Jan Liwacz. Człowiek z żelaza

    Jan Liwacz. Człowiek z żelaza

    Zdjęcie autora materiału

    Polska

    Niemców się nie bał, choć dwa razy wsadzali go do celi śmierci. O historii Jana Liwacza - człowieka, który wykuł napis "Arbeit macht frei" nad bramą obozu zagłady KL Auschwitz - pisze Natalia Wellmann.
    Była w pracy, kiedy dotarła do niej wiadomość, że napis - symbol niemieckiego obozu zagłady - ukradli nieznani sprawcy. - Aż się nogi pode mną ugięły. Bo to tak, jakby złodzieje do mnie do domu weszli - mówi Zdzisława Dobrowolska, wnuczka Jana Liwacza. Napis, oprócz drobnych pamiątek i fotografii, to najcenniejsze, co jej po dziadku zostało. Towarzyszy jej od dzieciństwa. - Od kiedy pamiętam, w każde wakacje trafiałam do Auschwitz.
    Dziadek robił mi takie edukacyjne wycieczki. Oprowadzał po obozie i długo opowiadał o tym piekle na ziemi. Średnio mnie to wtedy interesowało, czasem nawet się buntowałam. Ale dziadek był nieugięty. Chciał, żebym wiedziała, co przeszedł. On i jego koledzy z celi, z którymi po wojnie systematycznie spotykał się i pisał listy.

    O krok od śmierci

    Zawsze był niepokorny. Już jako czternastolatek wyprowadził się z rodzinnego domu w Dukli na Podkarpaciu, bo nie mógł porozumieć się z rodzicami. Zupełnie przypadkiem trafił do kowala, u którego nauczył się fachu, i w ten sposób zarabiał na życie. We wrześniu 1939 roku miał 41 lat. Dojrzały mężczyzna w geście rozpaczy razem z kolegami na duklańskim rynku podpalił kukłę Hitlera. Gestapo aresztowało go w październiku. Przebywał w więzieniach w Sanoku, Krośnie, Krakowie i Nowym Wiśniczu. Do Auschwitz trafił 20 czerwca 1940 r., zostawiając w domu żonę i trójkę dzieci. - Przyjechał jednym z pierwszych transportów, o czym świadczy nadany mu numer 1010 - wspomina Zdzisława Dobrowolska. - Przydzielono go do komanda, w którym wspólnie z innymi więźniami wykonywał rzeczy potrzebne do wyposażenia obozu. Ale i wówczas, w tak trudnych warunkach, nie dał się podporządkować Niemcom. Co jakiś czas sprzeciwiał się i pomagał innym więźniom, za co trafił do celi śmierci.
    Kradzież napisu "Arbeit macht frei" wywołała dyskusję na temat praw spadkobierców do rzeczy, które więźniowie tworzyli w obozie
    Blok nr 11, tzw. blok śmierci, był miejscem, w którym esesmani umieszczali więźniów podejrzanych o konspirację, próbę ucieczki czy wobec których gestapo prowadziło śledztwo. Umierali najczęściej z powodu wygłodzenia albo wyczerpania w czasie pobytu w ciemnicy lub tzw. celi do stania. Do bloku śmierci Jan Liwacz trafił dwa razy: w czerwcu 1942 r. i w marcu 1943 r. Łącznie spędził tam pięć tygodni.
    - Okoliczności uwolnienia dziadka za pierwszym razem nie pamiętam. Drugi raz natomiast uniknął śmierci, bo był dobrym ślusarzem - mówi Roman Dobrowolski, mąż pani Zdzisławy. - Opowiadał, że komendant obozu Rudolf Hoess któregoś dnia zgubił klucze od sejfu i nawet najlepsi niemieccy fachowcy nie potrafili sobie poradzić z otwarciem zamka. Obiecali dziadkowi, że uniknie śmierci, jeśli uda mu się sejf otworzyć. I udało się.

    Niemcy szybko przekonali się, że Liwacz to złota rączka. Dlatego zlecali mu różne zadania. Oprócz takich podstawowych rzeczy jak kraty, balustrady, poręcze wykonał też dwanaście znaków zodiaku, a w rzeczach należących do komendanta Hoessa znaleziono między innymi żelazno-szklaną kasetkę, którą wykonał Liwacz, obecnie dostępną w zbiorach oświęcimskiego muzeum. Zresztą dla Hoessa wykonał wiele innych prac kowalskich, które trafiły między innymi do ogrodu przy willi komendanta. - Dziadek był im potrzebny do tego stopnia, że złożyli mu propozycję - dodaje pani Zdzisława. - Mógł wyjść z obozu, ściągnąć do siebie rodzinę i pracować dla Niemców. Nigdy się na to nie zgodził.
    1 3 »

    Czytaj treści premium w Polsce Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (2)

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Kontrowersje wokół tablicy Liwacza w By-cy Kł.

    glacensis (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 16 / 18

    Akt sabotażu Liwacza- to odwrócenie litery B w napisie nad bramą obozową MNIEJSZYM brzuszkiem na DÓŁ!
    „Arbeit” z odwróconą literą B
    Niewątpliwie najbardziej znanym dziełem Jana...rozwiń całość

    Akt sabotażu Liwacza- to odwrócenie litery B w napisie nad bramą obozową MNIEJSZYM brzuszkiem na DÓŁ!
    „Arbeit” z odwróconą literą B
    Niewątpliwie najbardziej znanym dziełem Jana Liwacza jest metalowy napis „Arbeit macht frei” (Praca czyni wolnym) umieszczony na głównej bramie obozu Auschwitz. Liwacz wykonał go na polecenie szefa obozowej ślusarni Kurta Müllera, który wykonał konstrukcję bramy. – Celowo wspólnie z więźniami w czasie montażu napisu odwrócili literkę B w słowie „arbeit”, by zaznaczyć swój protest wobec głoszonego hasła – podkreśla wnuczka Liwacza.
    - Jak mówił, mieli z tego niemałą satysfakcję!

    Kontrowersje wokół tablicy ku czci Jana Liwacza w By-cy Kł., gdzie zamiast wykonawca napisano słowa AUTOR słynnego napisu "Arbeit macht frei" :
    http://bystrzyca.info.pl/forum/viewtopic.php?t=3676&highlight=liwaczzwiń

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    I stało sie!

    ggozdawa (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 65 / 41

    Jest tablica, jest zamontowany fragment autentycznej balustrady.
    Wielcy ludzie są cisi i są między nami!

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Nie przegap

    Wideo