Jan Wróbel: Szkoła musi być mniejsza, a nauczyciele ciekawsi

Kamil Jodełko
Polimerek\Wikipedia
Polskiej oświacie potrzeba tylko dwóch i aż dwóch zmian. Szkoły muszą być mniejsze, a nauczyciele ciekawsi - mówi, publicysta i nauczyciel, Jan Wróbel w rozmowie z Kamilem Jodełko

Wykładowcy akademiccy skarżą się na spadek wiedzy młodych ludzi. Często winią za to reformę oświaty z 1999r., kiedy to znacząco odchudzono program nauczania...
Wykładowcy akademiccy są akurat najgorszym źródłem wiedzy o szkole, bo na ogół nie mają oni pojęcia, co tam się dzieje. Chcieliby zawęzić swoją ofertę edukacyjną dla studentów do kilkunastu stron encyklopedycznej wiedzy, którą sami posiadają.

Poziom wiedzy studentów spada.
Jeżeli przyjmuje się więcej studentów niż dawniej, to wiadomo, że mają oni mniejsze kwalifikacje intelektualne i mniejszą wiedzę. Polecałbym zatem moim kolegom akademikom, aby nie przyjmowali osób, które mają z matury rozszerzonej 55 proc., tylko tych, którzy mają z niej 85 proc. Wtedy poziom studentów będzie wielokrotnie wyższy, ale też liczba wykładowców będzie wielokrotnie niższa. Szkołom wyższym chodzi jednak o to, aby bez własnego wysiłku przyjmowały mnóstwo kandydatów, dzięki czemu mnóstwo wykładowców będzie mogło uprawiać swój zawód. Górników zrestrukturyzowaliśmy, stocznie prawie zaoraliśmy pługiem, a środowisko akademickie obroniło się przed procesami transformacji.

Wrócę jednak do tej encyklopedycznej wiedzy. Sam wielokrotnie spotykałem osoby z pokolenia przedwojennego i nieraz byłem zdumiony, kiedy absolwent pięciu klas szkoły powszechnej potrafił bez zająknięcia wymienić wszystkich królów polskich. Dzisiaj nawet posłowie mają problemy z najprostszymi datami.
Nie wiem, dlaczego przywołał pan akurat posłów.

No, w końcu jest to reprezentacja narodu.
Naród nie jest aż tak specjalnie wykształcony. Z porównywaniem wiedzy przedwojennej i współczesnej jest jednak pewien kłopot. Bowiem to, co uważano za podstawę erudycji 80 lat temu, dzisiaj już nią nie jest. Wiedza encyklopedyczna rozrosła się w sposób absurdalny. Karol Marks jak zaczął pisać "Kapitał", przygotowywał się w British Library i był na bieżąco z całą literaturą światową dotyczącą ekonomii, historii Trzeciego Świata i antropologii. Otóż dzisiaj to, co jest ważnego w twórczości na temat ekonomii, nie zmieściłoby się do British Library. Zatem drogą przedwojenną iść nie można.

Ale czy obecnie tej faktografii nie jest za mało?
Do tych królów polskich, o których pan mówił, trzeba doliczyć wszystkich prezydentów, a dlaczego i nie premierów, którzy okresowo byli ważniejsi od prezydentów. Już z samego tego faktu poczet ulega podwojeniu. Poza tym czy rzeczywiście o klasie intelektualnej młodego człowieka świadczy fakt, że wie, kiedy rządził Sławoj-Składkowski i kiedy ministrem zdrowia był Marek Balicki? No, chyba nie. Prawdą jest, że nie do końca wiemy, jak uczyć, ale wiemy też, że tzw. uczenie encyklopedyczne jest drogą donikąd. Polega ono na uczeniu tego, co umie stare pokolenie, a nie uczeniu tego, co powinno umieć pokolenie młodych.

