Jerzy Miller obelgi bierze na klatę, czyli komisja od kuchni

RedakcjaZaktualizowano 
Komisja Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego, zwana komisją Jerzego Millera, wkroczyła w ostatni etap prac - pisanie raportu. Jej członkowie w rozmowie z "Polską" opowiadają, jak wyglądało 10 miesięcy ich pracy.

Obowiązują ich ostre rygory. Wszystkie posiedzenia są rejestrowane i poufne. Miejsce pracy 34 członków Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego, zwanej w skrócie komisją Millera, jest utajnione.

- Nie ujawniamy miejsca dla świętego spokoju, aby przed budynkiem nie czekali dziennikarze. Przychodzimy na posiedzenia dyskretnie, wychodzimy w taki sam sposób. Spotkania trwają po kilka godzin, w zależności od tego, co zostało zrobione, co trzeba zrobić, z czym jest problem. Musimy patrzeć na zimno. Praca przypomina badawczy projekt naukowy - opowiada jeden z członków komisji.

I dodaje: - Członkom komisji nie wolno mówić o przebiegu posiedzeń. Dlatego nasi rozmówcy wypowiadają się anonimowo. Pracują w dobrze chronionym miejscu. Mają biuro, w którym każdy z nich ma swój komputer. Wszystkie komputery połączone są zamkniętym systemem, do którego nie można się włamać. Przeważającą część dokumentów (w tym raport MAK) dostają drogą elektroniczną. Do dyspozycji oddano im kilka sal, w tym jedną dużą do posiedzeń plenarnych. Na tych posiedzeniach zdarzają się goście. Jacy - to też tajemnica. Raz w tygodniu spotykają się w podkomisjach i zwykle raz w tygodniu na posiedzeniach plenarnych. Podkomisje są trzy: lotnictwa (zwana przez nich pilotażową), techniczna i medyczna. W inne dni pracują w kilkuosobowych zespołach. Każdy z nich ma też swoją stałą pracę, stąd ich spotkania odbywają się po południu i trwają czasem długo w nocy. Ubrani przychodzą różnie: jeden w sweterku, inny w marynarce, jeszcze inny w mundurze. Ale zdarzają się czasem i tacy, którzy na posiedzenie wpadają nieogoleni, z workami pod oczami po nieprzespanej nocy. I nikt się temu nie dziwi. Są w swoim, zamkniętym gronie.

Za pracę w komisji są wynagradzani, ale różnie i nie zależy to od funkcji, jaką pełnią w komisji. Od czego - to tajemnica.

Połowa składu komisji to wojskowi (podobno nie wszyscy z jawnych służb), połowa - cywile z linii lotniczych, jest też grono urzędników, choć większość z nich również miała epizod wojskowy.

- My, cywile, różnimy się od wojskowych sposobem podejścia do życia. Nasze jest swobodniejsze, jeśli chodzi o regulamin, który dla wojskowych jest rzeczą świętą. Zdarzało się więc, że nawzajem nas to podejście dziwiło. Ale i tak najważniejsze jest to, na czym kto się zna. Na gruncie wiedzy dogadujemy się doskonale, bo fachowiec zawsze rozpozna fachowca - opowiada jeden z naszych rozmówców.

Jedna czwarta składu to ludzie z doktoratami. W komisji znalazły się tylko dwie kobiety, ale ich obecność na posiedzeniach sprawia, że dyskusje, jakie prowadzą, nie stają się "czysto męskie". Bo przy paniach nie wypada.

Czytaj także:
* Załoga nie doczekała się decyzji Lecha Kaczyńskiego o zmianie lotniska
* Jerzy Miller: Kontrolerzy ze Smoleńska myśleli, że znowu się uda
* Jarosław Kaczyński: Tusk ma na sumieniu 96 osób. Powinien odejść
* Polska komisja: Kontrolerzy nie informowali Tu-154 o fatalnych warunkach pogodowych
* Hypki o nagraniach MAK: Nie zaklinajmy rzeczywistości. Polacy złamali za dużo przepisów

Większość znała się ze sobą już wcześniej, bo współpracowali przy innych wypadkach, a jeśli nawet nie znali się osobiście, to słyszeli o sobie. Wszyscy są wysokiej klasy specjalistami i entuzjastami lotnictwa. Może dlatego w komisji nie ma gwiazdorzenia, choć przyznają, że dla nich gwiazdą jest ich szef - przewodniczący komisji Jerzy Miller, minister spraw wewnętrznych i administracji. Choć on sam nie ma zadęcia gwiazdorskiego. Cechuje go powściągliwość. Od razu zdobył ich szacunek. Uważają, że jest nieprzeciętny. - Lepiej z nim zgubić, niż z niejednym znaleźć - mówi jeden z członków komisji.

Inny dopowiada: - To facet nie z tej ziemi: zawsze przygotowany, ma ogromną odporność psychiczną i fizyczną. Prosto z wizyt u powodzian przyjeżdżał do nas na posiedzenie, a i w ministerstwie ma przecież tysiące innych spraw. Świetnie zorganizowany i bardzo, bardzo pracowity. Gdy podsuwaliśmy mu do przeczytania materiały, czytał wszystko, i tym nam zaimponował. Odwykliśmy od takich polityków, ale też i my go za polityka nie uważamy.

Komisja Jerzego Millera powstała na przełomie kwietnia i maja 2010 roku. Jej zadaniem jest zbadanie przyczyny katastrofy prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem.

- Pod koniec kwietnia zadzwonił telefon. W słuchawce głos Macieja Laska, zastępcy przewodniczącego stałej Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych, która mieści się przy Ministerstwie Infrastruktury - opowiada jeden z naszych rozmówców. Doktor inż. Lasek jest instruktorem, z wielu zawodów lotniczych przywozi puchary. Prowadzi wykłady na politechnice, redaguje pisma lotnicze. Jest jednym z nielicznych w Polsce szybowcowych pilotów doświadczalnych - sprawdza nowe szybowce. Jest też ekspertem od mechaniki lotu, a jego działka to mechanika lotu działań awaryjnych.

- Poinformował mnie: "Będzie pan w tej komisji". Zrozumiałem, że są propozycje, których się nie odrzuca.

Skład komisji zaakceptował premier Donald Tusk. Ale po jakimś czasie Ministerstwo Obrony zdecydowało o jego zmodyfikowaniu. Z komisji Millera odszedł Edmund Klich, bo nie mógł pogodzić trzech funkcji: szefa Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych, przewodniczącego zawiązanej właśnie komisji Millera i akredytowanego przedstawiciela Polski przy mieszanej rosyjskiej komisji cywilno-wojskowej MAK.

Nieoficjalnie członkowie zdradzają, że dobrze się stało, że Edmund Klich od nich odszedł. Bo, eufemistycznie mówiąc, według nich jest zbyt otwarty i zdradza dziennikarzom zbyt wiele szczegółów.
- Spotkaliśmy się pierwszy raz wszyscy na początku maja. Zaprosił nas do siebie minister Jerzy Miller.
To wyglądało jak spotkanie starych kumpli: - Cześć, cześć, o, ty też tu jesteś, to dobrze, bo czekają nas miesiące pracy.

- Zobaczyłem Kazimierza Szostaka z LOT. Ucieszyłem się, bo wiele ze sobą współpracowaliśmy - opowiada jeden z członków komisji.

Czytaj także:
* Załoga nie doczekała się decyzji Lecha Kaczyńskiego o zmianie lotniska
* Jerzy Miller: Kontrolerzy ze Smoleńska myśleli, że znowu się uda
* Jarosław Kaczyński: Tusk ma na sumieniu 96 osób. Powinien odejść
* Polska komisja: Kontrolerzy nie informowali Tu-154 o fatalnych warunkach pogodowych
* Hypki o nagraniach MAK: Nie zaklinajmy rzeczywistości. Polacy złamali za dużo przepisów

Zaczęli pojawiać się i inni członkowie. Wiesław Jedynak, szef komórki jakości nadzorującej bezpieczeństwo lotów w PLL LOT. Piotr Lipiec - szczupły i dystyngowany, również z tej komórki. Major Mirosław Grochowski, który został zastępcą Jerzego Millera, rozważny i oszczędny w słowach, ale członkowie szybko spostrzegli jego cierpliwość i to, że potrafi słuchać. Jest szefem Inspektoratu MON ds. Bezpieczeństwa Lotów. Pilot, świetny fachowiec, zorganizowany.

