dwóch latach wyjechałam na MŚ w Tajlandii i tam poznałam Pawła "Stinga" Słowińskiego, reprezentującego Australię, wielokrotnego mistrza świata w MuayThai, najbardziej utytułowanego Polaka walczącego w formule K1. To on zaczął traktować mnie jak siostrę i wyznaczył kierunki rozwoju mojej kariery. Przez niego poznałam też innego guru w sportach walki, a mianowicie Holendra Ernesto Hoosta, znanego kick-boksera, czterokrotnego mistrza K-1 World Grand Prix. Miałam zostać w jego grupie Mister Perfect dwa tygodnie, a byłam dwa lata. Nic dziwnego, że nie wstydzę się o nim mówić, że to mój czarny "ojciec" - wyznaje utalentowana zawodniczka.
Życie i treningi na obczyźnie (do sali treningowej dojeżdżała codziennie pokonując 40 km) pozwoliły dojść jej do wielkich sukcesów, ale też pozbawiły normalnych więzi rodzinnych. - Przyjeżdżałam do Polski raz na trzy miesiące. Tęsknił za mną chłopak, który amatorsko gra w piłkę w małym klubie w Morągu. Brakowało mi więc kontaktów z bliskimi, ale warto było się poświęcić. Dzięki pobytowi w Amsterdamie szlifowałam umiejętności, poznawałam nowych ludzi i walczyłam z coraz bardziej wymagającymi przeciwniczkami. To była świetna szkoła życia, ale teraz potrzebuję nowych wyzwań - dodaje Joanna Jędrzejczyk.

Rozmawiając z taką kobietą nie można nie zapytać o wykorzystanie umiejętności w krytycznych sytuacjach, czyli w obronie własnej. - Dwa razy w życiu zdarzyło mi się coś takiego. Szczególnie zapamiętałam incydent sprzed kilku lat na olsztyńskiej dyskotece. Bawiłam się tam z koleżankami. W pewnym momencie poszłam tańczyć na parkiet. Po chwili pojawił się na nim chłopak z piwem, któremu towarzyszyła dziewczyna. Ubliżał mi, wyzywając mnie od dziwek i najgorszych. Zaczepiał też moją koleżankę. Jego koleżanka też używała wulgaryzmów. Kiedy miarka się przebrała, trafiłam go prawym prostym, po czym on padł jak zabity. Nie wiem, co się z nim stało, bo od razu wyszłam z klubu. Chyba nic złego, skoro mogę o tym swobodnie opowiadać. Moje koleżanki też umiały się bić, ale tak jakoś wyszło, że to ja wkroczyłam do akcji - wspomina Joanna.

Jej pozasportową pasją jest fotografia. Joasi lubi robić zdjęcia, ale też lubi być fotografowana (trudno się dziwić, tym bardziej że jest nie tylko killerką w ringu, ale również atrakcyjną dziewczyną). Mimo że odnosi sukcesy na ringu zawodowym, chciałaby spróbować swych sił w boksie amatorskim

Nie do śmiechu było jej na wrześniowej gali w Mińsku. W wypełnionej do połowy 15-tysięcznej hali z udziałem władz Białorusi i wielu gości honorowych działy się rzeczy niesamowite. Bohaterkami skandalu zostały, walczące o pas mistrzyni świata - Joanna Jędrzejczyk i Białorusinka Alla Ivashkevich . Nie było jednak w tym ich winy. Oszustami okazali się bowiem sędziowie. Gdy po kilku rundach demolki Białorusinki przez Jędrzejczyk ogłoszono jednogłośną wygraną Ivashkevich, w hali zawrzało. Nikt nie mógł uwierzyć w taki werdykt, tym bardziej że Białorusinka była już w drugiej rundzie na deskach i tylko cudem przetrwała. Niesprawiedliwe rozstrzygnięcie rzuciło cień na całą galę, która stała się kompromitacją państwową, bo władze Białorusi i stolicy Mińska były w nią mocno zaangażowane. Na szczęście Ivashkevich i jej sztab okazali się honorowi i nie przyjęli pasa, który oddali publicznie Polce. Ostatecznie przedstawiciel organizacji WKN, o której mistrzowski pas toczyła się walka, z kamienną twarzą wręczył Jędrzejczyk zasłużone trofeum.

- Było minęło, nie ma do czego wracać. W sporcie takie rzeczy się zdarzają, ale wtedy rzeczywiście chciało mi się bardziej płakać niż śmiać. Nie chcę obrażać Mariusza Pudzianowskiego, ale jego ostatnie walki też były wyreżyserowane. Jak coś jest robione tylko pod kątem pieniędzy, to dla mnie nie jest już czysty sport - przekonuje dziewczyna, z którą nie warto zadzierać. Na pewno lepiej już z nią porozmawiać i się zaprzyjaźnić...

Flesz - nowi marszałkowie Sejmu i Senatu, sukces opozycji

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie