Joachim Brudziński: Nie jadę do Brukseli na zesłanie

    Joachim Brudziński: Nie jadę do Brukseli na zesłanie

    Dorota Kowalska

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    Joachim Brudziński: Nie jadę do Brukseli na zesłanie

    Joachim Brudziński: Nie jadę do Brukseli na zesłanie ©Marek Szawdyn/Polska Press

    Czy Bruksela to Ułan Bator? Można być europosłem i mieć świetny kontakt z partią. Byłbym człowiekiem nieszczerym i nieprawdomównym, gdybym stwierdził, że mnie perspektywa pracy w Brukseli przeraża - mówi Joachim Brudziński
    Joachim Brudziński: Nie jadę do Brukseli na zesłanie

    Joachim Brudziński: Nie jadę do Brukseli na zesłanie ©Marek Szawdyn/Polska Press

    Przy świątecznym stole rozmawiacie o polityce?
    Nie, zdecydowanie nie. Tym bardziej że moje dzieciaki są bardzo apolityczne, zarówno starsze córki, jak młodszy syn. Syn jest w tej chwili zainteresowany zupełnie czymś innym, waha się między strażakiem Samem, a Bobem Budowniczym, czasami jakiś Mrożon wskakuje - gubię się w tym.

    A kim jest Mrożon, że zapytam?
    Mrożon mrozi, tyle wiem.
    Wiele rzeczy muszę nadrabiać, kiedy jestem domu. Więc, gdzie ja mam w święta czas rozmawiać o polityce, kiedy muszę decydować, czy z Ignacym mrozimy tajemnymi mocami Kalinkę i Jagnę, czy użyjemy jakichś innych magicznych sił?! Nie mam szwagrów, nie ma więc rozmów przy świątecznym stole o polityce, ale są tego plusy - nie ma się z kim pokłócić.

    Skąd decyzja o pójściu do europarlamentu, bo zaskoczył pan nią sporo osób?
    W porządnej partii, tak jak w porządnym zakonie: jest rozkaz, to się idzie. Przecież mówią o nas „zakonnicy z PC”.

    Hipotez, czemu podjął pan taką decyzję, jest kilka. Przytoczę dwie: pierwsza, że jako następca Jarosława Kaczyńskiego ma pan nabrać europejskiego sznytu, połapać kontakty, a później wrócić do Polski i stanąć na czele Prawa i Sprawiedliwości.
    75 procent prawa, które musimy implementować do sytemu krajowego powstaje w Brukseli. Od ponad półtora roku jestem szefem MSWiA i najważniejsze decyzje, jakie przychodziło mi podejmować, najważniejsze z punktu widzenia geostrategicznego interesu bezpieczeństwa Polski zapadały podczas szczytu JHA w Brukseli, podczas nieformalnych rozmów w Lyonie, w Strasburgu, podczas nieformalnych spotkań w ramach różnego rodzaju procesów, jak na przykład w ramach proces budapeszteńskiego w Stambule, kiedy zapadały decyzje, jak współpracować, jeśli chodzi o bezpieczeństwo granic zewnętrznych. Jesteśmy w przededniu bardzo ważnych decyzji zmieniających europejskie prawo azylowe, jesteśmy w przededniu ważnych decyzji związanych z Europejską Agencją Straży Granicznej i Przybrzeżnej. Dlatego idę, odpowiadając wprost, do Brukseli, bo rzeczywiście decyzje, które będą tam zapadały, będą niezwykle istotne z punktu widzenia bezpieczeństwa całej Unii Europejskiej. A my, wbrew temu, co opowiadają różni źli ludzie, nie tylko chcieliśmy jako środowisko polityczne wejść do UE, ale chcemy w niej trwać, budować ją i wzmacniać, jako lojalny członek wspólnoty. Prawdą jest to, o czym mówiłem już parokrotnie, że za każdym razem czy to podczas tych formalnych, czy nieformalnych szczytów, widziałem, o ile bardziej skuteczni są ci moi koledzy, ci moi odpowiednicy, którzy mają za sobą brukselskie doświadczenie, czy jako europarlamentarzyści, że wspomnę chociażby wicepremiera i ministra spraw wewnętrznych Matteo Salviniego, czy z racji pracy w komisjach europejskich.