Kolejny to Waldemar Targalski: były pilot z 36. pułku, który latał na tupolewach i zna je świetnie. Bogdan Fydrych, specjalista od kontroli lotu, z wojskowym życiorysem, ale odszedł ze służby kilka lat temu.

Wiesław Wypych, prezes jednej ze spółek córek LOT, doświadczony w dziedzinie obsługi samolotów. Zanim został prezesem, przeszedł długą drogę po wszystkich szczeblach kariery. Janusz Niczyj - major, specjalista od rejestratorów i osprzętu. Jest też Agata Kaczyńska, ekspert od prawa lotniczego, wybitna, jeśli chodzi o badanie wypadków. Jest znaną instruktorką lotniarstwa i paralotniarstwa w Aeroklubie Polskim, mechanikiem paralotniowym i skoczkiem spadochronowym.

Pracuje jako sekretarz Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych. W komisji Millera również została sekretarzem. Prywatnie - mama trójki dzieci. Dla kolegów jest bohaterką - straciła część ręki, ratując życie jednemu ze swoich uczniów. O tym wydarzeniu szeroko rozpisywały się kobiece pisma.

Jest też druga z pań: Agnieszka Kunert-Diallo, młoda prawniczka z doktoratem z prawa lotniczego, która na co dzień pracuje w Polskich Liniach Lotniczych. Największym zaskoczeniem dla członków komisji było, że znalazł się wśród nich również były wiceminister infrastruktury prof. Ryszard Krystek - ekspert od ruchu drogowego. - Nie pytaliśmy, dlaczego on również znalazł się w składzie. Być może dlatego, że kierował programem Zeus dotyczącym systemu bezpieczeństwa w transporcie. Ale nie dociekaliśmy. Są pytania, za które nawet w klubie lordów można dostać w pysk - śmieje się jeden z naszych rozmówców.

Skład został podzielony na podkomisje. Szefem lotniczej początkowo został kmdr pilot Dariusz Majewski. Teraz jest nim mjr Robert Benedict. Na przewodniczącego technicznej wybrano Stanisława Żurkowskiego. To 56-letni inżynier lotnictwa, z doktoratem, mający za sobą ponad 20-letnią przygodę naukową. Od lat siedzi w branży i bada wypadki lotnicze.

Najmniej liczna jest komisja medyczna - liczy dwóch członków: przewodniczącego Olafa Truszczyńskiego i Bogusława Biernata. Ale wsparcie daje jej Wojskowy Instytut Medycyny Lotniczej, którego zresztą Olaf Truszczyński, znakomity psycholog, jest dyrektorem.

Czytaj także:
* Załoga nie doczekała się decyzji Lecha Kaczyńskiego o zmianie lotniska
* Jerzy Miller: Kontrolerzy ze Smoleńska myśleli, że znowu się uda
* Jarosław Kaczyński: Tusk ma na sumieniu 96 osób. Powinien odejść
* Polska komisja: Kontrolerzy nie informowali Tu-154 o fatalnych warunkach pogodowych
* Hypki o nagraniach MAK: Nie zaklinajmy rzeczywistości. Polacy złamali za dużo przepisów

Zadaniem podkomisji pilotażowej było, najogólniej mówiąc, zbadać wyszkolenie załogi, która poleciała 10 kwietnia 2010 r. z 96 osobami na pokładzie do Smo-leńska, przebieg lotu, zinterpretować zapisy z rejestratorów. Technicznej: zgrać, rozkodować i odczytać rejestratory, zbadać, czy na pokładzie nie doszło do usterki, która mogła się przyczynić do wypadku. Zresztą ich ustalenia przejęła następnie komisja pilotażowa, sprawdzając, czy samolot był odpowiednio pilotowany.

