reklama

Jan Krasnowolski: Polacy nie wpadli w psychozę. Ale liczba zamachów przeraża

Agaton Koziński
Jan Krasnowolski, „Syreny z Broadmoor”, wyd. Świat Książki, Warszawa 2017 materiały prasowe/Świat Książki
Muzułmańskie getta można rozpoznać po meczetach, polskie po talerzach Polsatu na budynkach. Nie sprowadzamy na Wyspy dżihadu, co najwyżej amfetaminę - mówi Jan Krasnowolski, pisarz od 12 lat mieszkający w Wielkiej Brytanii.

W zamachu w Manchesterze zginęło dwoje Polaków. Jak to odebraliście na Wyspach?
Ale kto: my? My - Polacy, czy my - ludzie żyjący w tym kraju? Owszem, zginęło dwoje Polaków, ale też zginęło 20 innych osób. Oraz ponad sto zostało rannych, z tego część ciężko. Więc mówimy o wielu ofiarach zamachu terrorystycznego, nie ma sensu rozbijać ich na narodowości. Tam przecież głównie dzieciaki poginęły, to jest tutaj szokujące i budzi gniew. Przerażające też jest to, że zamachy zdarzają się coraz częściej. W jakiś sposób stają się koszmarnym elementem naszego życia, niestety.

Jan Krasnowolski, „Syreny z Broadmoor”, wyd. Świat Książki, Warszawa 2017 materiały prasowe/Świat Książki

Czyli na Polaków szczególnego wrażenia te zamachy nie robią? Nie zaczną nagle wyjeżdżać z Wielkiej Brytanii?
Nie wydaje mi się, żeby to miało wpłynąć na czyjąkolwiek decyzję o wyjeździe. Życie jednak toczy się dalej, nie panuje żadna psychoza strachu.

Jak poważnym problemem dla Wielkiej Brytanii są muzułmanie?
To drażliwy temat. Powiem jedno, to zbiorę hejty z prawa, powiem inaczej - zjadą mnie ci z lewej. A prawda faktycznie leży gdzieś tam pośrodku.

Proszę opisać tę prawdę.
W skrócie - problem jest, ale wygląda trochę inaczej, niż to się postrzega w Polsce. Islam to religia, która jest niebezpieczna, ale w swojej radykalnej formie. Prawda jest taka, że nie każdy muzułmanin marzy o podrzynaniu gardeł niewiernym. Większość z nich chce tu żyć spokojnie, prowadzić swój biznes, zajmować się rodziną. Natomiast mały odsetek faktycznie się radykalizuje, zresztą znacznie częściej w więzieniu, niż w lokalnym meczecie i postanawia dołączyć do wojowników Allaha. Najczęściej są to zakompleksione, przećpane dzieciaki, które naoglądały się spotów reklamowych Lwów Islamu i marzy im się, żeby powtórzyć karierę Jihadi Johna, bo wydaje im się to cool. Poza tym wreszcie odnajdują jakiś sens w życiu.

W jaki sposób Polacy postrzegają muzułmanów? Widzą ich jako problem?
Problem dla kogo? Problem dla Polaków czy problem dla muzułmanów? Bo Polacy chyba jakoś tak z definicji nie kochają muzułmanów, nie ma tu wielkiej tajemnicy. Prawdopodobnie poprawność polityczna nie jest naszą narodową cechą, poza tym nie znosząc ich wszystkich ostentacyjnie, wymownie mrugamy okiem do Anglików: „Ej, ale my przecież jesteśmy w porządku! Nie eksplodujemy wam bomb i nie chcemy szariatu.” Tak, jakby to w jakiś sposób miało wpłynąć na postrzeganie nas, chociaż to tak nie działa.

A brexit? To dla Polaków na Wyspach duży kłopot?
Dla wielu Polaków był on szokiem. Większość z nas miała nadzieję, że do niego nie dojdzie, chociaż było też kilku takich, co twierdzili, że to dobra rzecz, bo nam się tu więcej obcych nie będzie zjeżdżać. Więc jednak tak się stało i teraz trzeba minimalizować straty.