    Ale straci pan kontakt z partią, nie będzie w centrum krajowych wydarzeń.
    Dlaczego pani tak myśli?

    Bo będzie pan głównie pracował w Brukseli.
    Ale czy Bruksela to Ułan Bator? Patagonia? Można pracować w Brukseli i mieć świetny kontakt z partią.

    Druga wersja jest taka, że to pozbycie się pana, wyczyszczenie pola, bo kto inny ma przejąć schedę po Jarosławie Kaczyńskim.
    Odpowiadałem dziesiątki razy na pytanie o schedę po Jarosławie Kaczyńskim: już jako młody człowiek, student, kiedy trafiłem do Porozumienia Centrum w 1991 roku, słyszałem, że Jarosław Kaczyński jest politykiem wypalonym, starym, że już nie odegra żadnej roli w polityce krajowej. Zdążył po drodze wykreować kilku premierów, dwóch prezydentów RP, więc dajmy sobie spokój z tymi opowieściami, że oto czyścimy pole dla następcy Jarosława Kaczyńskiego. Pusty śmiech mnie ogarnia, kiedy słyszę o tych wszystkich następcach. Wie pani, ilu ich było? W niektórych tygodnikach pojawiają się dawno zapomniani politycy, którzy mieli być zbawcami polskiej prawicy, następcami Jarosława Kaczyńskiego naście lat temu. Są w tym miejscu, w którym są.

    Tylko wie pan, panuje taka opinia, że jeśli ktoś chce coś zrobić, coś budować i kieruje tak ważnym resortem jak pan, to powinien zostać w tym resorcie i pracować.
    Akurat w naszym rządzie zmiana na stanowisku ministra spraw wewnętrznych i administracji była tylko jedna - zastąpiłem Mariusza Błaszczaka. Przyzna pani, że jak na dobiegającą końca kadencję to niewiele. Proszę spojrzeć, jak na przestrzeni ostatnich kilku kadencji poszczególnych rządów wygląda ta sytuacja. Kierownictwo partii, za moją pełną akceptacją, uznało, że powinienem być kandydatem w wyborach do europarlamentu. Ja tę decyzję przyjmuję, tak jak w porządnej partii powinno się takie decyzje przyjmować. Byłbym człowiekiem nieszczerym i nieprawdomównym, gdybym stwierdził, że mnie perspektywa pracy w Brukseli przeraża, albo, że jadę tam na zesłanie.

    Sam pan się jednak nie zgłosił do tego zadania?
    O procesie decyzyjnym wewnątrz partii, nawet na łamach tak szacownej gazety, nie będę opowiadał.

    Skąd w partii taki pomysł, żeby pana w tych wyborach wystawić? Pewnie chodzi o nazwisko, prawda?
    Nie jest tajemnicą, że kandyduję z bardzo trudnego dla Prawa i Sprawiedliwości okręgu. Mam bardzo poważnych i trudnych przeciwników, bo potencjał wyborczy zarówno pana Liberadzkiego, jak i Bartosza Arłukowicza oceniam bardzo wysoko. Pomorze Zachodnie czy Ziemia Lubuska to nie Podkarpacie, Małopolska czy Lubelszczyzna. Musimy tam twardo walczyć o głosy, stąd taki, a nie inny kształt naszej listy.

    Nie tylko chcieliśmy jako środowisko polityczne wejść do UE, ale chcemy w niej trwać, budować ją i wzmacniać, jako lojalny członek wspólnoty

    Minister Anna Zalewska powinna, pana zdaniem, kandydować do europarlamentu?
    Anna Zalewska kandyduje do europarlamentu.

