reklama

Jarosław Gowin: Po stronie opozycji nie ma alternatywy dla Platformy

Agaton KozińskiZaktualizowano 
Jarosław Gowin - wicepremier, minister nauki i szkolnictwa wyższego, prezes partii Polska Razem. Przez sześć lat był posłem Platformy Obywatelskiej, minister sprawiedliwości w rządzie Donalda Tuska
Jarosław Gowin - wicepremier, minister nauki i szkolnictwa wyższego, prezes partii Polska Razem. Przez sześć lat był posłem Platformy Obywatelskiej, minister sprawiedliwości w rządzie Donalda Tuska Bartek Syta
- Donald Tusk jest oczytanym, inteligentnym człowiekiem. Ale cechuje go głęboka pogarda do intelektualistów. On zaszczepił PO niechęć do wszelkich - jak mówił z pogardą - „wizji” programowych - mówi Jarosław Gowin w rozmowie z Agatonem Kozińskim.

Zaskoczył Pan czymś Donald Trump?
Tak. Nie spodziewałem się, że w Warszawie aż tak mocno wybrzmi apel o obronę cywilizacji zachodniej. Jestem pewien, że uważnie słuchali przywódcy państw zachodnioeuropejskich. Mam nadzieję, że słuchając przemówienia prezydenta Trumpa liderzy zachodnioeuropejscy wreszcie zrozumieli, dlaczego nasz rząd tak jednoznacznie sprzeciwia się obranej przez nich polityce imigracyjnej. Pod tym względem to przemówienie historyczne. Tak jak dla Polski historyczne znaczenie ma precyzyjne wpisanie się słów amerykańskiego prezydenta w naszą politykę historyczną. Mam nadzieję, że przynajmniej wokół tych dwu spraw zamkniemy w Polsce partyjne spory.

Co dziś wyznacza główne osie sporu politycznego w polskiej polityce?
Mamy dwie główne osie. Jedna dotyczy polityki wewnętrznej.

Polaryzacja PiS-PO?
Bardziej dyskusja o modelu modernizacji Polski.

A druga?
Dotyczy polityki zagranicznej. Uwaga opinii publicznej skupia się na kwestii imigrantów, ale w istocie to odprysk szerszego problemu: granic interwencji instytucji UE w sprawy wewnętrzne państw członkowskich.

Najpierw oś pierwsza. Mówi Pan o dyskusji o modelu rozwoju kraju. O ile Zjednoczona Prawica taki model przedstawia, to opozycja nie. PO jest ciągle na etapie „Polski 2030” Michała Boniego.
Interesujący dokument. Tyle że decyzją Donalda Tuska natychmiast wylądował w szufladzie i Tusk dopilnował, by nigdy go stamtąd nie wydobyto. Ówczesny premier zaszczepił Platformie niechęć do wszelkich - jak mówił z pogardą - „wizji” programowych. No, ale nawet jeśli Platforma nie zdawała sobie sprawy, że mówi prozą, to w praktyce jednak pewien model modernizacji realizowała.

CZYTAJ TAKŻE: Tomasz Jastrun: Największym wrogiem PiS jest PiS

Jak go określić?
To był model imitacyjny. PO była przekonana, że wystarczy odtworzyć u nas zachodnioeuropejski model państwa, by odnieść sukces. Na to nałożyła się „polityka ciepłej wody w kranie”: rząd nie „robi” polityki, w istocie nie rządzi, tylko administruje. A już szczególnie nie ingeruje w gospodarkę.

Państwo jako nocny stróż.
Procesy gospodarcze miała kształtować swobodna konkurencja. Gdy rozmawiałem z Donaldem Tuskiem, wielokrotnie słyszałem: nie wtrącajmy się w gospodarkę, niech to się samo kręci.

Liberał.
Co do zasady, takie podejście bardzo mi odpowiada. Problem w tym, że w Polsce od 1989 r. nie mieliśmy swobodnej konkurencji.

Uruchomiła ją ustawa Wilczka z 1988 r.
Tak - ale jednocześnie wielkie przywileje otrzymały grupy postkomunistyczne, a zaraz potem zaczęły się na to nakładać przywileje zagranicznego kapitału. Dopiero nasz obóz rozpoczął proces przywracania reguł gospodarki kapitalistycznej. Mateusz Morawiecki podczas ostatniej konwencji programowej nazwał to „kapitalizmem republikańskim”.

