Janusz L. Wiśniewski: Najpierw piszę dla siebie, później dla innych

Redakcja
Janusz L. Wiśniewski
Janusz L. Wiśniewski FOT. ANDRZEJ BANAS / POLSKAPRESSE GAZETA KRAKOWSKA
- Wszyscy, którzy twierdzą, że są znawcami kobiet, albo są ogromnymi arogantami, albo kończą w szpitalach psychiatrycznych - twierdzi Janusz Leon Wiśniewski, pisarz, w rozmowie z Katarzyną Żyszkiewicz.

Chemik, fizyk, informatyk, literat. Kim Przede wszystkim jest Janusz Leon Wiśniewski: naukowcem czy pisarzem?
Zdecydowanie naukowcem. Do tego się przygotowywałem przez swoją edukację, ciężką pracę. Czuję, że wobec nauki mam pewne obowiązki. A pisanie po prostu w którymś momencie życia mi się przydarzyło. Było traktowane jako rodzaj terapeutycznej rozmowy ze sobą, a nie plan literackiej kariery. Wydawało mi się, że do pisania książek nie mam jakby prawa. Stało się inaczej i mimo że przyszedłem z zupełnie innego świata, zostałem ciepło przyjęty jako pisarz. Mam to szczęście, że ludzie poświęcają mi swój czas. Nie dość, że kupują moje książki i je czytają, to niektórzy nawet posuwają się dalej i piszą mi, co o nich sądzą.

Jak udało się Panu pogodzić te dwa, tak różne od siebie, światy?
Najtrudniejsze w tym połączeniu jest znalezienie czasu na jedno i drugie, bo nawet dla mnie doba ma tylko 24 godziny. A nie chciałbym robić dwóch rzeczy źle. Moim zdaniem jest to najgorsze, co może człowieka spotkać. Zatem, by wywiązywać się z obydwu zadań uczciwie wobec siebie i z równym zaangażowaniem, muszę ten czas dzielić. Oczywiście niesie to ze sobą koszty w postaci barku czasu na życie prywatne. Moje weekendy do końca 2012 r. są całkowicie zaplanowane

Sądziłam, że trudniejsze jest stworzenie udanego związku racjonalizmu naukowca z sensualizmem pisarza.
Ja nie widzę żadnego problemu w połączeniu tej sensualności z absolutnym rozsądkiem czy wręcz takim hermetycznym, bezemocjonalnym światem nauki. Wręcz przeciwnie. Ludzie pracujący w nauce przez to naturalne oddzielenie od emocji są ich głodni. I u mnie się coś takiego wydarzyło. W 1998 r., kiedy zacząłem pisać "Samotność w sieci", zauważyłem, że nieustannie piszę o tym, co wiem, a prawie nigdy o tym, co czuję. Bo mi nie wolno, bo w pracy naukowej autor powinien być ze swoimi emocjami absolutnie nieobecny. Bo inaczej oznacza to, że jest uprzedzony albo subiektywny.

Zatem bezemocjonalna nauka pomaga Panu w pisaniu o emocjach?
Jestem chemikiem, a większość naszych emocji przejawia się właśnie w chemii. Miłość to tak naprawdę neuropeptyd. Ja się na tym znam, wiem, jak one wyglądają, w jakich sytuacjach się pojawiają, jakie organy je produkują i w jakich obszarach mózgu jest ich największa koncentracja. Zatem tak, bardzo mi to pomaga. Zresztą wielu ludzi zajmujących się nauką parało się kulturą. Wraz z rozwojem kariery naukowej Albert Einstein coraz lepiej grał na skrzypcach. Brał udział w koncertach ze znakomitymi muzykami. Richard Feynman, laureat Nobla z dziedziny fizyki, pisał przepiękną poezję, której co prawda nigdy nie opublikował, bo się wstydził, ale gdy później wyciągnięto jego wiersze z szuflady, okazało się, że był wspaniałym poetą. Nie jestem tu więc aż taki wyjątkowy. Dużo gorzej byłoby poloniście zająć się algorytmami chemii, bo musiałby ciężko pracować, by się tego nauczyć. A emocje przynależą wszystkim.

