Jean-Claude Piris. Francuz, który chce budowy unii w Unii

Rafał Trzaskowski, europoseł
Wpływowy eurokrata Jean-Claude Piris napisał książkę, w której przekonuje, że remedium na kłopoty UE jest jej podział

Źródłem wszelkiego zła, z jakim mamy obecnie do czynienia w Unii Europejskiej, jest rozszerzenie UE, które dokonało się w roku 2004. Przede wszystkim dlatego, że nowe państwa członkowskie mają całkowicie inne potrzeby niż państwa założycielskie. Trudno budować spójną Unię Europejską, mając na pokładzie nowe kraje, które są biedne i niedorozwinięte, charakteryzują się niewydolną administracją i do tego nieefektywnym sądownictwem. Nie dość, że nie są one w stanie dostosować się do europejskiego porządku prawnego, to dodatkowo blokują wszelkie "postępowe" pomysły na wzmacnianie Wspólnoty, czy to w polityce ochrony środowiska, w obszarze badań i rozwoju, czy też polityce społecznej bądź podatkowej. Powód jest prosty, zwyczajnie ich na poparcie takich inicjatyw nie stać. Wydawałoby się, że przy analizie dzisiejszego kryzysu, w którym znajduje się Unia Europejska, trudno postawić bardziej anachroniczną tezę. A jednak. Co więcej, formułuje ją nie byle kto, ale do niedawna główny prawnik Rady Unii Europejskiej Jean-Claude Piris. Człowiek, który nie tylko był przy negocjowaniu wszystkich unijnych traktatów, od traktatu z Maastricht do traktatu lizbońskiego, ale który miał realny wpływ na wiele ze znajdujących się w nich kluczowych zapisów.

W swojej nowej książce "The Future of Europe - Towards a Two Speed EU" francuski prawnik nie poprzestaje na diagnozie dzisiejszej sytuacji, postuluje daleko idące zmiany, które mają uratować Unię Europejską od kalumnii rozszerzenia. Jednym słowem - doradza powrót do przeszłości, do małej, spójnej wspólnoty, najchętniej składającej się z najbardziej ambitnych członków strefy euro. Problem w tym, że realizacja takiego marzenia wymagałaby zawiązania nowej quasi-federalnej wspólnoty poza dzisiejszą Unią.

Jean-Claude Piris w książce "The Future of Europe" przekonuje, że źródłem kłopotów UE jest rozszerzenie. Kraje, które dołączyły po 2004 r., nie rozumieją problemów starych członków

Oczywiście można byłoby tę książkę pominąć milczeniem. Jest ona jednak na tyle charakterystyczna dla myślenia dość pokaźnej części politycznych elit starej Europy, iż po prostu nie sposób się do niej nie odnieść. Zwłaszcza że francuscy dyplomaci w negocjacjach dotyczących dalszej integracji bankowej i fiskalnej zdają się kierować jej niektórymi zaleceniami. Wielu polityków z Francji, Belgii czy Holandii powiela stereotypy związane z rozszerzeniem, bez podjęcia najmniejszej nawet próby ich zweryfikowania. Prawdą jest, że wraz z akcesją nowych członków do UE zwiększyła się różnorodność językowa i kulturowa UE oraz różnica w stopniu rozwoju między jej najbiedniejszymi a najbogatszymi regionami (choć dla przykładu Praga jest prawie trzy razy bogatsza niż Azory). Na tym jednak kończą się łatwe uogólnienia.
Wszystkie badania naukowe potwierdzają, że mimo zwiększenia liczby członków Wspólnoty po rozszerzeniu wcale nie zmniejszyła się ani skłonność do wypracowywania kompromisu w Radzie UE, ani efektywność podejmowania decyzji. Trudno wymienić przykłady dziedzin, w których wszystkie nowe państwa członkowskie miałyby znacząco inne interesy w porównaniu z państwami założycielskimi. Nowo przybyli wpisali się po prostu w siatkę starych podziałów, które od lat były w Unii widoczne. Państw bardziej i mniej protekcjonistycznych, państw produkujących olej z oliwek i olej z rzepaku, państw bardziej i mniej nastawionych na współpracę transatlantycką, państw biednych i bogatych itd. Prawda jest taka, że jeżeli Polska dziś staje się członkiem jakiejkolwiek koalicji bądź sama ją tworzy, znajdują się w niej i państwa stare, i nowe. Wystarczy stwierdzić, że nasze wysiłki dotyczące zachowania polityki spójności jako najważniejszego priorytetu unijnego budżetu, owszem, wspiera większość państw regionu, ale także Grecja, Portugalia czy Hiszpania (czasem bardziej aktywnie niż na przykład Republika Czeska). Podobnie jest z przestrzeganiem unijnego prawa. Każdego roku przeciw Polsce toczy się tyle samo postępowań przed Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości w związku z opóźnieniami we wcielaniu unijnych dyrektyw w życie, co przeciw Hiszpanii czy Francji, a Litwa i Łotwa są w tej dziedzinie takimi samymi prymusami jak Dania. Nie trzeba też chyba nikomu przypominać, że w strefie euro są Cypr, Malta, Estonia, Słowenia i Słowacja, a takie państwa jak Wielka Brytania, Szwecja czy Dania pozostają poza nią. W dzisiejszej Europie po prostu nie ma łatwych i jednowymiarowych podziałów, a na pewno nie przebiegają one według linii starzy - nowi. Tego typu myślenie jest wynikiem uprzedzeń i jest dzisiaj po prostu całkowitym anachronizmem. Jeżeli już ktoś pragnie łopatologicznych uproszczeń, to bardziej trwała różnica zaczyna nam się zarysowywać między Północą a Południem Unii Europejskiej.

