Jerzy Wenderlich, czyli od kapeli bigbitowej do wielkiej polityki

Dorota Kowalska
Poseł Jerzy Wenderlich jest prywatnie lubiany przez kolegów polityków w Sejmie
Poseł Jerzy Wenderlich jest prywatnie lubiany przez kolegów polityków w Sejmie Bartek Syta/Polskapresse
W każdej partii ktoś taki się znajdzie, jedni mówią o nich "złotouści", inni - "medialne zwierzaki". Ale poseł Wenderlich ma nie tylko zdolności oratorskie, ale też interesującą biografię. Wystarczy powiedzieć, że polityk lewicy grał w zespole bigbitowym prowadzonym przez ojca Rydzyka. I 40 lat temu chyba nikt w Toruniu nie przypuszczał, że wicemarszałek Sejmu zwiąże się z lewicą

"Złotoustych" chętnie zapraszają do mediów, bo - nawet jeśli nie zawsze mają do powiedzenia coś arcyważnego - to swoje kwestie wypowiedzą tak, że widz zapamięta, a gazety następnego dnia zacytują. "Złotouści" są zazwyczaj lubiani, tak przez dziennikarzy, jak partyjnych kolegów, a oprócz ciętego języka cechuje ich też inteligencja, poczucie humoru i zdrowy dystans do siebie i innych. Dobrze w mediach sprzedają się więc Ryszard Kalisz, Tadeusz Cymański, Jacek Kurski, nieco mroczny Joachim Brudziński i wicemarszałek Sejmu Jerzy Wenderlich, o którym niektórzy mówią kaznodzieja.

- O tak, ma oratorskie zdolności - przyznaje Zbigniew Girzyński z Prawa i Sprawiedliwości, który podobnie jak Wenderlich pochodzi z Torunia. Inny polityk dodaje, że poseł Wenderlich mówi jak mówi, jednym się podoba, innych denerwuje. Ale oceńcie sami, bo oto próbka oratorskich możliwości posła Wenderlicha. Kiedy prezes PiS wykluczył z partii Joannę Kluzik-Rostkowską, wicemarszałek skomentował: "Jarosław Kaczyński niczym już nie zadziwi, nawet gdyby skoczył na bungie". W trakcie sejmowej debaty nad ustawą medialną wypalił: "Pani Kruk przedstawiła się jako strażnik wolności słowa, to tak, jakby drapieżny król dżungli stwierdził, że mu smakują krówki i wafelki". A nagrody dla pracowników spółki PL.2012 i Narodowego Centrum Sportu skomentował tak: "Ostatnio Pele powiedział, że transferowe kwoty, jakie padały w ostatnich dniach, są nieprzyzwoite. Te sumy wkrótce mogą się okazać małe w porównaniu do tego, co Platforma będzie fundować swoim urzędnikom. (...) Wkrótce dostaną becikowe i deputat na węgiel".

Można by mnożyć w nieskończoność, bo język posła Wenderlicha jest rzeczywiście kwiecisty. - Nie przepadam za jego sposobem mówienia, inna sprawa, że to, co mówi poseł Wenderlich, jest czystą demagogią - zauważa poseł Paweł Olszewski z Platformy. - Ale prywatnie to bardzo sympatyczny człowiek - dodaje szybko polityk Platformy Obywatelskiej. Bo generalnie Wenderlicha przy Wiejskiej lubią, tak na prawicy, jak lewicy. Mówią: inteligentny, oczytany, ciekawy rozmówca, a do tego miły człowiek. Niektórzy z przekąsem dorzucają jeszcze: "I bardzo wszechstronny".

Ojciec Rydzyk dobrze im płacił, tak za msze, jak za próby. A kiedy grali, do kościoła ściągały dzikie tłumy

Bo poseł Wenderlich życiorys ma ciekawy. Wystarczy powiedzieć, że polityk lewicy grał w zespole bigbitowym prowadzonym przez ojca Rydzyka, co odnotowały chyba wszystkie media, od tych opiniotwórczych po tabloidy.
- W zespole ojca Rydzyka grałem, bo uważałem to za fenomenalną przygodę. Byłem wtedy w klasie maturalnej. Rydzyk płacił nam całkiem sporo, w każdym razie, ja pochodziłem z bogatej rodziny, a czułem te pieniądze, a cóż dopiero moi koledzy pochodzący z mniej zamożnych rodzin - opowiada nam poseł Wenderlich.
- To ile wam ojciec Rydzyk płacił? - dopytuję.
- Płacił nam olbrzymie pieniądze, nie tylko za msze, ale też próby. Nasza muzyka stała się zresztą bardzo modna. Przed kościół trzeba było wystawiać jakieś dodatkowe głośniki, kolumny, cała ulica była zajęta przez ludzi, w każdym razie tłumy waliły na nasze msze big-bitowe - opowiada poseł Sojuszu Lewicy Demokratycznej.