W Pana przypadku pisanie o emocjach okazało się sukcesem. Po "Samotności w sieci" został Pan okrzyknięty znawcą kobiet. Jak Pan na to zareagował, z satysfakcją czy rozbawieniem?
Zawsze, kiedy jestem o to pytany, powtarzam, iż o tym, że jestem znawcą kobiet, dowiedziałem się z gazet. Moje życie natomiast dowodzi, że znawcą kobiet nie jestem, bo gdyby tak było, konstrukcja mojego życia z kobietami byłaby zupełnie inna. Kobiety mnie po prostu interesują. Wynika to trochę z mojej biografii, bo przez długi czas byłem od kobiet oddzielony. Najpierw szkoła morska, żadnych kobiet, potem fizyka, gdzie było ich bardzo mało. A ich świat zawsze wydawał mi się bardziej interesujący.

Czytaj także:
* Stasiuk: Niemiec nie jest bratem Polaka. Niech on będzie przewidywalnym sąsiadem
* Chwin: Adam Michnik jest autorytetem, który nie zastygł w pomnikowej pozie

Chodziło więc o zgłębienie wiedzy o kobietach?
Jestem naukowcem, więc jeśli mnie coś interesuje, to chcę to zbadać. Nie ma chyba książki traktującej o kobiecej psychice, której bym nie przeczytał. Poza tym o kobietach można się wiele dowiedzieć, słuchając ich. W związku z tym nie dość, że się w nie wsłuchuję, to jeszcze myślę o tym, co mi powiedziały, podczas gdy większość mężczyzn tylko udaje, że słucha. Jednak czy czuję się znawcą kobiet? Absolutnie nie. Wszyscy, którzy uważają, że znają kobiety, albo są ogromnymi arogantami, albo kończą w szpitalach psychiatrycznych.

Pozostając przy "Samotności...", podoba się Panu jej ekranizacja?
Gdy poruszany jest temat tego filmu, wpadam w schizofrenię.

Schizofrenię?
Z jednej strony, jako autor książki jestem niezadowolony z adaptacji mojej powieści. Nie oddała atmosfery, nastroju i emocji książki. Z drugiej strony - jestem pełen podziwu dla Witolda Adamka. Potrafił wpleść w film wspaniała muzykę, stworzyć cudowne obrazy. To jest majstersztyk operatorski. Ludzie jednak nie szli do kina, by zobaczyć doskonale zrobiony film czy pięknie zobrazowany Nowy Orlean. Ludzie chcieli się w tym kinie popłakać, tak jak płakali nad książką. To się nie udało. Stąd ta schizofrenia. Z jednej strony, jestem rozczarowany tym, że film nie oddał nastroju całej historii, z drugiej - zachwycony jego formą wizualną.

Powiedział Pan i często powtarza w wywiadach, że pisanie pierwszej książki traktował jako rodzaj terapii. Kolejne też miały Pana z czegoś wyleczyć, czy może wpadł Pan w pisarski cug?
"Samotność w sieci" pisałem, sądząc, że taka rozmowa z samym sobą może mi pomóc. I faktycznie byłem przekonany, że jest to moja pierwsza i ostatnia książka, że raz jedyny zdradziłem naukę dla literatury. Zdarzyło się inaczej. Po pierwsze, wydawnictwo zaczęło na mnie naciskać. Po drugie i najważniejsze, zaczęło brakować mi tych emocji i przeżyć, których doznawałem, pisząc. Kiedy kończyłem wieczorem pracę nad programem, uświadamiałem sobie, że tęsknię za swoimi bohaterami, ich problemami, uczuciami. Głównie z tego względu powstały "Zespoły napięć". I tak się zaczęło. Więc kontynuowałem ten romans. Ale z mężczyznami tak już jest, obiecują, że to ostatni raz, a potem przytrafia im się kolejny skok w bok.

Pan skacze w najróżniejsze literackie formy. Każda kolejna książka jest inna. Tak po prostu wychodzi? A może celowo stara się Pan zaskakiwać czytelników?
Na pewno nie ma w tym koniunkturalizmu. Teraz napiszę coś takiego, że dopiero się zdziwią. Nie. Po prostu lubię eksperymentować. Mam ten komfort, że mogę pisać głównie dla siebie, dopiero później dla czytelników. Utrzymuje się, i to całkiem godziwie, z pisania programów, więc przy książkach mogę pozwolić sobie na takie eksperymenty. Lubię próbować różnych form, bo niby dlaczego mam pisać wciąż to samo, skoro mogę podjąć wyzwanie i postarać się stworzyć coś zupełnie innego, nowego. Dlatego zawsze powtarzałem, że nigdy nie będzie drugiej części "Samotności w sieci". Szkoda na to czasu. Emocjonalnie jestem zupełnie gdzie indziej.