Rozumowanie Jeana-Claude'a Pirisa ma jednak bardzo ważny podtekst polityczny i dlatego warto się do niego odnieść. Francji, która od czasu rozszerzenia w roku 1995 (o Szwecję, Finlandię i Austrię) systematycznie traci wpływy w samej UE, marzy się powrót do przeszłości. Oczywiście Francja nie jest jedynym problemem dzisiejszej Unii. Bardziej problematyczne dla przyszłości Wspólnoty jest zachowanie tych państw, które z zasady i a priori kontestują wszelkie próby ratowania Europy z kryzysu polegające na dalszym zacieśnianiu integracji europejskiej, takie jak Wielka Brytania oraz Czechy. Stąd też coraz częściej mówi się o konieczności podjęcia decyzji o tym, aby Unia mogła się rozwijać dwutorowo, pozwalając niektórym państwom członkowskim na podjęcie ściślejszej integracji bez oglądania się na innych.

Takie pomysły nie są niczym nowym. Od lat mamy do czynienia z Unią wielu prędkości (dla przykładu strefa Schengen), ale do tej pory, gdy niektóre państwa integrowały się szybciej niż inne, działo się to w ramach tego samego, jednolitego systemu instytucjonalnego. Z prawem inicjatywy ustawodawczej w rękach niepodzielnej Komisji Europejskiej oraz pod demokratycznym nadzorem Parlamentu Europejskiego. Nawet podpisany w zeszłym roku pakt fiskalny, mimo że obowiązuje poza unijnym porządkiem prawnym, dzięki wspólnym wysiłkom Parlamentu Europejskiego i polskiego rządu nie zaowocował groźbą dezintegracji UE. Stało się tak z trzech powodów. Po pierwsze, wbrew zabiegom niektórych nie stworzył zupełnie nowych, odrębnych instytucji. Po drugie, nawet państwa spoza UE uzyskały w nim możliwość ograniczonego wpływu na proces decyzyjny. Wreszcie, po trzecie, zapisano w nim jasno, że za pięć lat ma się on stać częścią unijnego systemu instytucjonalnego, a implementacja jego postanowień odbywa się w dużej mierze za pomocą metody wspólnotowej, a więc z udziałem instytucji UE.
Jean-Claude Piris chce jednak iść znacznie dalej. Pakt fiskalny jest dla niego tylko wstępem do dalszej integracji, z tym że poza dzisiejszym unijnym porządkiem prawnym. Nie tylko marzy mu się powołanie swoistej unii w Unii, na wzór matrioszki, ale chciałby, by oparta była ona na zupełnie nowych instytucjach. Problem w tym, że takie rozwiązanie to prosta droga do trwałego rozwarstwienia Unii Europejskiej. Wiadomo bowiem, że nie wszystkie państwa członkowskie będą chciały uczestniczyć w budowie unii bankowej i fiskalnej, jeżeli nie będą miały pełnego wpływu na zapadające tam decyzje.

Jean-Claude Piris postuluje potrzebę powołania nowych instytucji głównie dlatego, ponieważ bardzo źle ocenia te funkcjonujące obecnie. Według niego Parlament Europejski zawiódł na całej linii - nie jest ciałem skutecznie legitymizującym działania UE, a ciągle tylko żąda dla siebie nowych prerogatyw. Po poszerzeniu Komisja Europejska natomiast jest coraz słabsza oraz coraz mniej spójna. Nie sposób podejmować odważnych działań w gronie 27 komisarzy, a jej przewodniczący zbyt łatwo ulega presji najważniejszych państw członkowskich. Dlatego też w swoim najbardziej ambitnym scenariuszu Piris postuluje powołanie do życia nowych instytucji dla nowej unii - nowego parlamentu składającego się z przedstawicieli parlamentów narodowych oraz sekretariatu wyłącznie do koordynowania prac strefy euro. Wielu polityków w Europie wychodzi z założenia, że tylko przedstawiciele parlamentów narodowych mogą legitymizować działania, które mają bezpośredni wpływ na politykę gospodarczą, fiskalną i budżetową państw członkowskich, która w znacznej mierze nadal pozostaje ich kompetencyjną domeną.