    Pytam, czy powinna kandydować?
    Anna Zalewska mogła być europosłanką już trzy lata temu. Zachowała się bardzo lojalnie wobec partii, wobec pani premier Beaty Szydło, nie objęła tego mandatu. Została w rządzie, przeprowadziła bardzo trudną reformę systemu edukacji - powrót do czteroletniego liceum i ośmioklasowej szkoły podstawowej. Dzisiaj ma bardzo trudną sytuację, bo jest często bardzo niesprawiedliwie atakowana. Zgodnie z ustaleniami znalazła się na listach do europarlamentu i kandyduje.

    A nie uważa pan, że zwykła ludzka przyzwoitość nakazywałaby, aby zakończyła reformę, którą zaczęła, reformę mocno krytykowaną, zwłaszcza w obliczu strajku nauczycieli i miesiąca września, kiedy w szkołach średnich skumulują się dwa roczniki?
    Nauczyciele strajkują nie z powodu reformy czy kumulacji roczników, tylko z powodu oczekiwań płacowych. Czy ministrem edukacji byłaby pani Zalewska, czy zupełnie ktoś inny, to przy tym poziomie frustracji tego środowiska i przy takich oczekiwaniach - ten strajk byłby przeprowadzony.

    Nie zgodzę się z panem, wydaje mi się, że jednak reforma i sama postawa pani minister miała wpływ na nastroje wśród nauczycieli. Rozmawiam z nimi i wiem, że czuli się lekceważeni.
    Znam nastroje wśród nauczycieli, moja żona jest nauczycielką, mam wielu znajomych pedagogów i mogę, dość konfrontacyjnie, stwierdzić, że mija się pani z prawdą. Środowisko nauczycielskie na starcie tej reformy, może za wyjątkiem nauczycieli gimnazjów, a szczególnie dyrektorów gimnazjów, pozytywnie podchodziło do zmian, do powrotu ośmioklasowej szkoły podstawowej i czteroletniego liceum. Oczywiście były perturbacje po drodze, szczególnie w wymiarze programowym, ale ci sami ludzie, którzy w czasie rządów AWS-u protestowali przeciwko gimnazjom z panem Broniarzem na czele, dzisiaj protestują przeciwko ich likwidacji. Więc rodzi się pytanie, kiedy ich działania kierowane były troską o szkołę, o jakość kształcenia, a kiedy były elementem walki politycznej. Przecież pan Broniarz to polityk z krwi i kości, dawał temu wyraz między innymi na manifestacjach KOD-u, czy pokazując się u boku Grzegorza Schetyny.

    Może nie brnijmy w to dalej, bo szef oświatowej Solidarności jest radnym Prawa i Sprawiedliwości, przytoczyłabym też panu kilka wypowiedzi obecnej minister Zalewskiej, w których wypowiada się pochlebnie o gimnazjach. Zapytam tak: uważa pan, że postulaty nauczycieli są bezzasadne?
    Uważam, że postulaty nauczycieli idące w tym kierunku, aby zarabiali więcej, są postulatami słusznymi. Nie z tego powodu, że mam żonę nauczycielkę, ale uważam, że rzeczywiście nauczyciele powinni zarabiać lepiej. Tylko z jednym zastrzeżeniem w stosunku do oczekiwań związkowców, głównie pana Broniarza, uważam, że jednak dyrektorzy szkół i przełożeni nauczycieli powinni mieć większą możliwość docenienia nauczycieli zaangażowanych, tych, którzy kierują się pasją, są kreatywni. Tymczasem z Karty Nauczyciela wynika, że pensje są w zasadzie równe, jeśli posiada się porównywalny staż pracy, porównywalną liczbę godzin - nie ma możliwości finansowego docenienia jakości pracy nauczyciela. To jedna z ofert, która została położona na stół, ale została odrzucona przez stronę związkową. Strona związkowa, ale i nauczyciele nerwowo reagują także na propozycję zwiększenia słynnego pensum. Mówią, i słusznie, że wykonują bardzo wiele pracy poza szkołą, ale prawdą jest także, że ich płace plasują się na dole tabeli, podobnie jak liczba godzin przepracowanych przy tablicy.