To w jakim kierunku powinno pójść nauczanie?
Polskiej oświacie potrzeba tylko dwóch i aż dwóch zmian. Szkoły muszą być mniejsze, a nauczyciele ciekawsi. Duże szkoły powodują kolektywizację myślenia i upodobnienie społeczności szkolnej do koszar. Ja uważam, że szkoła powinna być trochę podobna do koszar, trochę do biura projektów, a trochę do rodziny. A nie tylko do koszar.
Co daje mniejsza szkoła?
Mniejsza szkoła powoduje, że nie gubi się tego wątku rodzinnego, który jest bardzo ważny. Dlaczego w szkole są chłopcy i dziewczynki? Z punktu widzenia procesu edukacyjnego nie jest to nic dobrego. W szkołach, w których są same dziewczynki albo sami chłopcy, szybciej zdobywa się wiedzę. W rodzinach jednak nie ma modelu: tata, tata, syn i syn. Lepiej zatem jak w szkole są i chłopcy, i dziewczynki oraz nauczyciele i nauczycielki, bo wtedy szkoła przypomina rodzinę. Tego nie wolno gubić.

Zastanawia mnie, kim jest ten "ciekawy nauczyciel"?
To taki, którego interesuje świat. Edukacja polega na tym, że ten, który daje wiedzę i ma z tego radość, lubi ją jednocześnie przekazywać. Dobry nauczyciel to np. taki, który uczy matematyki, ale zainteresował się operą. Zaczyna ją poznawać i tą pasją dzieli się z uczniami. Nie z żadnym ekspertem od opery.

A co w sytuacji, gdy jakiś uczeń będzie znał się na operze lepiej od niego?
Może dojść do takiej sytuacji, ale nie jest to żadna tragedia. Jeżeli ten uczeń widzi pasję nauczyciela w dowiedzeniu, czym różni się libretto XIX-wiecznej opery włoskiej od libretto Wagnera, to w jego oczach ten nauczyciel wcale nie jest pomniejszony przez to, że tego jeszcze nie wie. Jest powiększony dzięki temu, że ma ochotę wiedzieć. To właśnie dzięki takim nauczycielom szkoła żyje.

Mamy w Polsce takich nauczycieli?
Kiedyś na użytek publicystyki dokonałem porównania świata nauczycielskiego do świata restauracyjnego. Według mnie są one szalenie podobne do siebie. Bowiem zarówno w jednym, jak i drugim dzielimy tych, dzięki którym istnieje restauracja, na kucharzy i kelnerów. Kelnerzy są ważni, tworzą pewnego rodzaju klimat miejsca, ale w konsekwencji nasza ocena restauracji motywowana jest tym co zjedliśmy. Kucharz jest zatem najważniejszy.

Jak to przełożyć na szkołę?
Kelner jest człowiekiem, który czeka na programy ministerialne, broszurki, jak nauczać, i bierze udział w całym tym cyrku oświatowym. Polega on na tym, że ktoś mu przynosi papiery, a on je realizuje z uczniami. Kucharz zaś to ten, który sam tworzy kartę menu, i to on decyduje, czego będzie uczył i w jaki sposób. Oczywiście w szkole potrzebni są posłuszni i spolegliwi kelnerzy, którzy wykonują to, co im bardziej energiczni koledzy zalecą. O jej kształcie decydują jednak wyłącznie kucharze. Mają oni poczucie - to jest moja szkoła. Ja tutaj uczę i odpowiadam za jej wyniki.