ZOBACZ TEŻ | Polexit nie wchodzi w grę. Co z nami w UE?

Źródło: AIP/x-news

Co można zrobić?
Z tego, co wiem, Polacy masowo składają wnioski o brytyjski paszport. Faktem jest, że wielu boi się o swoją przyszłość. Tym bardziej, że brexit to cały czas wielka niewiadoma.

To dlaczego do niego doszło?
Przesądził napływ migrantów. Zbyt duży, musiała być reakcja zwrotna.

Czyli Polacy są winni brexitowi?
Nie tylko Polacy, ogólnie wszyscy przyjezdni. Zresztą trudno winić ludzi za to, że szukali dla siebie lepszego miejsca do życia i zrobili to, korzystając z legalnych możliwości. Z drugiej strony faktem jest, że migracja z Polski była naprawdę masowa. Dziś Polaków można spotkać właściwie w każdej brytyjskiej miejscowości. W niektórych stanowią oni nawet połowę wszystkich mieszkańców. Na pewno zmieniliśmy Wielką Brytanię.
Bardzo?
Nie przyjechaliśmy z kraju bardzo odmiennego kulturowo - ale jednak obcego. I często zachowywaliśmy się jak słonie w składzie porcelany. Anglikom się to nie do końca spodobało.

Polacy są najliczniejszą obcą nacją w brytyjskim więzieniach. W Pana książce „Syreny z Broadmoor” opisuje Pan sytuacje, w których Polacy popełniają najcięższe przestępstwa na Wyspach.
No, ja akurat opisałem sytuacje ekstremalne - morderstwa, zbrodnie, przemoc. Takich zdarzeń było sporo na przestrzeni ostatnich 13 lat. Sporo się tu działo i dzieje nadal, ciągle są nowe sprawy.

Pana zestawienie robi ponure wrażenie.
Ale jednocześnie zawsze mówię pozytywnie o Polakach. Naprawdę nie zależy mi na tym, byśmy byli odbierani jak patologia. Wręcz przeciwnie. Natomiast nie ma sensu ukrywać, że pewne sytuacje się wydarzyły.

Akurat Pana książka skręciła mocno w tę stronę.
Do Wielkiej Brytanii wyjechało co najmniej 800 tys. Polaków, mówi się o milionie. Przy tak dużej migracji liczba tego typu zdarzeń nie jest specjalnie dotkliwa. Ale ja właśnie te historie wziąłem na warsztat, bo są po prostu ciekawe. I chyba mało o nich wiadomo w Polsce.

To może jakieś pozytywne sytuacje?
Jest ich mnóstwo.

Na przykład?
Na przykład Polacy sobie bardzo chętnie pomagają. To nie jest tak jak w powiedzeniu, że jak Polak zagranicą ci nie zaszkodził, to już ci pomógł. Mówię o autentycznej pomocy, doświadczyłem jej albo obserwowałem ją nieraz.

Polsko-brytyjski miesiąc miodowy skończył się w 2008 r., gdy wybuchł kryzys. Nagle staliśmy się kozłem ofiarnym

Teraz Pan mówi o ludzkiej życzliwości - nie jest to sytuacja ekstremalnie dobra równoważąca ekstremalne zło opisane w Pana książce.
Mógłbym podać mnóstwo przykładów Polaków, którzy odnieśli tu sukces. Tak po prostu, ciężką pracą. Mam przyjaciela, który przyjechał do Anglii w tym samym czasie co ja - w okolicach 2005 r. Ponieważ wiedział jak się do tego zabrać, a w dodatku się nie bał, zaczął otwierać przychodnie stomatologiczne na południu Wielkiej Brytanii. I odniósł niewiarygodny sukces. Dziś ma ich kilkanaście, zatrudnia ponad sto osób, z całego świata.