    A tak swoją drogą, pan podwyżki dla policjantów wywalczył, ale nauczyciel to nie policjant, prawda? Czy może miał pan większą siłę przebicia niż minister Zalewska?
    Prowadziliśmy dialog i wiem, że jedynym rozwiązaniem tej sytuacji jest rozmowa i dialog. Zawsze z naszej strony jest wola i gotowość do rozmów. Policjanci też chcieli więcej, a dostali tyle, na ile było nas stać i na ile były możliwości budżetowe.

    Zgodzi się pan, że atmosfera w środowisku nauczycielskim jest nieciekawa, a nauczyciele zdesperowani?
    Widziałem film, który robi furorę na portalach społecznościowych: maturzyści przychodzą do swojej szkoły, błagając o informacje, co z nimi będzie, czy będą mieli wystawione oceny, a rozparta za stołem młoda nauczycielka bardzo arogancko mówi: „To nie pytanie do mnie, pytajcie Zalewskiej”. Zastanawiam się, jak to środowisko „poskleja się” po proteście. Nauczyciele mają prawo do swoich sympatii i antypatii partyjnych, ale wydawało się, że w pokojach nauczycielskich tworzą wspólnotę ludzi odpowiedzialnych za uczniów, za młodzież. Teraz nauczyciel, który postanawia pójść na egzamin gimnazjalny, słyszy od swoich kolegów: „Tylko świnie siedzą na egzaminie”.

    Myślę, że to odosobnione przypadki, zdecydowanej większości nauczycieli naprawdę zależy na uczniach i przeżywają straszne dylematy. Tylko mówią sobie: „Jeśli nie teraz, to kiedy?”
    Uważam środowisko nauczycielskie w zdecydowanej większości za oddane swoim uczniom. Natomiast zwracam uwagę na sytuacje naprawdę dramatyczne, które rozgrywają się w niejednej szkole. Nie możemy udawać, że ich nie ma.

    No i opozycja powie, że po środowisku sędziowskim, środowisku opiekunów osób niepełnosprawnych to kolejne środowisko, które Prawo i Sprawiedliwość podzieliło. Bo są pieniądze na pierwsze dziecko, są pieniądze dla emerytów, dla rolników, a dla nauczycieli nie ma.
    Opozycja wystawiła bilbordy, z których wynika, że upokorzyłem służby mundurowe, więc jestem gotów przyjąć każdy idiotyzm wypowiadany przez opozycję. Za chwilę dowiemy się, że za zabójstwem Martina Luthera Kinga też stoi Prawo i Sprawiedliwość, a najpewniej Jarosław Kaczyński.

    Wie pan, ale znam wiele rodzin, którym pieniądze na pierwsze dziecko nie są do niczego potrzebne. Więc może opozycja słusznie podnosi, że można by te pieniądze, skoro są, rozdzielać systemowo, zainwestować chociażby w edukację czy służbę zdrowia?
    A inwestycja w dzieci, to nie jest inwestycja w edukację? Wie pani, ilu rodziców dzięki tym pieniądzom mogło sfinansować korepetycje swoich dzieci? Myślę, że jednak zdecydowana większość rodzin tych pieniędzy potrzebuje. Radziłbym spojrzeć na problem szerzej, nie tylko z perspektywy sytej Warszawy, bo ten program został bardzo pozytywnie przyjęty w całej Polsce, zwłaszcza na prowincji. To miała być Polska patologii, „500 plus” miało być tam przepite. Proszę mi wierzyć, znam osobiście bardzo wielu przedsiębiorców, ale i prywatnych osób, którym nasze programy bardzo pomogły, żeby nie powiedzieć - zmieniły ich życie. Te pieniądze napędzają też koniunkturę, więc mówienie o tym, że są wyrzucane w błoto, jest absurdem.
    1 »

    Czytaj treści premium w Polsce Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Wideo