Dobry nauczyciel to taki, który uczy matematyki, ale także interesuje się operą. Zaczyna ją poznawać i tą pasją dzieli się z uczniami. W ten sposób staje się dla nich bardziej wiarygodny

Tylko skąd ich brać?
Każda populacja ma pewien odsetek ludzi energicznych i czynnych. Szkoła po prostu musi być dobrym pracodawcą, który zatrudnia niewielu ludzi, ale dobrze im płaci. Powinna również posiadać jak najszerszą autonomię.
Wiele osób jako przyczynę złej kondycji polskiej oświaty wskazuje Kartę Nauczyciela.
Karta Nauczyciela jest mniej szkodliwa, niż się powszechnie uważa. Co prawda daje ona środowisku nauczycielskiemu możliwość bycia biernym i nieruchawym. Nie zmusza jednak do tego ani nawet nie nakłania. Po prostu jak ktoś chce mieć postawę kelnera, to sięga po każdy możliwy pretekst, który mu to umożliwia. Karta Nauczyciela go zatem usprawiedliwia.

Przez Kartę nie działają wolny rynek i konkurencja. Przecież bardzo ciężko jest zwolnić nauczyciela z pracy.
Tak, to prawda, ciężko jest zwolnić nauczyciela. Ja jednak nie jestem aż tak wolnorynkowy. Uważam, że stabilność w miejscu pracy nauczyciela jest wartością. Fakt, że nauczyciel nie zależy w taki sposób od dyrektora szkoły jak pracownik amerykańskiej firmy od szefa, jest moim zdaniem lepszy niż gorszy. Dyrektor szkoły musi umieć zarządzać ludźmi, którzy są zatrudnieni, a nie tworzyć świat na swój obraz i podobieństwo. Trudno jest jednak zmieniać nauczyciela. Praca nad nauczycielem, podobnie jak praca nad każdym innym pracownikiem kreatywnym i twórczym, musi trwać, musi być. Nauczyciel nie może zamykać się w takiej formule: zawsze tak robiłem i dalej tak będę robił.

Będę trzymał się wolnego rynku. Po co nam państwowy przymus edukacji? Często jest tak, że młodzi ludzie zaczynają uczyć się na 100 proc. swoich możliwości dopiero, gdy idą na studia. Wiedzą wtedy, że w każdej chwili mogą zostać wyrzuceni, a sama nauka jest ich suwerenną decyzją. W liceum i gimnazjum natomiast ciężko jest usunąć ucznia, nawet jeśli całkowicie nie przykłada się do swoich obowiązków.
Przymus nauczania szkolnego ma bardzo mocne źródła historyczne. Po pierwsze, obawiano się, że osoby z rodzin patologicznych albo rodzin bardzo tradycjonalistycznych bez przymusu mogą dzieci zachować w domu. Mielibyśmy wtedy taką sytuację, że zamożniejsi, bardziej ruchliwi członkowie społeczeństwa byliby jeszcze bardziej uprzywilejowani w stosunku do tych, którzy są nieruchliwi. Drugą przyczyną, o której się rzadziej wspomina, jest to, że służba wojskowa wymaga ludzi po szkole. Czyli wyuczonych tego, że w jednym miejscu o jednej porze nic nie robią. Tak jak na lekcji o ósmej rano, kiedy nauczyciel wchodzi i dzieci wstają. Wtedy wszyscy znajdują się w tym samym miejscu, o jednej porze i nic nie robią.

Te argumenty chyba nie pasują do dzisiejszych czasów?
Tak, te przyczyny na naszych oczach zetlały. Służba wojskowa nie opiera się na pospolitym ruszeniu, a te sektory społeczne, które nie chciałyby posyłać dzieci do szkoły, wydają się szalenie wąskim marginesem. Jak Polska długa i szeroka, rodzice uważają, że edukacja jest ważna, i starają się gnać swoje dzieci w kolejne stopnie wykształcenia. Dlatego właśnie uważam, że państwo powinno zachęcać, a nie zmuszać. Zwłaszcza w stosunku do środowisk niezamożnych państwo ma duże możliwości zachęty.