W zespole Jerzy Wenderlich grał, kiedy chodził do toruńskiego liceum, bo tam się urodził, w mieszczańskiej rodzinie. W tamtych czasach o takich jak on mówili: "dziecko badylarzy". - Tak o nas mówiono - przyznaje sam zainteresowany. - Mój ojciec miał wielki zakład ogrodniczy. To prawda, że to, co robię teraz, rodzina z jakiej pochodzę, łamie pewne stereotypy - dodaje polityk.

Poseł Girzyński opowiada, że zakład ogrodniczy Wenderlichów znany był w całej okolicy. W każdym razie nie tylko z Torunia, ale też z pobliskich miejscowości ludzie zjeżdżali tu po kwiaty, krzewy czy ziemię.
- Zawsze sprzeczałem się z moim ojcem, nawet czasem miałem mu za złe, że jest tak dużym prywaciarzem, zastanawiałem się, czy nie lepiej byłoby, gdyby był mniejszym. Ale moja rodzina na tamtym systemie niczego nie zyskiwała - zaznacza Jerzy Wenderlich.

Ze śmiechem opowiada, jak w szkole średniej bardzo chciał zostać członkiem Związku Młodzieży Socjalistycznej, ale szkolny opiekun ZMS nie pozwolił mu wstąpić do organizacji, bo miał ojca prywaciarza, a dla takich w szeregach ZMS miejsca nie było. Ojcu bardzo się decyzja opiekuna spodobała, jemu wręcz przeciwnie.

Wenderlich przyznaje, że jego więzy z kościołem rozluźniły się już w szkole podstawowej. - Ku cierpieniu i rozpaczy mojej mamy, która bardzo głęboko wierzyła, i taty, który wierzył, tak ślicznie dyskretnie - wrzuca.

Po maturze zrobił dyplom na Wydziale Pedagogicznym Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Bydgoszczy, potem na Uniwersytecie Warszawskim ukończył podyplomowo dziennikarstwo i nauki polityczne. W 1980 wstąpił do PZPR.

Opowiada, że widział, jak ojcu łzy pociekły, kiedy oglądali w telewizji podpisanie porozumień sierpniowych. - I wtedy, kiedy setki tysięcy ludzi rzucały legitymacje partyjne, te kundelki, które w partii były dla kariery, ja postanowiłem wypełnić deklarację kandydacką do partii, bo uznałem, że zaczyna się dialog - wspomina. - Mój ojciec, który był absolutnie przeciwnikiem tamtego systemu, kiedy mu powiedziałem o motywach, uśmiechnął się, objął mnie i powiedział: "Ja bym tego na twoim miejscu nie zrobił, ale tobie ufam" - dodaje.
W stażu partyjnym, który trwa zazwyczaj jeden rok, był długo. I kiedy zapomniał o podpisanej deklaracji kandydackiej, a system już wtedy się walił, ktoś do niego zadzwonił i powiedział, że legitymację kandydacką zamieniono mu na członkowską.

- Wstąpiłem do PZPR, kiedy ta partia już się słaniała. Pomyślałem, że gdybym wtedy powiedział, że z tej legitymacji rezygnuję, zachowałbym się jak pierwszy lepszy drań - uważa.

Pracował jako dziennikarz. Został redaktorem naczelnym studenckiej gazety "Meritum", kierował bydgoskim oddziałem "Kuriera Studenckiego", był dziennikarzem "Gazety Pomorskiej", naczelnym "Tygodnika Telewizyjnego".

Od 1993 roku przy Wiejskiej. - Jest w Toruniu znany, wchodził do Sejmu, nawet kiedy spychali go na niższe pozycje na liście wyborczej - zauważa poseł Girzyński. W Sejmie przewodniczył Komisji Kultury i Środków Przekazu. - Inteligentny, obracał się w środowisku dziennikarskim, więc świetnie operuje słowem - zauważa poseł Tadeusz Iwiński z Sojuszu. - On całe życie zajmował się kulturą i lubi ten świat - dodaje.

Zaprosił do Sejmu Michała Urbaniaka, polskiego muzyka jazzowego i kompozytora, grającego głównie na skrzypcach i saksofonie. - Kiedy graliśmy w Sejmie koncert, dołączył do nas i graliśmy wspólnie - wspomina Michał Urbaniak. - Uczynny, przyjazny, fantastyczny facet. Superskrzypek - dodaje muzyk.