Specjaliści od lotów cywilnych stracili kontakt z tupolewami w połowie lat 90., kiedy przestały być one wykorzystywane w lotnictwie cywilnym. - Na początku trzeba było się wgryźć w dokumentację dotyczącą tupolewa. Trzeba było się tego samolotu nauczyć - opowiada członek komisji.

Tupolew robi wrażenie. Dla ekspertów to wielka maszyna i niezwykle skomplikowana. Ma wiele systemów, mnóstwo awioniki, trzy silniki i agregat wspomagający. Ma rozbudowane instalacje i mało, jak na dzisiejsze samoloty, komputerów. Wiele rzeczy piloci muszą wykonywać ręcznie. W użytkowaniu jest trudnym samolotem, dlatego na pokładzie tupolewa musi znajdować się technik pokładowy, często jest nim wykształcony inżynier z dyplomem.

Znaczną część pracy poświęcili więc na zapoznaniem się ze szczegółami. Większość dokumentów otrzymali od strony rosyjskiej, ale - zaznaczają - nie wszystkie, o które prosili. Poradzili sobie bez nich.
Przy odsłuchiwaniu nagrań z czarnych skrzynek każdy z ekspertów skupiał się na czym innym i słuchał pod innym kątem. Jeden szukał tylko tego, czy pojawił się komunikat albo odgłos oznaczający nieprawidłowości w pracy. Ekspert od kontroli ruchu słuchał, czy komunikacja między personelem a załogą była prawidłowa. Psycholog wsłuchiwał się w tembr głosu i szybkość mówienia. Treść nie była istotna.

Ale wszyscy słyszeli krzyk konających ludzi. - To było najstraszniejsze. Nie można spać, gdy się usłyszy coś takiego. Wszyscy to przeżyliśmy - zdradza jeden z członków komisji.
Jednym z trudniejszych momentów w ich pracy było otrzymanie raportu MAK. - Po konferencji, na której zaprezentowano raport, było u nas burzliwie. Skandalem było podanie, że gen. Andrzej Błasik miał alkohol we krwi. Ilość promili nic nie wnosi do samego badania wypadku. Skandalem było w ogóle podawanie nazwisk. W naszych uwagach do raportu MAK wykreśliliśmy nazwiska. Analizowaliśmy punkt po punkcie, wykazując, z czym się nie zgadzamy - opowiadają. Swoje uwagi musieli napisać w ciągu 60 dni. To był prawdziwy maraton. Raport był po rosyjsku. Przetłumaczenie trwało, więc ci, co mieli wcześniej kontakt z językiem rosyjskim, próbowali czytać sami. Trzeba było te uwagi napisać w sprytny sposób, aby nie podpowiadać Rosjanom, że strona polska wie więcej niż oni.

- Naszym zadaniem było wypunktowanie nieprawidłowości w MAK-owskim raporcie. Ale były dziedziny, gdzie wiedzieliśmy więcej od nich i my to opublikujemy - ujawnia jeden z rozmówców. Dziś już, również z zapowiedzi przewodniczącego, wiadomo: raport komisji Jerzego Millera będzie dużo bardziej bolesny niż raport MAK. - Raportu nie piszemy, żeby głaskać miłość własną i patriotyzm.

Czytaj także:
* Załoga nie doczekała się decyzji Lecha Kaczyńskiego o zmianie lotniska
* Jerzy Miller: Kontrolerzy ze Smoleńska myśleli, że znowu się uda
* Jarosław Kaczyński: Tusk ma na sumieniu 96 osób. Powinien odejść
* Polska komisja: Kontrolerzy nie informowali Tu-154 o fatalnych warunkach pogodowych
* Hypki o nagraniach MAK: Nie zaklinajmy rzeczywistości. Polacy złamali za dużo przepisów

Celem końcowym jest zaproponowanie środków zaradczych w przyszłości. Wyjaśnianie przyczyn katastrofy to tylko przedostatni etap tego celu - tłumaczy jeden z rozmówców. To, co w raporcie będzie najbardziej pikantne i drażliwe, to to, że piloci zeszli poniżej 100 metrów wysokości bez widoczności. Przykre mogą się okazać końcowe wnioski, dotyczące umiejętności pilotów.