Trafił Pan do Wielkiej Brytanii tuż po otwarciu jej granic dla Polaków w 2004 r. Jak wyglądał tamten okres?
To był mały eksodus. Owszem, Polacy zawsze chcieli wyjeżdżać na Zachód, ale wcześniej robili to nielegalnie, siłą rzeczy wyjeżdżało o wiele mniej osób. Nagle szlaban został podniesiony w górę. W dodatku to były czas prosperity.

Lata 2005-2007 - w całej Europie pieniędzy było aż nadto.
Wystarczyło dotrzeć na Wyspy, by dostać nieźle płatną pracę. Nie trzeba było nawet znać angielskiego - bo błyskawicznie pojawiły się agencje pośrednictwa specjalizujące się w zatrudnianiu Polaków. To sprawiało, że Wielka Brytania jawiła się nam jak inny świat.

Aż tak?
Proszę sobie przypomnieć Polskę sprzed 15 lat. Wtedy bezrobocie zbliżało się do 20 proc., znalezienie zatrudnienia za w miarę przyzwoite pieniądze graniczyło z cudem. Tymczasem w Wielkiej Brytanii pracy było w bród - w magazynach, fabrykach, na farmach. Anglicy tam pracować nie chcieli, ale dla nas stawki były bardzo dobre.

Nie jest tak, że Polacy wyjeżdżali na Wyspy, bo w Polsce było im wstyd pracować na zmywaku, a w Londynie nie mieli oporów?
Żadna uczciwa praca ujmy nie przynosi. Poza tym ten zmywak to mit, powtarzany bardzo chętnie na forach internetowych. Jak mówiłem - pracy było w bród, na pewno częściej od zmywaka Polacy zdobywali pracę jako operatorzy wózka widłowego. Sam na wózku jeździłem.
Przecież do tego są potrzebne uprawnienia.
To kwestia kursu, który trwa tydzień. A komfort pracy zdecydowanie wyższy. W Polsce trzeba było orać za minimalną płacę i jeszcze człowiekiem pomiatano. Na Wyspach były dobre pieniądze i jeszcze pracodawca traktował podwładnych z szacunkiem, a przynajmniej - przyzwoicie.

Tyle, że z tego wózka widłowego trudno było potem wyjść.
Jednym się udało, innym nie - to prawda. Ale trzeba pamiętać, że większość Polaków wyjechała na chwilę. Na przykład po to, by spłacić kredyt. Zaciągali go w kraju, mieli problemy ze spłatą, a na Wyspach - gdy był świetny kurs, za funta płacono 6 zł - wystarczyło popracować pół roku, by złapać oddech. Naprawdę wiele osób planowało przyjechać na rok, dwa lata. Zarobić, odłożyć na mieszkanie - i wrócić.

To czemu nie wrócili?
Bo po tym roku, dwóch latach okazywało się, że wsiąkli.

Tak szybko?
Tu się łatwo żyje. Fajnie, inaczej, mniej stresu, bardziej na luzie. Niektórzy zresztą próbowali wracać, wtedy pojawiło się zjawisko odbijania.

Czyli?
Było wiele przypadków, kiedy ludzie chcieli z Wysp wrócić do Polski. Rezygnowali z pracy, wypowiadali mieszkania, likwidowali konta bankowe i wracali do kraju z odłożonymi pieniędzmi.

Podobało im się?
Na początku stan euforii. Polska po tak długiej przerwie wydaje się rajem. Tęsknili przecież za nią. Za rodziną, za przyjaciółmi, za jedzeniem, za wszystkim. Ale taki stan rzeczy trwa kilka miesięcy, góra pół roku. Potem kasa się kończy, rzeczywistość skrzeczy i odzywa się tęsknota za Wielką Brytanią.

Gdy raz przepłyniesz kanał La Manche, zawsze jesteś po niewłaściwej stronie.
Tak. Trawa u sąsiada zawsze wydaje nam się bardziej zielona. Gdy więc euforia opada, znów wracają na tą stronę kanału. To właśnie nazywam zjawiskiem odbijania się.

Na czym polega fenomen Brytyjczyków, że Polacy - którzy przyjechali tam na chwilę - zostają tam na długo, pewnie na stałe?
Życie toczy się swoim torem. Ciężko jest rzucić dobrze płatną pracę. Poza tym, trzeba myśleć o dzieciach, a one są ważnym czynnikiem determinującym decyzje życiowe. Kiedy zaczynają chodzić do szkoły, dużo trudniej podejmować decyzje o przeprowadzce. Choć Polacy często narzekają na angielskie szkoły.

Co z nimi nie tak?
Po prostu są nierówne. Trzeba umieć właściwie wybrać, by znaleźć szkołę na przyzwoitym poziomie. Poza tym następuje bardzo szybka specjalizacja.

Dzieci uczą się zawodu?
Nie całkiem, ale Brytyjczycy już po kilku latach nauki dzielą dzieci na humanistów i specjalistów od nauk ścisłych - od pewnego momentu uczeń może sobie wybierać przedmioty. Nie wymaga się od młodzieży takiej wszechstronnej wiedzy, jak to robią szkoły w Polsce. Przy takim systemie jeśli by się wycofało dziecko z powiedzmy szóstej klasy podstawówki i próbowało je przenieść do równoległej wiekowo klasy w Polsce, mogłoby by się to okazać bolesne.

Czy teraz Pan mówi, że polskie szkoły są lepsze?
Nie. Mówię, że są inne. Polski i brytyjski system nie są kompatybilne ze sobą. Ale na pewno polskie dzieci odnajdują się w brytyjskich szkołach. Mój syn ma 14 lat i jest najlepszy z angielskiego w swojej klasie.
Jak Pana syn odnalazł się na Wyspach?
Przenieśliśmy się, gdy miał 2,5 roku. Mówił już wtedy pełnymi zdaniami po polsku, chwilę potem mówił już w dwóch językach. Nigdy nie wstydził się swojego polskiego, co mnie bardzo cieszy. Dla mnie zawsze ważna była dwujęzyczność.

Który język u niego dominuje?
Angielski, to jego pierwszy język. Gdy przyjechaliśmy do Anglii, od razu posłaliśmy go do przedszkola i on w ciągu trzech miesięcy nauczył się mówić po angielsku. Oczywiście, w domu rozmawiamy po polsku, ale ostatnio go zapytałem: w jakim języku ty właściwie myślisz?

Co odpowiedział?
Że najczęściej po angielsku, bo w tym języku rozmawia przez większość dnia, czy w to w szkole, czy po niej. Choć gdy jest w domu, lub gdy spotyka się z polskimi kolegami, to wtedy myśli po polsku - tak mi powiedział. Czyli, po prostu, to zależy od sytuacji.

A Wy w jakim otoczeniu funkcjonujecie na Wyspach? W towarzystwie Polaków, czy innych nacji?
Trzeba znać różnych ludzi. My wykonaliśmy pewien wysiłek, żeby wyjść z tylko - polskiego kręgu. Mamy teraz znajomych zewsząd, to mi właśnie pasuje, chociaż pewno Polaków jest wśród nich najwięcej.

Tylko Brytyjczycy teraz narzekają na taką sytuację.
Bo głównie się akcentuje ekstrema, wynikające z takiej sytuacji. O normalności się nie mówi, bo jest nudna.

Wróćmy do Pana. Jak się Pan odnajdował na Wyspach?
Studiowałem dziennikarstwo w Krakowie, ale rzuciłem je po pierwszym roku i wyjechałem do Anglii. Dość długo pracowałem jako operator wózka widłowego.

Po ukończeniu kursu.
Oczywiście. Pracowałem z chłopakiem z Ghany, od którego nauczyłem się potocznego angielskiego. Później pracowałem w różnych miejscach, trochę w biurze, trochę w budowlance, założyłem nawet własną firmę, coś tam remontowałem.

To Pana obecna praca?
Nie. Teraz zakładam pompy ciepła.

Ciepła posadka.
Ciężka robota. Codziennie trzeba dużo z siebie dawać, pracuje się po 10 godzin i dłużej. To mi rzutuje na pisanie, naturalną siłą rzeczy. Ale za to co tydzień inne miasto, inny dom, inni ludzie, a to z kolei bywa inspirujące. No i cały czas pracuję na swój image working class hero.