Wiele działań rządu wygląda bardziej jak etatyzm, a nie republikanizm.
Cały czas dyskutujemy w rządzie o tym, jak daleko powinna sięgać ingerencja państwa, często spieram się o to, czy z Mateuszem Morawieckim, czy Jarosławem Kaczyńskim. Ale dziś widać, że gospodarka się rozwija. Liczę, że po fazie wyraźnego wzmocnienia obecności państwa w gospodarce i ustawienia na nowo generalnych wektorów, następne lata będą czasem wolności.

Czy Pan jako liberał gospodarczy nie boi się takich projektów jak Centralny Port Komunikacyjny? Tu głównym inwestorem ma być państwo.
Nie, tego akurat się nie boję. Nie rozumiem, dlaczego państwo ma prowadzić hotel w Olsztynie albo setki innych drobnych zakładów, które w praktyce zawsze będą łupem politycznym. Inaczej jest z wielkimi inwestycjami infrastrukturalnymi. W Polsce nie ma dużego kapitału prywatnego, który byłby w stanie unieść ciężar budowy CPK.
Mamy przykład gazoportu w Świnoujściu, który miał być gotowy w 2012 r., a powstał dopiero rok temu. Albo lotniska w Berlinie, które miało rozpocząć działalność w 2011 r., a ciągle nie jest gotowe. Widać, że państwo nie jest najlepszym inwestorem.
Gospodarka państwowa z definicji jest mniej wydolna niż prywatna. Tak jest wszędzie, nie tylko w Polsce.

W Berlinie koszty lotniska już są dwa razy wyższe niż zakładał kosztorys - a końca budowy nie widać.
Inwestycje o znaczeniu strategicznym dla danego państwa muszą powstawać albo ze środków publicznych, albo w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego. Tak czy owak, państwo musi mieć nad nimi kontrolę, chociażby ze względów bezpieczeństwa. Weźmy gazoport. Gdyby był własnością zagranicznego koncernu, szybko znaleźlibyśmy się w pułapce. Rosjanie z pewnością bowiem wykupiliby go nawet po cenie zdecydowanie wyższej niż rynkowa.

To w naszych realiach byłby śmiertelny błąd.
Dlatego w tym miejscu kończy się mój gospodarczy liberalizm. Ważne jest natomiast, by tego typu strategiczne projekty były wyjęte ze sporu politycznego. Takie republikańskie podejście do państwa powinna prezentować również opozycja. Niestety, od czasu zwycięstwa Zjednoczonej Prawicy duża część opozycji tej reguły nie przestrzega.

Podkreśla Pan, że PO stawiała na imitacyjny rozwój kraju. Generalnie ta partia idąc do władzy w 2007 r. robiła wrażenie świeżością języka, pomysłami, rozmachem. Ale na sobotniej konwencji Platformy słychać było jej uwiąd intelektualny. Co się stało z Pana dawną partią?
Już o tym wspomniałem. Platformę intelektualnie wyjałowił Donald Tusk, czego przykładem były losy „Strategii Polska 2030”.

CZYTAJ TAKŻE: Tomasz Jastrun: Największym wrogiem PiS jest PiS

Tusk sam go prezentował na specjalnie zorganizowanej konferencji w BUW-ie.
Tusk jest oczytanym, inteligentnym człowiekiem. Ale cechuje go głęboka pogarda do intelektualistów. To paradoks, że PO za jego czasów cieszyła się niemal powszechnym poparciem elit intelektualnych. A obóz polityczny, na którego czele stoi człowiek odwołujący się - jak chociażby ostatnio w Przysusze - do klasycznego etosu polskiej inteligencji, jest przez dużą część środowisk intelektualnych odsądzany od czci i wiary.

Profesorowie Jadwiga Staniszkis i Ryszard Bugaj wycofali swoje poparcie dla Was dopiero po wyborach w 2015 r.
Pewnych powodów do tego im dostarczyliśmy, ale generalnie gdy czytam ich wypowiedzi, to nie mogę się nadziwić stopniem ich oderwania od faktów. Natomiast faktem jest, że to na prawicy toczy intensywna praca programowa. Byliśmy przygotowani do objęcia rządów, ale także do ostatniej konwencji programowej. Tego samego nie widzę po stronie opozycji. Zwróciło na to uwagę nawet wielu nieprzychylnych nam komentatorów, porównując niedawne wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego i Grzegorza Schetyny.