- Piloci nie jeździli na symulatory, gdzie powinni na okrągło ćwiczyć sytuacje awaryjne. Trzeba się na symulatorze parę razy "zabić", żeby w rzeczywistości wiedzieć, jak się zachować w sytuacji kryzysowej. To Aleksander Szczygło wykreślił ze szkoleń dla pilotów symulatory - podkreśla członek komisji.

Takich wypadków jak katastrofa smoleńska nie da się zbadać szybciej niż w rok. Nawet w konwencji chicagowskiej jest zapis, że jeśli chodzi o pisanie raportu końcowego, to trzeba się starać zakończyć go w ciągu roku. Jeśli badanie trwa krócej - to można podejrzewać, że nie wszystko przeanalizowano. - MAK zrobił to szybko, ale zabrakło rozdziału dotyczącego kontrolerów lotu, stąd domniemanie, że Rosjanie poszli na skróty - mówi członek komisji.

Podczas posiedzeń zdarzały się między członkami komisji różnego rodzaju napięcia. - Jesteśmy w stanie permanentnego zmęczenia i czasem dochodzi do tego, że ludzie się "przegadają". Ale liczy się efekt. Zdarzało się, że siedząc długo w noc, zrzucali się i zamawiali pizzę. Wychodzili na papierosa i rozmawiali o zwyczajnych sprawach: o rodzinie, o tym, co najbardziej osobiste. To mocniej ich ze sobą związało i jeszcze większy zrodziło szacunek.

Teraz znów znaleźli się w trudnym punkcie. To moment, kiedy trzeba powiedzieć: dość zbierania dokumentacji, roztrząsania detali, pora przystąpić do pisania końcowych wniosków i załączników.
- Pracujemy nad końcową wersją raportu, ale ciągle jeszcze wychodzą jakieś problemy. Choćby ten, że na przykład trzeba ściągnąć dokumenty z 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego.

Wszystko musiało zostać zbadane: historia samolotu, liczba jego remontów, historia obsług, tankowań, kwalifikacje personelu, jakie mieli uprawnienia, a co faktycznie robili i czy robili to, co powinni. Analiza czasu pracy tupolewa: ile godzin wylatał, ile godzin pracowały silniki, jakie były usterki i czy się powtarzały. To nie jest wypadek samochodowy, gdzie takie rzeczy da się szybko ustalić - mówi członek komisji.

Szacują, że raport będzie gotowy na koniec lutego. A potem? - Zastanawiam się, co zrobię z taką ilością czasu - śmieje się jeden z rozmówców. - Może napiszę kilka artykułów, do których pomysły przyszły mi w trakcie prac w komisji. Na pewno pozwolę sobie dłużej pospać.

Ale to może nie zdarzyć się tak szybko. Po opublikowaniu raportu rozpoczną się spotkania z dziennikarzami, członkami rządu, posłami, bo wszystkich będzie wtedy interesować "kuchnia" - czyli w jaki sposób powstawał raport. Członkowie komisji cieszą się, że jak na razie ominęły ich kontakty z rodzinami ofiar. To zwykle mocno szarpie nerwy, zwłaszcza że spotkania komisji z rodzinami nie są kurtuazyjne. Komisja zadaje drażliwe pytania: czy widzieli coś niepokojącego w życiu członka rodziny, co mogłoby mieć wpływ na katastrofę. Ale to zrobiły za nich służby medyczne. - Pewnego dnia nasze ustalenia trzeba będzie rodzinom wyświetlić i przekazać, jak to było. To zawsze jest bardzo trudne, ale jest dobrym zwyczajem i tak się robi na Zachodzie.

