"Jan Karski i władcy ludzkości". Sławomir Grünberg:...

    "Jan Karski i władcy ludzkości". Sławomir Grünberg: Spodziewam się krytyki. Nie przekłamuję historii

    Marcin Dobski (AIP)

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    - Karski jest osobą, z której przykład mogą brać młodzi ludzie - mówi Sławomir Grünberg, polski reżyser, którego nowy film "Jan Karski i władcy ludzkości" trafi 24 kwietnia do kin.
    Sławomir Grünberg

    Sławomir Grünberg ©Fot. Piotr Smoliński

    Mówił Pan, że nigdy nie miał tak dużych problemów z realizacją filmu, jak w przypadku produkcji "Jan Karski i władcy ludzkości". Jakiego typu były to przeciwności?
    Były to głównie problemy finansowe, a inne wynikały właśnie z nich. Najpierw to była odmowa z Telewizji Polskiej w 2009 r., kiedy szefem telewizji był Piotr Farfał. Nasz projekt odpadł wtedy w przedbiegach. To był okres, gdy takie tematy po prostu nie przechodziły, nie spotykały się z aprobatą. Dali nam do zrozumienia, że to są tematy niemile widziane. Żeby złożyć ten projekt do Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej potrzebny był list od telewizji, którego my niestety nie dostaliśmy. Kilka lat po tym, już z innym producentem, złożyliśmy ponownie wniosek do PISF, uzyskaliśmy wybitne oceny od pięciu osób, które to recenzowały, ale mimo to film nie dostał dofinansowania.
    Potem znowu składaliśmy wniosek, znowu były dobre oceny, ale finał taki sam. Rok temu w lutym dostaliśmy ostateczną odpowiedź, która brzmiała mniej więcej tak: pomysł z animacją niedobry, animacja źle wymyślona, można jeszcze raz składać, ale już bez animacji. Poza tym jeszcze kilka uwag. Odnośnie do tego samego projektu, który kilka lat temu był oceniony jako wybitny. To cała batalia z PISF, cztery odmowy, więc jest to dosyć smutne.

    Czy ze względu na trudną tematykę, którą Pan porusza w filmie, potencjalni sponsorzy nie chcieli inwestować w produkcję?
    Osoby, które chciały zainwestować w film, to zrobiły. Zdecydowaliśmy się na metodę crowdfunding na stronie Kickstarter.com (polega ona na zbiórce pieniędzy na projekty z różnych dziedzin, na które może wpłacać dowolna zainteresowana tym osoba - red.). Dlatego podczas napisów końcowych jest długa lista osób, które przyczyniły się do jego powstania. Tym samym film powstawał na początku dzięki indywidualnym datkom ludzi, którzy uwierzyli w ten projekt, a nie ma tam organizacji czy firm, które wydawało się, że ten film poprą. Nie chcę wprowadzać negatywnych wątków, ale jest to pewne rozgoryczenie. Faktem jest, że twórcy filmu przez wiele lat pracowali za darmo, z pełnym oddaniem sprawie i gdyby tego nie było, to film by nie powstał.


    Zwiastun "Jan Karski i władcy ludzkości"


    Film zadedykował Pan swojemu ojcu Karolowi. Proszę powiedzieć, dlaczego akurat jemu?
    Tata mi bardzo kibicował w trakcie realizacji filmu. Był historykiem, napisał ponad 20 książek historycznych na temat II wojny światowej właśnie. Dużo tytułów znanych przede wszystkim w środowisku akademickim. Tata bardzo chciał, żebym zrobił ten film. Gdy się spotykaliśmy, przypominał mi o tym. Mówił: "Śpiesz się, bo ktoś inny go nakręci, to jest odpowiedni czas, żeby to zrobić". Był ze mną, niestety odszedł kilka lat temu i nie będzie mógł go obejrzeć, ale chciałbym zostawić właśnie taki ślad po ojcu.

    Dlaczego zajął się Pan tworzeniem filmów dokumentalnych, szczególnie w Stanach Zjednoczonych, gdzie dużo ukazuje się produkcji słabych, które jednak osiągają sukcesy kasowe?
    Wynika to z serca. Pamiętam moje przejście z filmu fabularnego do dokumentu, bo odbyło się jeszcze w czasie szkoły filmowej. Moim absolutorium miał być film kostiumowy. Wtedy do szkoły przyjechała Anna Walentynowicz i gdy usłyszałem jej historię, zrozumiałem, że to nie jest czas na filmy kostiumowe i trzeba zrobić film o niej. Co też uczyniłem wspólnie z kolegą Markiem Ciecierskim, to był nasz wspólny film dyplomowy. I ten dokument, nad którym pracowaliśmy rok, zostawił na mnie tak silny ślad, że już nie było powrotu do fabuły. Stwierdziłem, że moim celem jest opowiadanie prawdziwych ludzkich historii, które się dzieją, a nie praca z aktorami, którzy grają role. Ta decyzja sprawiła, że ciągle trzeba walczyć o fundusze, bo filmy dokumentalne nie przynoszą pieniędzy. Można się zdecydować na zarabianie pieniędzy, a można na zostawianie czegoś po sobie w postaci filmów, które mają wartość, są ważne, po których widz wychodzi z czymś, co mu od razu nie umyka. Dlatego mam świadomość, że robię filmy po coś, dla kogoś. Praca nad dokumentem trwa od roku do trzech, jest to część życia reżysera, nie chce tracić życia na robienie czegoś, co jest nic niewarte i nikomu nie pomaga.

    Czyli zdecydowanie Pan woli robić filmy, które mogą zmieniać świat?
    Tak, zdecydowanie. Miałem film, który nakręciłem w małym miasteczku w Luizjanie, gdzie wszyscy chorowali, bo mieszkali w pobliżu wielkiej rafinerii Shella. Gdy było wiadomo, że za dwa tygodnie film ukaże się w publicznej amerykańskiej telewizji, Shell się tak przestraszył oskarżeń o zatruwanie środowiska, że dał pięciuset osobom pieniądze na nowe mieszkania. Jak była premiera tego filmu, to miasteczka już nie było. To taki najbardziej oczywisty przykład, jak film może zmieniać świat. Posłużę się jeszcze innym przykładem, nakręciłem film "Borderline" o dziewczynie, która siedziała niesłusznie w więzieniu. W rezultacie tego filmu dziewczyna, która była skazana na 15 lat więzienia, wyszła na wolność po kilku latach. To są takie przykłady, które komuś takiemu jak ja dają kopniaka, żeby robić filmy dokumentalne. Można wiele zdziałać, będąc jedną osobą z kamerą na ramieniu i nawet nie mając na to wiele pieniędzy.
    1 3 4 »

    Czytaj treści premium w Polsce Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (2)

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Zdjęcie autora komentarza
    Trzeba było zrobić z bohatera filmy pederastę zgwałconego przez zakonnicę,

    Zgłoś naruszenie treści / 6 / 1

    dodać księdza który wydał biednych żydów w ręce gestapo, a pieniądze szybko by się znalazły.

    Pieniędzy nie dawali, bo scenariusz był "POlitycznie niepoprawny".

    Zdjęcie autora komentarza
    Trzeba było zrobić z bohatera filmy pederastę zgwałconego przez zakonnicę,

    Zgłoś naruszenie treści / 5 / 3

    dodać księdza który wydał biednych żydów w ręce gestapo, a pieniądze szybko by się znalazły.

    Pieniędzy nie dawali, bo scenariusz był "POlitycznie niepoprawny".

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Nie przegap

    Wideo