Platforma i Nowoczesna odwołuje się głównie do resentymentu za ładem sprzed kryzysu. Takie hasła dały sukces Emmanuelowi Macronowi we Francji. W Polsce może być podobnie?
Szukanie jakichkolwiek analogii między Macronem i Schetyną jest całkowicie chybione. Macrona wykreowano jako osobę nową w polityce. O Grzegorzu Schetynie różne dobre rzeczy można mówić, ale nie to, że jest świeżą twarzą.

Fakt, to były wicepremier, marszałek Sejmu, a nawet - przez miesiąc - prezydent.
Poza tym lider PO działa w innych realiach społecznych niż Macron. Przede wszystkim Polacy są dużo bardziej konserwatywni i zdroworozsądkowi niż Francuzi. Dziś głównymi błędem Grzegorza Schetyny - i mówię te słowa z sympatią do niego - jest uleganie histerycznej presji części środowisk lewicowo-liberalnych z „Gazetą Wyborczą” na czele.

Schetyna stał się zakładnikiem Michnika?
Już nie Michnika. Adam Michnik, przy całym moim krytycyzmie dla jego roli w Polsce po 1989 r., był ostoją zdrowego rozsądku w porównaniu z jego młodymi wychowankami.

To kto w takim razie nadaje ton temu środowisku, skoro nie Michnik?
Wśród tych młodych publicystów nie dostrzegam nazwisk wartych wymieniania. Generalnie to grupa ulegająca stadnej zależności od kiepskich intelektualnie ideologii w rodzaju gender czy LGBT. Znad szklanki sojowej latte snują apokaliptyczne wizje Polski ogarniętej nowym autorytaryzmem czy nawet faszyzmem.
Adam Michnik też już sięga po taki język, czy Lech Wałęsa, który chce z Władysławem Frasyniukiem blokować miesięcznice.
To żałosny finał drogi politycznej Wałęsy i Frasyniuka.

Gdyby Michnik powiedział, że siada z nimi, nikogo taka deklaracja specjalnie by nie zaskoczyła.
To fakt. Ale Schetynę cenię wyżej. Liczę, że nie stanie się zakładnikiem „Wyborczej” czy TVN. Przydałaby się nam bardziej racjonalna opozycja.

Co się stało z tym środowiskiem, że przyjęło tak radykalne formy wyrażania swoich opinii?
Trzy czynniki. Po pierwsze, presja ideologii politycznej poprawności. Gdy czasami biorę do ręki „Gazetę Wyborczą”, to mam wrażenie, że jest ona biuletynem lewackiej rewolucji. Po drugie, presja instytucji unijnych, czy szerzej kręgów zachodnich elit politycznych. Oni wywierają wpływ na opozycję, bo widzą, że jesteśmy pierwszym rządem, który tak mocno działa na rzecz interesu narodowego.

A trzeci czynnik?
Strach o własne interesy, które narusza nasz rząd. Mówię o interesach dawnego establishmentu. Dziś już nie jest tak, że lwia część reklam spółek skarbu państwa wędruje do „Gazety Wyborczej”, „Polityki”, czy „Newsweeka”. Pod tym względem panuje dziś dużo większy pluralizm.

CZYTAJ TAKŻE: Tomasz Jastrun: Największym wrogiem PiS jest PiS

Kto jest dziś liderem tego środowiska?
Nie widzę takiego. W pewnym momencie do tej roli aspirował Andrzej Rzepliński, ale próba wykreowania go na autorytet spaliła na panewce. O innych pretendentach z kręgu KOD nawet nie warto wspominać. Może pana to zdziwić, ale ja tęsknię za racjonalną, stawiającą nawet realne wyzwanie polityczne lewicą. Liczę, że kiedyś będzie to w dziedzinie publicystyki lewica red. Rafała Wosia, a w dziedzinie polityki Jana Śpiewaka. Nie zgadzam się z nimi niemal w niczym, ale widzę w nich dociekliwość intelektualną i polityczną bezinteresowność.

A wracając do drugiej osi podziału politycznego: migrantów. Czy jednak nie poszliście jako rząd o most za daleko w tej sprawie? W Polsce czuć rosnącą wrogość do muzułmanów w wyniku tego sporu.
Nie zgadzam się. Polacy doskonale rozumieją, że nie chodzi nam o tworzenie atmosfery wrogości wobec islamu, tylko o ochronę kraju.

Tyle, że dziś o muzułmanach nie mówi się inaczej niż „ciapaci”. Trudno nazwać to za przejaw tolerancji.
W ciągu ostatniego półtora roku jest pan jedynym moim rozmówcą, który używa tego określenia. Odkąd jestem ministrem, nikt w mojej obecności nie użył takiego zwrotu.

Przecież korzysta Pan z Twittera - tam ten zwrot pojawia się na okrągło.
W internecie są fale hejtu we wszystkich możliwych kierunkach, taka już uroda mediów społecznościowych. Natomiast uważam, że nasz obóz musi poważnie zmierzyć się z innym zarzutem.

Jakim?
Czy sprzeciwiając się przyjmowaniu imigrantów ekonomicznych, nie idziemy o krok za daleko, odrzucając w ten sposób apel Kościoła o zorganizowanie korytarzy humanitarnych. Przyznam, że to dla mnie coraz większy dylemat moralny. Nie dlatego, że się boję krytyki ze strony biskupów - po prostu ta sprawa zaczyna mnie uwierać jako człowieka i jako polityka. Wierzę, że w najbliższych miesiącach odbędziemy poważną debatę na ten temat w naszym środowisku. Bo takie korytarze powinny wcześniej czy później powstać.
Kiedy byłoby to możliwe?
W tej sprawie trzeba być bardzo ostrożnym, słuchać głosu instytucji odpowiedzialnych za bezpieczeństwo, które przestrzegają przed otwarciem puszki Pandory. Ofiarom wojny staramy się pomagać na miejscu - i jako rząd, i wielu z nas osobiście. Być może jednak zbliża się czas, by grupkom syryjskich chrześcijan pomagać też w Polsce.

Jesteśmy po kongresie programowym Zjednoczonej Prawicy. Czym właściwie jest ta koalicja? Zgranym zespołem, który idzie do kolejnych wyborów?
Wiele na to wskazuje. Zawiązaliśmy koalicję trzy lata temu i przez ten czas wygraliśmy też wszystkie kolejne wybory, nie było między nami poważniejszych zgrzytów, a relacje - z zachowaniem proporcji siły poszczególnych partii - są naprawdę partnerskie. Podczas kongresu w Przysusze sformułowałem trzy ważne - uzgodnione wcześniej z Jarosławem Kaczyńskim - postulaty programowe.

Miliard na naukę i niższy ZUS dla mikroprzedsiębiorstw - te przebiły się najmocniej.
Tak - a trzeci to liberalizacja ustawy o ziemi. Wszystkie te propozycje zostały ciepło przyjęte przez delegatów na tym kongresie, a przecież zdecydowaną większość z nich stanowili działacze PiS.

Mówi Pan o dobrej współpracy koalicji. To może przykład Arkadiusza Mularczyka, który przeszedł z Solidarnej Polski do PiS, powinien być dla Was impulsem?
Nie chce się wypowiadać za Zbigniewa Ziobrę, który kieruje Solidarną Polską, bo zbieżność programu jego partii z PiS jest bardzo duża. Natomiast Polska Razem w wielu sprawach, zwłaszcza związanych z gospodarką, ma inne zdanie niż PiS. Różnimy się także jeśli chodzi o ocenę roli samorządów. PiS dużo większym zaufaniem obdarza instytucje centralne, a ja - samorządowe.

CZYTAJ TAKŻE: Tomasz Jastrun: Największym wrogiem PiS jest PiS

To jak Polska Razem zachowa się w wyborach samorządowych? Mimo to wspólne listy z PiS?
Negocjujemy warunki porozumienia. Zaproponowaliśmy PiS-owi, aby Zjednoczone Prawica wystawiła wspólne listy do sejmików oraz wspólnych kandydatów na prezydentów w większości miast. Natomiast w wyborach do gmin i powiatów decyzje powinny należeć już do struktur lokalnych - i PiS, i Polski Razem.

Próbował Pan stworzyć koalicję do wyborów samorządowych z Kukiz’15. Dlaczego to nie wyszło?
Takie porozumienie zawarliśmy pół roku temu w Gdańsku, ale niedawno Paweł Kukiz napisał na Facebooku, że nie jest zainteresowany kontynuacją projektu. Szkoda.

Co się stało?
Zdaje się, że wewnątrz pomorskich działaczy Kukiz’15 doszło do podziału. Ja żałuję straconej szansy, bo warto byłoby przetestować w niektórych okręgach, jak wyborcy przyjęliby wspólne listy prawicy wolnorynkowej.

Pan od dawna pokłada duże nadzieje we współpracy z Kukiz’15 - ale cały czas to nadzieje jednostronna. Czemu nie udaje się Panu przełamać tego muru?
Nie jest tajemnicą, że wśród działaczy ruchu Kukiz’15 są dawni działacze Polski Razem, którzy od nas odeszli nie mogąc zaakceptować naszego porozumienia z PiS-em. Przykładem jest choćby marszałek Stanisław Tyszka. Szanując ich decyzje, wiem, że łączy nas wspólnota poglądów w wielu kwestiach.

Uda Wam się coś zrobić razem? Czy Kukiz jest zbyt nieobliczalny, czy stał się już zakładnikiem środowisk narodowych, które zdają się w nim coraz bardziej dominować?
To prawda, że polityki Kukiz’15 nie zawsze rozumiem. Ale Pawła Kukiza uważam za żarliwego patriotę i jestem przekonany, że bylibyśmy się w stanie porozumieć - właśnie na płaszczyźnie tego patriotyzmu i odpowiedzialności za państwo.
Brak tego porozumienia sprawia, że Polska Razem pozostanie przystawką PiS-u. Nie wpadł Pan w pułapkę przy tej rządowej koalicji?
Nie czuję się przystawką. Często się spieramy z Jarosławem Kaczyńskim, jest jasne, że w większości spraw nasz rząd realizuje program PiS, ale nigdy nie czułem się traktowany przez prezesa Kaczyńskiego instrumentalnie.

Nigdy? Przecież Pana partia nie ma nawet dotacji wyborczej, mimo że wprowadziliście do Sejmu dziewięciu posłów.
To konsekwencja naszej umowy jeszcze sprzed wyborów. PiS wziął na siebie ciężar finansowania kampanii, ale w zamian otrzymał też całą dotację budżetową. Naprawdę mam w tej koalicji nieporównywalnie większą autonomię niż miałem w Platformie. Ustawę 2.0., czyli kompleksową reformę, która jest czymś w rodzaju konstytucji dla nauki, traktuję jako swoje dzieło życia.

Jaki wpływ na wybory w 2019 r. będą miały dwie komisje: ds. Amber Gold i dotycząca reprywatyzacji w Warszawie?
Duży - i mówię to bez satysfakcji, bo przez sześć lat byłem politykiem Platformy. Choć jest zasadnicza różnica między Amber Gold, a dziką reprywatyzacją.

Jaka?
W pierwszym przypadku nie ma dowodów na to, że ktokolwiek z Platformy był w nią uwikłany.

„W Sieci” ujawniło notatkę ABW z 2012 r. do najważniejszych osób w państwie - które jednak nie wyciągnęły z niej wniosków.
Ta notatka pokazuje zaniechania ze strony Donalda Tuska i jego otoczenia.

CZYTAJ TAKŻE: Tomasz Jastrun: Największym wrogiem PiS jest PiS

Celowe zaniechanie? Przecież w tej notatce było napisane czarno na białym, na czym polega problem z Amber Gold.
To jest istota mojego sporu z Tuskiem - polityka ciepłej wody w kranie w praktyce sprowadzała się do chowania głowy w piasek, uchylania się od energicznych działań. Tusk rozumiał bycie u władzy jako surfowanie po falach sondaży popularności.

Unikanie decyzji nie wiąże się z konsekwencjami?
Z odpowiedzialnością polityczną na pewno tak. Ale na razie nie ma dowodów na działania, które celowo osłaniałyby aferzystów stojących za Amber Gold. Sprawa dzikiej reprywatyzacji to zupełnie inny kaliber niż afera Amber Gold - w tym sensie, że pierwsze zeznania pokazują na bezpośrednie zainteresowanie Hanny Gronkiewicz-Waltz decyzjami reprywatyzacyjnymi. Nie zamierzam niczego przesądzać, ale wydaje mi się, że przez aferę reprywatyzacyjną Platforma poniesie największe straty wizerunkowe.