Czytaj także:
* Załoga nie doczekała się decyzji Lecha Kaczyńskiego o zmianie lotniska
* Jerzy Miller: Kontrolerzy ze Smoleńska myśleli, że znowu się uda
* Jarosław Kaczyński: Tusk ma na sumieniu 96 osób. Powinien odejść
* Polska komisja: Kontrolerzy nie informowali Tu-154 o fatalnych warunkach pogodowych
* Hypki o nagraniach MAK: Nie zaklinajmy rzeczywistości. Polacy złamali za dużo przepisów

Mają świadomość, że katastrofa smoleńska będzie wałkowana przez 100 lat, jak katastrofa w Gibraltarze, w której zginął Władysław Sikorski, naczelny wódz sił zbrojnych i premier rządu na uchodźstwie. Tamten wypadek zdarzył się w 1943 roku, a przecież dyskusje na temat śmierci Sikorskiego nie kończą się do dziś. - Tak będzie i w tym przypadku - nas już nie będzie, a wciąż raport będzie się odczytywać na nowo, materiały zostaną odtajnione, a historycy będą grzebać w protokołach z naszych posiedzeń. Zdajemy sobie z tego sprawę - przyznaje jeden z członków.

Ostatnio o ból głowy przyprawia ich pomysł powołania komisji nadzwyczajnej na wzór komisji śledczej, podczas obrad której musieliby zeznawać przed posłami. Nie ukrywają, że w pracy przeszkadza im otoczka polityczna. - Czytamy w internecie komentarze polityków, którzy od czci i wiary odsądzają ministra Jerzego Millera, więc w naturalny sposób część tych haniebnych oskarżeń dotyka i nas - mówi jeden z naszych rozmówców. - Pracujemy pod presją, choć Jerzy Miller zorganizował prace tak, abyśmy byli odseparowani od polityków. Nie mają do nas dostępu, a minister obelgi bierze na klatę.

Anita Czupryn

Czytaj także:
* Załoga nie doczekała się decyzji Lecha Kaczyńskiego o zmianie lotniska
* Jerzy Miller: Kontrolerzy ze Smoleńska myśleli, że znowu się uda
* Jarosław Kaczyński: Tusk ma na sumieniu 96 osób. Powinien odejść
* Polska komisja: Kontrolerzy nie informowali Tu-154 o fatalnych warunkach pogodowych
* Hypki o nagraniach MAK: Nie zaklinajmy rzeczywistości. Polacy złamali za dużo przepisów

polecane: Flesz - e-papieros zagraża zdrowiu

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 7

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

b
billyjoe

@WP
CIEKAWE KIEDY ZNUDZI CI SIĘ PSYCHOLU WKLEJAĆ CIĄGLE GDZIE POPADNIE TE BZDURY????????

j
jak

i za to będzie atakowana. Już na konferencji w tym kierunku szły pytania redaktorzyny z GW, które można streścić "kim wy w ogóle jesteście?".
Teraz pojawią się artykuły o niekompetentych członkach polskiej komisji. GW już zbiera materiały.

n
niesiołowski

jak może być opracowany wiarygodny raport Komisji przed zakończeniem śledztwa przez prokuraturę?

S
Stary Polak

Widukind - trzeba być mściwym prostakiem, żeby się tak zwraca do kobiety, rodaczki i nie darować tak nieistotnych uchybień w pisowni. Twoje ubóstwo intelektualne sprawia, że w żadnym z Twoich wpisów nie dostrzegłem istotnych rzeczowych argumentów. Jesteś Starym Piernikiem.

W
Widukind

Jedno zdanie i 23 (!) pospolite błędy !!! Prostaczko, do szkoły podstawowej i to do najniższej klasy .

E
Emma

Panstwu zycze duzo zdrowia i zadowolenia z efektow pracy, wezcie panstwo rowniez i to ryzyko pod uwage,ze czesc osob-spoleczenstwa, juz bez WAS,10. 04.2010 wiedziala swoje i ich mentalnosci nie zmieni tak szanowne i merytoryczne -niepolityczne gremium.

a
analityk U.S.

- czytajcie NAJNOWSZE analizy Free+Your+Mind+salon24 (i dyskusje SPECJALISTÓW poniżej)...

Dodaj ogłoszenie