Czytaj także:
* Stasiuk: Niemiec nie jest bratem Polaka. Niech on będzie przewidywalnym sąsiadem
* Chwin: Adam Michnik jest autorytetem, który nie zastygł w pomnikowej pozie

Skąd pomysły na kolejne książki?
Często wychodzi to zupełnie przypadkiem. Swego czasu pisywałem mejle z Małgorzatą Domagalik. Zwykła wymiana korespondencji między ludźmi, którzy fascynują się wzajemnie swoimi osobowościami. Nie było planu wydania ich w formie książki. Na ten pomysł wpadła Małgorzata i znalazła wydawnictwo, które się tym zainteresowało. Tak powstało "188 dni i nocy". Typowa epistolografia, kontynuowana w "Między wierszami". Następnie wydawnictwo Nasza Księgarnia wpadło na pomysł, żebym napisał bajkę. Nie byłem zainteresowany, twierdząc, że ja bajki piszę, ale takie dla dorosłych, nie dla dzieci. Przekonały mnie moje córki, mówiąc, że jeśli ja tę bajkę napiszę, to one będą mogły czytać ją swoim dzieciom. Dalej, "Intymna teoria względności", "Ukrwienia", "Molekuły emocji" to nic innego jak zbiory moich felietonów z "Pani", które Wydawnictwo Literackie wydało w formie książek.

Pana najnowsza książka "Na fejsie z moim synem" to jakby rodzinny paradokument. Skąd chęć odejścia od fikcji literackiej i opowiedzenia o sobie, swojej rodzinie?
Mam już swój wiek i zaczynam zastanawiać się nad pewnym rzeczami, podsumowywać je. Czy chcę, czy nie chcę.

Zaskakująca jest forma książki. Oddał Pan głos swojej matce, zmarłej matce.
Zawsze miałem z mamą bardzo dobry kontakt. Kiedy umarła, miałem 23 lata, wchodziłem właśnie w wiek, kiedy mężczyzna dopiero zaczyna pewne rzeczy rozumieć. Chciałem z nią o tym porozmawiać, ale zawsze odkładałem to na później. Wydawało mi się, że jest jeszcze czas, że mama jest wieczna. A ona nagle z powodu choroby odeszła. Zostałem z poczuciem niedokończonej rozmowy. Ta książka powstała właśnie z tej tęsknoty za matką, potrzeby, żeby tę rozmowę dokończyć. Zacząłem się zastanawiać, jakie pytania mama by mi dziś zadała, co by mówiła o obecnym świecie, jakby na niego reagowała. Zastanawiałem się, czy można projekcje jej tamtejszych poglądów przenieść na świat współczesny. Wydawało mi się to także ciekawym tematem literackim. W jej urodziny 20 kwietnia 2011 r. wpadłem na pomysł, aby założyć mamie profil na Facebooku, i tego samego dnia napisałem pierwsze trzy strony tej książki, surrealistycznego monologu.

Cały tekst przeczytasz w weekendowym wydaniu "Polski" lub na stronie prasa24.pl.

Czytaj także:
* Stasiuk: Niemiec nie jest bratem Polaka. Niech on będzie przewidywalnym sąsiadem
* Chwin: Adam Michnik jest autorytetem, który nie zastygł w pomnikowej pozie

Wideo

Komentarze 4

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

a
aaa
24H - nie pierdol głupot.
24h
Kobiety same siebie nie rozumieją, więc po co ich słuchać, skoro tylko niewielka ich ilośc potrafi naprawde zrozumieć i powiedziec szczerze prawde o sobie. To tak, jakby słuchać płynącej rzeki.
y
yes
dwie ksiazki p.Wisniewskiego, Samotnosc w sieci i 188 dni i nocy, ktora byla dodatkiem do miesiecznika PANI.
p
pablo55
nie ma znawców kobiet, czasami tylko wódki zabraknie, fakt.
Dodaj ogłoszenie