To bardzo mocne stwierdzenie. Czy mam rozumieć, że sprzeciwia się Pan obowiązkowi szkolnemu?
Nie tyle się sprzeciwiam, co stwierdzam, że przyczyny, dla których ten obowiązek został wprowadzony, wydają się dzisiaj historyczne. Po prostu nie działają we współczesnym świecie. Nie sądzę też, by szkoła miała przeżyć kryzys z tego powodu, że przestałaby być obowiązkowa.
Szkoła to jeden czynnik w edukacji młodzieży, ale przecież są jeszcze rodzice. Czy nie jest tak, że pewną wiedzę należy po prostu wynieść z domu? Dawniej nie trzeba było uczyć dzieci w szkole, co oznacza np. termin "aberracja".
Odpowiem w stylu pracownika naukowego. To jest dziedzina, w której potrzeba jeszcze wielu lat badań, aby ją poznać. Na pańskie pytanie nie znam odpowiedzi opartej na twardych danych. Możemy się jednak odwołać do pewnej intuicji. Mianowicie rodziny, które mają pewien bagaż kulturowy, chętnie przekazują wiedzę swoim dzieciom i mają dla nich czas, stanowią rzadkość. Poza tym z rodzicami jest trochę tak jak z nauczycielami. Jeżeli są nudni, to nie przekażą dzieciom wiedzy. Jeżeli bowiem oglądają telewizję, to przekazują dzieciom, że fajne jest oglądanie telewizji. Jeżeli natomiast biorą wieczorem książkę do ręki i ją czytają to ich dzieci, na ogół wieczorem zajmują się czytaniem bajeczki. Zaś kiedy wychodzą do muzeum, bo przeczytali w gazecie, że jest nowa ciekawa wystawa, to dzieci rozumieją, że jak są wystawy, to należy chodzić do muzeum. Kiedy jednak idą tam raz do roku i przy okazji ziewają oraz narzekają na obolałe nogi, to przekazują, że to nie jest fajne. W tym sensie mogę powiedzieć: No jasne, że dom powinien dbać o edukację młodego człowieka, ale faktyczna rola szkoły jest fundamentalna.

A co Pan sądzi o ostatniej reformie edukacji? Najbardziej zmienia ona sposób funkcjonowania liceum, którego pierwsza klasa nie ma profilu i jest kontynuacją gimnazjum, a od drugiej klasy uczeń sam wybiera przedmioty, jakich chce się uczyć. Jest to właściwie powrót do przedwojennego modelu czteroletniego gimnazjum i dwuletniego liceum.
W propozycjach ministerialnych nie ma niczego, czego byśmy sami, na własnej skórze i za własne pieniądze nie przećwiczyli w liceum przy ul. Bednarskiej. Reforma, w której uczeń postawiony jest przed koniecznością wyboru, czego chce się uczyć, a czego nie chce, jest dobra. Nasze doświadczenia z "Bednarskiej" są następujące. Pomijając szlachetne wyjątki, które na szczęście są w każdym pokoleniu, widzimy, że zysk związany z tym, że "uczę się dużo i chcę mieć medal olimpijski", jest wiatrem w żagle. Wielokrotnie ubolewałem nad faktem, że cywilizacja nie jest tak pięknie rozwinięta, że ludzie chcą się uczyć, aby po prostu być mądrymi ludźmi. Konserwatysta jednak widzi, jaka jest rzeczywistość, a nie tworzy przy biurku koncepcji idealnej szkoły czy idealnej Polski, którą ma wprowadzić najazd Marsjan. Konserwatysta powie panu tak. Jeżeli jest w polskiej edukacji masowe nastawienie do nauki - zdobywanie punktów jest fajne - to trzeba umożliwić młodzieży zdobywanie punktów w tych dziedzinach, które ją bardziej zainteresują. Lepiej jest bowiem, aby człowiek więcej rozumiał z biologii, kosztem tego, że mniej będzie rozumiał z historii i polskiego, niż żeby ze wszystkich tych przedmiotów był słaby.