Łatwo zgadnąć, że Francuzi liczą na to, iż w nowych instytucjach głos Francji byłby znacznie lepiej słyszalny. Wątpliwe jednak, czy powoływanie nowej instytucji parlamentarnej dałoby Unii mocniejszą legitymację do działania w oczach obywateli i czy byłyby one o wiele bardziej efektywne niż instytucje dzisiejsze.

Gdyby jednak nie udało się doprowadzić do utworzenia nowych instytucji, Jean--Claude Piris opowiada się za podziałem Parlamentu Europejskiego i Komisji Europejskiej. Francuzi nie chcą, aby w kwestii ściślejszej integracji gospodarczej i fiskalnej mogli się wypowiadać posłowie z krajów, które nie chcą się taką współpracą wiązać (nie podpisały paktu fiskalnego). W pomysłach dzielenia PE oraz Komisji chodzi o to, aby w kwestiach dotyczących integracji bankowej i fiskalnej deputowani oraz komisarze z krajów niebędących częścią strefy euro (bądź niebędących sygnatariuszami paktu fiskalnego) pozbawieni zostali prawa głosu. Abstrahując od problemów prawnych i organizacyjnych takiego rozwiązania, po raz pierwszy nastąpiłoby naruszenie integralności unijnych instytucji, co mogłoby stanowić bardzo zły precedens. Dlaczego w kwestiach Schengen czy np. europejskiego patentu mieliby decydować wszyscy posłowie czy komisarze?
Według recept zawartych w "The Future of Europe" nowa unia nie tylko powinna być oparta na nowych instytucjach, ale miałaby, rzecz jasna, mieć również swój własny budżet. W przeciwieństwie do radykalnych rozwiązań instytucjonalnych, ten akurat pomysł jest coraz bardziej poważnie traktowany przez kilka państw członkowskich UE. Ustanowienie osobnego budżetu dla strefy euro oraz próba uznania za część właściwego budżetu unijnego i poddania kontroli unijnych instytucji mechanizmów stabilizujących gospodarkę zagrożonych niewypłacalnością państw strefy Euro (Europejskiego Mechanizmu Stabilizującego) dla Berlina stanowi bardziej strawną alternatywę radzenia sobie z kryzysem od emisji wspólnych euroobligacji. Problem polega na tym, iż przy takim podejściu do budżetu dużo łatwiej byłoby dokonać cięć w jego prawdziwej, realnej, wydatkowej części, z której najbardziej korzysta Polska. Gdyby takie plany miały się ziścić niebawem, mogłyby one mieć negatywny wpływ na przebieg trwających negocjacji nowego unijnego budżetu na lata 2014-2020. Przede wszystkim dlatego, że osłabiona zostałaby koalicja państw sprzyjających zachowaniu polityki spójności, ponieważ dla państw południa Europy kwestia stabilizacji ich gospodarki jest dużo ważniejsza niż wyrównywanie nierówności między regionami.

A czym miałaby się zajmować nowo powołana do życia unia? Jean-Claude Piris twierdzi, iż konieczne jest pogłębianie integracji fiskalnej, podatkowej, uśrednienie wieku emerytalnego, płacy minimalnej itd. Świetny pomysł. Ciekawe, jak dynamiczna i konkurencyjna byłaby taka nowa unia? Ciekawe, czy narzucenie reszcie Europy francuskiego gorsetu nadałoby jej świeżości? Jak widać, pomysły Pirisa rodzą więcej pytań niż odpowiedzi. Realizacja w pełni tego typu recepty jest na szczęście na tyle mało realna, że nawet sam autor, goszcząc w Parlamencie Europejskim, na moje zarzuty zaczął się dystansować od tej koncepcji, nadal jednak podtrzymując swe tezy o konieczności dalszego różnicowania Unii Europejskiej.

Problem polega na tym, że w dzisiejszej debacie na temat przyszłości Unii (jej kolejnego etapu jesteśmy właśnie świadkami na trwającym w czwartek i piątek szczycie UE) na serio pojawiają się pomysły podobne do tych, które francuski prawnik opisał w swojej książce. I dlatego trzeba o nich głośno mówić i kontestować ten sposób myślenia. Więcej zróżnicowania i elastyczności - jak najbardziej, ale w ramach dzisiaj istniejących traktatów, z zachowaniem integralności unijnych instytucji oraz unijnego budżetu. Inne pomysły, polegające na narzucaniu trwałych podziałów, uzgadnianiu nowych traktatów, powoływaniu nowych instytucji, będą nie tylko zupełnie niezrozumiałe dla obywateli, ale przede wszystkim bardzo groźne. Mogą one bowiem prowadzić do trwałego rozwarstwienia Unii Europejskiej, a w konsekwencji do jej upadku.

Rafał Trzaskowski jest europosłem PO. Wcześniej był analitykiem w Centrum Europejskim Natolin oraz doradcą w UKIE

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie