"Jarku", "Zbyszku"... Jak to jest z politykami na ty i przyjaźnią w Sejmie

Redakcja
Bartłomiej Międzybrodzki/Polskapresse
Jeśli oglądaną w mediach politykę przyrównać do sceny, to nasi politycy spokojnie mogliby pretendować do Oscara. Ich kreacje są jednak równie przekonujące, co podszyte obłudą. Najświeższy przykład to Jarosław Kaczyński publicznie nawołujący "Zbyszka" do renesansu przyjaźni i Zbigniew Ziobro łamiącym się ze wzruszenia głosem zapewniający "Jarka", że gotów jest zapomnieć o wyrządzonych sobie przykrościach.

Duch porozumienia, który zdawał się unosić w sobotę nad warszawskim marszem w obronie telewizji Trwam, to jednak tylko danina na użytek politycznego teatru. W rzeczywistości obaj aktorzy wiodą przecież śmiertelny bój o dusze prawicowych wyborców. I równie daleko im do miłości co wcześniej.

Czytaj też: Kurski i Niesiołowski prywatnie są kolegami. Kto się z kim przyjaźni w polityce?

"Świat jest teatrem" - orzekł w "Makbecie" Szekspir. Ciekawe, co by napisał, znając towarzyskie kulisy polskiej polityki

Politycy odgrywają swój spektakl nie od dziś. Można nawet pokusić się o typowanie solistów, którzy na politycznej scenie pojawiają się najczęściej. Choćby Stefana Niesiołowskiego lubującego się w medialnym teatrze. Znajomi wicemarszałka Sejmu zgodnie uważają, że to człowiek łagodny jak baranek, ale zaledwie tydzień temu w rozmowie z posłem PiS Adamem Hofmanem w Radiu Zet dość obcesowo kazał mu się zamknąć w sprawie Smoleńska.

Czytaj też: Bielan i Kamiński, czyli o przyjaźni silniejszej od politycznych ambicji. "Za dużo o sobie wiedzą..."

Wypadek przy pracy? Ależ skąd. Rok temu podobna scena wydarzyła się przy okazji radiowej rozmowy Niesiołowskiego z Jackiem Kurskim. Panowie dzielnie obrażali się na antenie, by po wyjściu ze studia oddać się przyjacielskiej pogawędce. - Nie za bardzo ci przywaliłem? - pytał z troską w głosie Niesiołowski. - Nie ma sprawy, stary, to było jak łaskotanie - odpowiadał Kurski.

Prawda bowiem jest taka, że w polityce publicznie okazywana przyjaźń niezbyt popłaca. Przekonał się o tym sam Niesiołowski przy okazji sejmowej kłótni z Jarosławem Kaczyńskim na temat sprawy Ryszarda C., zabójcy łódzkiego działacza PiS. Rezonującemu przeciw szefowi Prawa i Sprawiedliwości Niesiołowskiemu Kaczyński odkrzyknął: - Nie jesteśmy na ty! Gdy Niesiołowski przypomniał, że niedawno jeszcze byli, Kaczyński odpalił: - Rzeczywiście, ale zanim się pan nie stoczył.

Czytaj też: Roman Giertych i Radosław Sikorski: Połączyła ich niechęć do prezesa

Szef PiS bowiem bywa w swych dawnych i obecnych przyjaźniach wyrachowany. Podczas przedwyborczej debaty gospodarczej z Donaldem Tuskiem nie powstrzymywał się od złośliwostek, nazywając go Donkiem, Donaldkiem i Donaldusiem. Chwyt tani i zastosowany jedynie na krótką metę - obaj panowie znają się doskonale od kilku politycznych dekad i ich relacje nie zawsze były takie chłodne.
Harcowników skorych do spektakularnych wyskoków nie brakuje. Janusz Palikot, będący dziś w stanie wojny z politycznym establishmentem, też miał swoje polityczne sympatie. Nierzadko szczodrze podlane alkoholem. Głośno było o jego randkach przy kieliszku ze Stanisławem Żelichowskim, Aleksandrem Kwaśniewskim czy Bogdanem Zdrojewskim. W książce "Kulisy platformy" opisał nawet tajemnice swoich spotkań z Janem Rokitą. Dziś panowie nie darzą się publiczną sympatią, wtedy biesiadowali tak zawzięcie, że polityk z Krakowa z trudnością trafiał kapeluszem na głowę.

Czytaj też: Kurski i Niesiołowski prywatnie są kolegami. Kto się z kim przyjaźni w polityce?

Prawdziwym jednak kameleonem jest Ryszard Kalisz, o którym powiada się, że przyjaźni się ze wszystkimi, ale tylko prywatnie. Choćby z Tadeuszem Cymańskim, Stefanem Niesiołowskim, Pawłem Poncyljuszem, z którym - jak sam mówi - ma relacje koleżeńsko-rodzinne. Nie przeszkadza mu to zresztą besztać publicznie wymienionych, kiedy się tylko da. Zapewne w myśl zasady, że nawet najgorętsze przyjaźnie kończą się po przekroczeniu progu studia telewizyjnego.

Czytaj też: Bielan i Kamiński, czyli o przyjaźni silniejszej od politycznych ambicji. "Za dużo o sobie wiedzą..."

I odwrotnie. To przecież Niesiołowski swego czasu nazwał malowniczo Kalisza pornogrubasem. Wówczas zapowiadało się to na awanturę dekady, dziś mało kto o tym pamięta. Obaj dżentelmeni przyjaźnią się nadal, widywani są na lunchach w modnych restauracjach i podczas perypatetyckich spacerów po korytarzach Sejmu. Co tylko potwierdza tezę, że polityczne przyjaźnie wymagają prawdziwego kunsztu.

Lucjan Strzyga

Czytaj też: Roman Giertych i Radosław Sikorski: Połączyła ich niechęć do prezesa

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

A
Administrator
To jest wątek dotyczący artykułu "Jarku", "Zbyszku"... Jak to jest z politykami na ty i przyjaźnią w Sejmie
m
max wyborca PIS
Po tygodniu pogróżek, że skończy z „wojną na dwa fronty”, premier Tusk, wbrew oczekiwaniom, nie wprowadził stanu wojennego dla „zapewnienia poczucia bezpieczeństwa wszystkim Polakom nie tylko wobec kryzysu ekonomicznego, ale także politycznego”, tylko udał się z czterodniową wizytą do Abu Zabi, Dubaju i Arabii Saudyjskiej.
Publiczność straciła więc okazję aby obejrzeć premiera w mundurze (rezerwisty?). Tym którzy przed kilku laty zachwycili się Słońcem Peru w indiańskiej czapce z nausznikami, pozostała nadzieja, że aktualnie – w trakcie kolejnej „podróży życia” – obejrzą go w turbanie na głowie. „Jak w dezertej Arabiji, złotosiejny wzrok Febowy, niesie skwarem śmierć liliji, aż nakłoni białej głowy…” – deklamował Papkin (Zemsta, akt II. Scena 7). Przy czym – dodam od razu, żeby uniknąć procesu o zniesławienie, jako że Rafał Grupiński w piątek sugerował, iż politykami PiS powinna zająć się prokuratura – nie chodziło mu o dezercję premiera, tylko o odpowiednio efektowne powitanie Klary. Albowiem deserta, orum – to po łacinie również pustynia. Która to eksplikacja ma na celu uchronienie przed procesem także Papkina.
Przed wyjazdem jednak nakłamał. To znaczy Tusk. Papkin też, ale to już zmartwienie „starościanki miodopłynnej” a nie nasze. Nakłamał, że decyzja Lecha Kaczyńskiego o wyjeździe do Katynia zapadła dopiero po ogłoszeniu wspólnej wizyty jego i Putina, i że prezydent o swoich zamiarach nie informował rządu.
Na szczęście zachowały się papiery. Wynika z nich jednoznacznie, że wizyta Lecha Kaczyńskiego była planowana wcześniej oraz zakomunikowano o niej maksymalnie szeroko. Otóż mój świętej pamięci kolega z Kancelarii, minister Mariusz Handzlik, jak dobry urzędnik zadbał, by o zamiarach prezydenta powiadomić wszystkich dookoła. Już więc 27 stycznia (a informacja o telefonie od Putina pojawiła się dopiero 3 lutego) rozesłał pisma do Radosława Sikorskiego, Andrzeja Kremera (z kopią dla ambasadora Bahra, dyrektora Bratkiewicza z MSZ i ministra Rotfelda – od spraw trudnych), Andrzeja Przewoźnika oraz – co warto podkreślić – ambasadora Rosji Władimira Grinina. List do ostatniego z adresatów zawierał nie tylko informację o zamiarze prezydenta Polski udania się do Katynia na 70. rocznicę mordu na polskich oficerach ale także propozycję udziału w uroczystościach prezydenta Miedwiediewa. Handzlik liczył, że ambasador przekaże wiadomość do Moskwy i wysonduje stanowisko Kremla. Można domniemywać, że tak się stało, choć z pewną modyfikacją. Najpewniej to list Handzlika zmobilizował Rosjan do szybszego działania. I to w jego efekcie po kilku dniach Putin zadzwonił do Tuska.
Jeśli Donald Tusk przed odlotem świadomie nie nakłamał, to znaczy że nie wiedział. Czyli jego urzędnicy przez prawie dwa i pół roku nie poinformowali go o ważnej korespondencji z Kancelarii Prezydenta, pozwalając na mega kompromitację szefa. Kłamczuch czy niezguła? Jak napisałby Forsyth: diabelska alternatywa.
List Handzlika do Kremera publikowała już prasa. Jakiś polityk Platformy w charakterystyczny dla prominentnych reprezentantów tej partii subtelny sposób skomentował całą sprawę: Kremer nie żyje i nie zabierze głosu. To prawda. Andrzej Kremer, specjalista w zakresie prawa traktatowego i porządny człowiek zginął pod Smoleńskiem. Nie żyje również Andrzej Przewoźnik. Ale pozostali adresaci na czele z ministrem Sikorskim – jak rozumiem – mają się nieźle. Mowy im nie odjęło.
Na marginesie: warto pamiętać, że starościanka Klara nabrać się nie pozwoliła, tylko zażądała od Papkina dowodu miłości w postaci … krokodyla. Który to morał dedykuję opinii publicznej.
PS. Premierowi w wizycie towarzyszy orszak biznesmenów, wśród których szczególnie pozdrawiam przedstawicieli środowiska pszczelarzy.
Maciej Łopiński
Dodaj ogłoszenie