Ostatnia reforma spotkała się z dość dużą krytyką. Niektórzy mówią nawet, że licea zatraciły charakter szkół.[b]
Ludzie, którzy atakują nową podstawę programową, ciągle porównują tę szkołę, która jest dzisiaj i której nie znają, ze swoim czteroletnim liceum. Tak się właśnie składa, że na ogół ludzie, którzy mają coś do powiedzenia w Polsce, są absolwentami czteroletniego liceum. Do liceum chodziło wtedy 1/4 uczniów - dzisiaj 3/4, trwało ono cztery lata - dzisiaj trwa trzy. W ogóle miało ono inne zalety i wady niż dzisiejsze szkoły. Dzisiaj prawie wszyscy dostają się do liceów ogólnokształcących, włącznie z tymi, którzy te 20 czy 30 lat temu nie zostaliby wpuszczeni nawet, żeby tam posprzątać.
[b]Rozmawiał Kamil Jodełko

Jan Wróbel, dziennikarz, publicysta, historyk i nauczyciel. Współzałożyciel, a obecnie dyrektor I Społecznego LO w Warszawie "Bednarska". Autor wielu przemówień premiera Jerzego Buzka oraz książki "Jak przetrwać w szkole i nie zwariować"

FLESZ: Polacy żyją krócej. Co nas zabija?

Wideo

Materiał oryginalny: Jan Wróbel: Szkoła musi być mniejsza, a nauczyciele ciekawsi - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 4

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

s
ska

Najważniejszy problem współczesnej szkoły to bardzo niski poziom intelektualny nauczycieli i feminizacja zawodu. Nauczyciele nie są osobami czerpiącymi radość z nauki i ciągłego doskonalenia się, to bardzo często osoby ograniczone, które uważają, że jak ukończyły studia to wiedzą już wszystko. Nie lubią dyskusji, nie lubią pytań, uczeń ma słuchać i tyle. Rozmawiałam z niejednym nauczycielem i niestety, najczęściej kobiety, okazywały się osobami zadufanymi w sobie, przemądrzałymi a jednocześnie najzwyczajniej w świecie głupimi, nie potrafiącymi argumentować, logicznie myśleć.

s
ska

Najważniejszy problem współczesnej szkoły to bardzo niski poziom intelektualny nauczycieli i feminizacja zawodu. Nauczyciele nie są osobami czerpiącymi radość z nauki i ciągłego doskonalenia się, to bardzo często osoby ograniczone, które uważają, że jak ukończyły studia to wiedzą już wszystko. Nie lubią dyskusji, nie lubią pytań, uczeń ma słuchać i tyle. Rozmawiałam z niejednym nauczycielem i niestety, najczęściej kobiety, okazywały się osobami zadufanymi w sobie, przemądrzałymi a jednocześnie najzwyczajniej w świecie głupimi, nie potrafiącymi argumentować, logicznie myśleć.

t
ted

Ja uczęszczałem do klasy gdzie było 24 uczniów . Mój syn chodzi do klasy gdzie jest ich 31 . Jest mniej uczniów ale też samorządy zagęściły klasy. Efektem jest sztuczna nadpodaż nauczycieli kosztem procesu nauczania. Kto traci ?., wiadomo że nie burmistrz tylko dzieci .

M
Miklus

Horrendum! Idzie niż demograficzny, trzeba likwidować niektóre szkoły i zwalniać nauczycieli. Zgoda. Tych nieco mniej udanych trzeba zwolnić. Ale pod jednym warunkiem: że nie będzie w szkole ani jednej klasy, w której jest więcej niż dwadzieścioro uczniów. Tymczasem niż swoją drogą, a w klasach mamy po 30-40 dzieciątek, które rozpoczynają naukę szkolną. Jeżeli lekcja trwa 45 minut, to pani nauczycielka ma po jednej minucie dla każdego pierwszoklasisty. Speców, którzy taka organizację tolerują, należy pilnie wysłać do innej roboty.

Dodaj ogłoszenie