Wenderlich ma opinię dobrze wychowanego, grzecznego. - Nikt nie daje tyle nekrologów w gazetach co on - zauważa poseł Iwiński i podkreśla, że to także pokazuje, jak Wenderlich jest uważny w stosunku do innych.

Ma ponoć także poczucie humoru i duży dystans do życia. Znany z tzw. testowania kolegów. - Polega ono na tym, że jak jestem na urlopie daleko, w miejscu, w którym nie mam dostępu do sieci, przysyła mi esemesa, że "Fakt" coś o mnie napisał na pierwszej stronie - śmieje się poseł Iwiński. Ale to tylko jeden z wielu żartów, jakie wyciął kolegom.

Ma też oczywiście w Sejmie wrogów, którzy wytykają mu, że jest cyniczny, ironiczny i sam zbyt zakochany w zdaniach, które wygłasza. - W każdym razie dużo bardziej lubię go prywatnie, bo jest fajnym rozmówcą. W studiu telewizyjnym za to gwiazdorzy - opowiada nam jeden z polityków prawicy.
W ubiegłym roku, kiedy władze Sojuszu wybierały nowego szefa, plotkowano, że w wyborach na przewodniczącego wystartuje także Wenderlich. Nowym przewodniczącym został Leszek Miller, który o tym, że będzie się starał o tę funkcję, zadecydował w ostatniej chwili. Wenderlich został za to kandydatem Sojuszu na wicemarszałka Sejmu, którym zresztą został.

W tabloidach i w plotkarskich serwisach pojawia się rzadko. Chociaż ostatnio "Super Express" umieścił zdjęcie wyłaniającego się z wody posła Wenderlicha i podpisał: "Prawie ani grama tłuszczu! Oto klata polityka. I to nie byle jakiego! Wicemarszałka Sejmu Jerzego Wenderlicha (58 l.), który ze swoją przyjaciółką Małgorzatą spędził błogi urlop nad gorącym Adriatykiem".

Ponoć w ogóle w ostatnim czasie poseł Wenderlich polubił dalekie podróże, był na Filipinach, w Malezji, Kenii i Ugandzie. Ale pytany o swoje pasje i hobby odpowiada tak: "Jedno się spełnia, to czytanie książek, a drugie - nie tak często, jak by chciał, ale to rozmawianie z moim synem. Lubię też jeździć na rowerze, swego czasu byłem zresztą mistrzem ulicy w robieniu różnych rowerowych sztuczek". O życiu prywatnym posła Wenderlicha wiadomo niewiele, bo - jak sam przyznaje - nie specjalnie się nim chwalił. - Ale nabrałem odwagi w tej kadencji i po raz pierwszy napisałem w życiorysie, że jestem rozwiedziony i mam 21-letniego syna - tłumaczy.

Imponują mu ci, którzy w dyskretny sposób odnoszą sukcesy, wzorem dla posła Wenderlicha jest na przykład małżeństwo państwa Pendereckich.

- Zawsze imponował mi honor. Czułem się mile połechtany, kiedy mój ojciec miał do mnie pretensje, a to o to, a to o tamto, ale jak przychodziło co do czego, to zawsze mówił: "Jurek nigdy nie kłamie" - opowiada sam zainteresowany.

I zarzeka się, że naprawdę nigdy nie kłamie. Oj, gdyby chcieć wierzyć politykom...

Wideo

Komentarze 4

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość
Mógł pochwalić się także, że nie wylewa za kołnierz...nigdy.
P
Polak
Jebany Szwab
d
dorzbi
Oj byl kiedyś "Złotousty"baronem kujawsko-pomorskimSLD.Dał się poznać jako cyniczny i bezwzględny mistrz układzików.Dla promocji swoich faworytów w wyborach SLD organizował spotkania, podkreślając możliwości lokowania zainteresowanych w radach nadzorczych.Odchodząc do Warszawy spowodował,że brat z siostrą(G.Ciemniak-W.Achramowicz)podcięli sobie gardła-politycznie oczywiście.Przedtem byli fundamentem pozycji J.Wenderlicha.Lepiej nie rozważać honoru tego polityka gdy chodzi o czyny.
p
pitbull
Lecz cóż z tego, kiedy przez to idiotyczne piano nie można doczytać do końca. Jednak za autora dopiszę i morał. Otóż, my wszyscy, w tym również i pracownicy Timesa, płacą na utrzymanie polityków. Więc niejako i trochę szkoda, że autor artykułu nie zapytał owego przedstawiciela z dworu politycznych kabareciarzy, o problem zasadniczy. A mianowicie; kiedy politycy wezmą się do pracy? Natomiast, jeśli chodzi o sam kabaret, wtedy wolę posłuchać Pietrzaka i Rywińskiego. Gdyż mają wysoki poziom intelektualny.
Dodaj ogłoszenie