Polak budujący etos brytyjskiej klasy pracującej.
Na samym początku Polacy byli wręcz pożądani w Wielkiej Brytanii. Nawet ogłoszenia w prasie się pojawiały, że na niektóre stanowiska rekrutowano tylko osoby znające język polski. Gdy wychwycił i opisał to „Daily Mail”, zrobiła się afera. Ale to była sytuacja z 2006, czy 2007 r.

Kiedy skończył się ten polsko-brytyjski miesiąc miodowy?
W 2008 r, gdy wybuchł na całym świecie kryzys gospodarczy. On zaczął się obracać przeciwko nam. Nagle się okazało, że etaty, których Brytyjczycy nie chcieli, uważając, że są kiepskie, i które zajęli Polacy, wcale nie są takie kiepskie i właściwie oni chętnie by je zajęli - tyle, że one były już obsadzone przez nas. W ten sposób staliśmy się kozłem ofiarnym.
Wtedy zaczęły się incydenty z pobiciami Polaków?
Daleki jestem od tego, by nadawać takim wszystkim takim historiom polityczny kontekst. Wielka Brytania to rozrywkowy kraj. Gdy alkohol leje się strumieniami, zdarzają się pobicia - i Polaków przez Brytyjczyków, i Brytyjczyków przez Polaków. Generalnie wiadomo, że w piątkowe i sobotnie wieczory policja na Wyspach ma pełne ręce roboty. Chociaż z drugiej strony, incydenty o podłożu ksenofobicznym faktycznie się zdarzają i nie ma co udawać, że ich nie ma. Taką historię z Dublina, gdzie zginęło dwóch chłopaków z Polski również opisałem w swojej książce.

Ale przecież nie jest tak, że Brytyjczycy powszechnie akceptują Polaków.
Na pewno nie, na to trzeba czasu. Chociaż w tym momencie chyba jednak większe ciśnienie jest na muzułmanów. I z powodu terroryzmu, i dlatego, że oni się mocno separują, są dość hermetyczni.

Polacy też się często zamykają we własnym gronie.
Prawda, w sumie Polacy też lubią żyć na kupie. Ale jest ta mała różnica.

Jaka?
Muzułmańskie getta można rozpoznać po meczetach, polskie - po talerzach Polsatu na budynkach. My nie sprowadzamy na Wyspy dżihadu, tylko co najwyżej polską amfetaminę, lewe fajki i tani alkohol. Nie, żeby było się czym chwalić. No i sprowadzamy też liczne legalne, dobre jakościowo i tańsze produkty, które chętnie kupują także Brytyjczycy. Choćby przez to widać, jak bardzo wpłynęliśmy na Wielką Brytanię. Po kabanosy, kefir i słone paluszki chodzę do Tesco.

A jak Wielka Brytania zmienia Polaków?
Przeważnie pozytywnie, chociaż zdarza się, że odwrotnie.

Na ile? Bo brexit pewnie okaże się solidnym resetem obecności Polaków na Wyspach.
Takim resetem był już kryzys, gdy nagle przestaliśmy być tak mile widziani jak wcześniej.

Ciągnę Pana za język, bo cały czas mam nadzieję, że Polacy z Wielkiej Brytanii jednak wrócą do ojczyzny. A Wy nie macie poczucia utraty?
Kilka lat po wyjeździe byłem na Polskę autentycznie wściekły - bo czułem się zmuszony do jej opuszczenia. W Polsce nieustannie miałem poczucie krzywdy, bo dostawałem łomot z każdej strony, miałem kiepską pracę, albo nie miałem jej wcale. Tak się nie dało żyć. Gdy wyjechałem do Anglii, ta uraza do mnie wracała przez kilka lat, co to za kraj, który zmusza swoich obywateli do wyjazdu. Ale w końcu minęło, stare urazy pogrzebane. Widzę teraz, jak Polska zmienia się na plus. Polska jest zdecydowanie świetnym krajem, gdy się do niego przyjeżdża na wakacje.

Innymi słowy - szans na powrót nie ma.
Każdy Polak w Wielkiej Brytanii miał swój indywidualny powód wyjazdu. I każdy indywidualnie rozstrzygnie, czy chce zostać, czy wrócić. Ja na razie nie znajduję powodów.

Po brexicie nawet 300 tys. Polaków może mieć problem z pobytem na Wyspach. Jak się zachowają?
Wrócą tylko ci, którzy naprawdę będą przez okoliczności zmuszeni - nikt nie wróci profilaktycznie. I tak naprawdę nie wiadomo, czy rzeczywiście tak się stanie, że wróci ktokolwiek.
Pewnie się stanie - inaczej Brytyjczycy byliby przeciw brexitowi.
To już nawet nie chodzi, żeby wyjechali obecni migranci, oni raczej nie chcą, by przyjeżdżali nowi. Nie sądzę, żeby ktoś zamierzał mi zabrać moją pracę, moje życie, mój dom. To jest mój drugi kraj, który coraz lepiej rozumiem, którego stałem się częścią. Zasada jest prosta: płacisz podatki, przestrzegasz prawa - masz prawo tu żyć. Nikt nie będzie cię też oceniać przez pryzmat twoich poglądów politycznych, czy wyznawanej religii.

To co jest kryterium oceny: samochód, jakiego się używa?
Adres zamieszkania. Nawet nie tyle dom, co miejsce, w którym on stoi.

Piękny dom nie jest wartością?
Na Wyspach o statusie społecznym decyduje adres. Ważne jest przede wszystkim, pod jakim kodem pocztowym mieszkasz. Pokaż mi swój kod, a powiem ci, kim jesteś - tak to w Anglii działa.

Wielka Brytania ciągle jest krajem kastowym?
Tak, zgadza się. Trzeba znać swoje miejsce. Aktualnie zasilam szeregi klasy pracującej, zakładając pompy ciepła pracuję głównie dla bogatej klasy średniej, którą stać na takie fanaberie. Natomiast w najgorszej sytuacji w Wielkiej Brytanii są dziś nielegalsi.

Kto?
Osoby, które dostały się na Wyspy bez zezwolenia. Przybyli na przykład z “Dżungli” koło Calais, wskakując do przejeżdżającego TIR-a. Albo zapłacili małą fortunę przemytnikom. Ale nawet jeśli dostaną się do Anglii, nie mają żadnych praw. W każdej chwili mogą być wyrzuceni z kraju. Jeśli zarobią jakieś pieniądze, w przypadku zatrzymania przez służby imigracyjne zostaną im one odebrane. W dodatku nie mają żadnej możliwości zalegalizowania swojego pobytu. Zdecydowanie najniższa kasta.

A Polacy mają szansę wskoczyć do wyższych klas?
Wyższe wykształcenie jest na pewno ważne, ale to jeszcze nie wszystko. Poza wszystkimi innymi kwestiami liczy się tu język, jakiego używasz, akcent, jaki masz. Najlepiej, gdy on jest oksfordzki, koniecznie musi być posh. Obecne pierwsze pokolenie świeżej emigracji nie jest w stanie tego nadgonić. Ale nasze dzieci - wychowane na Wyspach - mają taką szansę.

Myśli Pan, że kiedyś wróci Pan do Polski? Na przykład na starość?
Wszystko jest możliwe, nie zamykam żadnej opcji.

Ale jaki jest Pana wymarzony scenariusz?
Hiszpania. Chciałbym tam sobie kupić dom - bo tam jest ciepło i nie leje co chwila. Mam nadzieję, że moje marzenie się spełni w ciągu najbliższych 10 lat, są na to realne szanse.

Czyli do Polski trudno Pana przyciągnąć. A Pana syna?
Syn jest młody, dopiero za pięć lat pójdzie na studia - także wszystko w jego sytuacji jest możliwe. Więc być może kiedyś do Polski przyciągnie go praca. Albo kobieta.

Wideo

Materiał oryginalny: Jan Krasnowolski: Polacy nie wpadli w psychozę. Ale liczba zamachów przeraża - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 10

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

j
jared

Wszystko zależy od tego jak Brexit odbije się na Brytyjskiej gospodarce. Jak nie narobi dużych strat , to większość polaków tam się uchowa . Gdyby jednak kraj wpadł w recesję , nie będzie zmiłuj .
Brytania jest cool .Walia to moje ulubione miejsce . To jest społeczeństwo kastowe 100% prawdy . Awans pionowy jest możliwy ale nie tak jak w USA . Jest znacznie trudniej , musisz czymś naprawdę błysnąć, założyć dobry biznes czy napisać wziętą książkę . Inaczej pozostaniesz tam gdzie jesteś , czyli blisko dolnych szczebli . Ty i twoje dzieci . A i jeszcze szkoły są dużo gorsze niż w Polsce. Tu nie ma co ściemniać . Akcent bardzo trudno ukryć, trzeba zacząć myśleć po angielsku , wyobrażać sobie po angielsku , rozmawiać ze sobą po angielsku .

A
AG

I jeszcze jedno szanowny pisarzu-operatorze wozkow widlowych, to nie kraj zmusil Polakow to wyjazdu, to politycy rzadzacy tak, ze ludzie ci nie mieli szans na godne zycie...

A
AG

Ten czlowiek "studiowal" dziennikarstwo w Krakowie (jakby to bylo wazne gdzie, chyba uczelnia wazniejsza) a angielskiego (potocznego!) nauczyl sie od kolegi z Ghany?!...No comment!

777

NoWY POrzonDEK ŚFIATA af I LIBErWARiaTA LIBEER MASONERI.

777

LUBI POńSZCZYZOONA U SUWERENA Z CIEMNEGO LUDA SUWERENA JACKOBA SCHELLI.

z
zwasze byla

eksporterem sily roboczej, gdyż do niczego innego nie jest zdolna. Do tych 5mld rocznie, zastosuj odpowiedni mnożnik, dyskusja z tobą jest straconym czasem, jestes typowym marzycielem o możliwościach tego kraju. Może cos z międzymorza?

a
abcd

To co dostajemy jest jedynie marną (skromną) rekompensatą za zgodę na uczynienie z Polski neokolonialnego państwa. Do niedawna państwa w gospodarczej stagnacji i z ogromnym bezrobociem. Państwa bez rozwoju własnych przedsiębiorstw, będącego eksporterem siły roboczej żywej i eksporterem samochodów poskładanych w montowniach. Rekompensata w wysokości ok. 5 mld euro rocznie to są grosze, ale jakże ważne grosze, bo ci co je dzielą dostaną swoją dolę i będą zachwalać wspaniały rozwój RP

t
to

odsetki

e
efgh

Po prostu: W TAKIM BĄDŻ RAZIE NALEŻY WYSTĄPIC ZE WSPÓLNOTY NARODÓW SOLIDARNYCH!!!
Który też był Waszym wyborem. To nie jest rasizm - to wrodzona pazernośc. Oczywiście, macie prawo sami kształtowac przyszłośc własnego kraju, ale również za wlasne środki. Niektóre państwa w których żyją Polacy tak mają - 15% społeczeństwa, 50 % kradzieży. Co Ty na to?

a
abcd

Nigdy nie pozwalajcie, aby nazywano was rasistami lub ksenofobami! 15% społeczeństwa, 50% morderstw - CHCECIE TAK MIEĆ? To nie jest rasizm - to zwykłe myślenie z troską o przyszłości własnych dzieci. CHCECIE ZOSTAWIĆ IM TAKĄ POLSKĘ? - Nie pozwólcie sobie wmówić, że to jest ksenofobia lub rasizm - macie prawo sami kształtować przyszłość własnego kraju. Po prostu: NIE CHCEMY TAK MIEĆ, taki jest NASZ wybór.

Dodaj ogłoszenie