Jak duże? Jak to się przełoży na jej wynik wyborczy w 2019 r.? PO dalej będzie Waszym głównym rywalem.
Nie widać alternatywy politycznej dla Platformy.

Jest niezniszczalna?
Partia, która dostaje kilkadziesiąt milionów złotych dotacji budżetowej, ma kilkunastu marszałków województw, prezydentów kilkudziesięciu miast ma silne podstawy i moim zdaniem przetrwa jako główna partia opozycyjna do 2019 r. Ale nie wydaje się, by mogła skutecznie walczyć o zwycięstwo w najbliższych wyborach parlamentarnych.
Te afery pokazują smutną prawdę o rządach PO. Czy może się to przełożyć na przepływ wyborców tej partii na drugą stronę? Czy rów między PO i PiS jest tak głęboki, że takie ruchy są niemożliwe?
Jest duża, kilkunastoprocentowa grupa wyborców, którzy mogą przepływać między PO i PiS. Jeśli będziemy skutecznie rządzić, to jest możliwe, że ta grupa zacznie nas popierać.

Dlaczego nie zrobili tego do tej pory? W wyborach 2015 r. poparło Was 7 proc. dawnych wyborców PO.
Mówię o osobach, które są przywiązane do tradycyjnych wartości - tak samo jak nasz obóz. Ale te osoby nie są pewne, czy umiemy rządzić w sposób skuteczny i nowoczesny. Poza tym odpychają je wszelkie zachowania, które można odebrać jako arogancję władzy.

Mówi Pan o przeniesieniu Małgorzaty Sadurskiej z kancelarii prezydenta do PZU.
Nie chcę odnosić do konkretnych przypadków. Ale w obszarze decyzji personalnych musimy być szczególnie uważni. Jarosław Kaczyński na ostatnim kongresie bardzo dobitnie to wyraził, przywołując wezwanie do funkcjonariuszy CBA: najpierw brać się za swoich!

Po wygranych wyborach w Niemczech przez Angelę Merkel zacznie się pewnie proces przyspieszania integracji wewnątrz strefy euro. Jak na to zareagujecie?
To będzie jedno z najważniejszych wyzwań, z jakimi przyjdzie nam się zmierzyć jeszcze w tej kadencji. Nasza polityka europejska musi być bardziej zniuansowana niż do tej pory, mam nadzieję też, że poprawimy nasze relacje z Niemcami.

CZYTAJ TAKŻE: Tomasz Jastrun: Największym wrogiem PiS jest PiS

Słowa Mateusza Morawieckiego o CDU i Jarosława Kaczyńskiego o reparacjach raczej w tym nie pomogą.
Mateuszowi Morawieckiemu udał się świetny dowcip, Jarosław Kaczyński po prostu przypomniał oczywisty fakt. We wtorek udało mi się doprowadzić do podpisania porozumienia z Towarzystwem Maxa Plancka o utworzeniu w Polsce 10 centrów doskonałości naukowej pod egidą tej niezwykle prestiżowej instytucji. To wielki sukces polskiej nauki, ale też dowód, że relacje polsko-niemieckie mogą być bardzo udane. Dla mnie nie ulega wątpliwości, że - przy wszystkich różnicach dotyczących np. sprawy imigrantów czy Nord Stream 2 - Niemcy to nasz strategiczny partner.

Ale teraz mówię o innej sytuacji. Niewykluczone, że UE mocno przyspieszy. Wasz rząd powie, że w ten projekt nie wchodzi, a Platforma natychmiast Was zaatakuje, mówiąc, że musimy być w Europie. A Polacy są intuicyjnie pro-europejscy i PO będą słuchać w tej sprawie.
Na pewno Angela Merkel wykona jakieś gesty pod adresem prezydenta Macrona, bo chce odbudować francusko-niemiecki silnik UE. Ale jestem przekonany, że to będą gesty symboliczne, a nie realne. Przecież stworzenie wspólnego budżetu strefy euro oznaczałoby konieczność spłacania przez Niemcy długów krajów Europy południowej. Na to żaden polityk niemiecki się nie zdecyduje.

Flesz - nowi marszałkowie Sejmu i Senatu, sukces opozycji

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie