"Jan Karski i władcy ludzkości". Sławomir Grünberg: Spodziewam się krytyki. Nie przekłamuję historii

Marcin Dobski AIPZaktualizowano 
Sławomir Grünberg
Sławomir Grünberg Fot. Piotr Smoliński
- Karski jest osobą, z której przykład mogą brać młodzi ludzie - mówi Sławomir Grünberg, polski reżyser, którego nowy film "Jan Karski i władcy ludzkości" trafi 24 kwietnia do kin.

Mówił Pan, że nigdy nie miał tak dużych problemów z realizacją filmu, jak w przypadku produkcji "Jan Karski i władcy ludzkości". Jakiego typu były to przeciwności?
Były to głównie problemy finansowe, a inne wynikały właśnie z nich. Najpierw to była odmowa z Telewizji Polskiej w 2009 r., kiedy szefem telewizji był Piotr Farfał. Nasz projekt odpadł wtedy w przedbiegach. To był okres, gdy takie tematy po prostu nie przechodziły, nie spotykały się z aprobatą. Dali nam do zrozumienia, że to są tematy niemile widziane. Żeby złożyć ten projekt do Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej potrzebny był list od telewizji, którego my niestety nie dostaliśmy. Kilka lat po tym, już z innym producentem, złożyliśmy ponownie wniosek do PISF, uzyskaliśmy wybitne oceny od pięciu osób, które to recenzowały, ale mimo to film nie dostał dofinansowania. Potem znowu składaliśmy wniosek, znowu były dobre oceny, ale finał taki sam. Rok temu w lutym dostaliśmy ostateczną odpowiedź, która brzmiała mniej więcej tak: pomysł z animacją niedobry, animacja źle wymyślona, można jeszcze raz składać, ale już bez animacji. Poza tym jeszcze kilka uwag. Odnośnie do tego samego projektu, który kilka lat temu był oceniony jako wybitny. To cała batalia z PISF, cztery odmowy, więc jest to dosyć smutne.

Czy ze względu na trudną tematykę, którą Pan porusza w filmie, potencjalni sponsorzy nie chcieli inwestować w produkcję?
Osoby, które chciały zainwestować w film, to zrobiły. Zdecydowaliśmy się na metodę crowdfunding na stronie Kickstarter.com (polega ona na zbiórce pieniędzy na projekty z różnych dziedzin, na które może wpłacać dowolna zainteresowana tym osoba - red.). Dlatego podczas napisów końcowych jest długa lista osób, które przyczyniły się do jego powstania. Tym samym film powstawał na początku dzięki indywidualnym datkom ludzi, którzy uwierzyli w ten projekt, a nie ma tam organizacji czy firm, które wydawało się, że ten film poprą. Nie chcę wprowadzać negatywnych wątków, ale jest to pewne rozgoryczenie. Faktem jest, że twórcy filmu przez wiele lat pracowali za darmo, z pełnym oddaniem sprawie i gdyby tego nie było, to film by nie powstał.

Zwiastun "Jan Karski i władcy ludzkości"

Film zadedykował Pan swojemu ojcu Karolowi. Proszę powiedzieć, dlaczego akurat jemu?
Tata mi bardzo kibicował w trakcie realizacji filmu. Był historykiem, napisał ponad 20 książek historycznych na temat II wojny światowej właśnie. Dużo tytułów znanych przede wszystkim w środowisku akademickim. Tata bardzo chciał, żebym zrobił ten film. Gdy się spotykaliśmy, przypominał mi o tym. Mówił: "Śpiesz się, bo ktoś inny go nakręci, to jest odpowiedni czas, żeby to zrobić". Był ze mną, niestety odszedł kilka lat temu i nie będzie mógł go obejrzeć, ale chciałbym zostawić właśnie taki ślad po ojcu.

Dlaczego zajął się Pan tworzeniem filmów dokumentalnych, szczególnie w Stanach Zjednoczonych, gdzie dużo ukazuje się produkcji słabych, które jednak osiągają sukcesy kasowe?
Wynika to z serca. Pamiętam moje przejście z filmu fabularnego do dokumentu, bo odbyło się jeszcze w czasie szkoły filmowej. Moim absolutorium miał być film kostiumowy. Wtedy do szkoły przyjechała Anna Walentynowicz i gdy usłyszałem jej historię, zrozumiałem, że to nie jest czas na filmy kostiumowe i trzeba zrobić film o niej. Co też uczyniłem wspólnie z kolegą Markiem Ciecierskim, to był nasz wspólny film dyplomowy. I ten dokument, nad którym pracowaliśmy rok, zostawił na mnie tak silny ślad, że już nie było powrotu do fabuły. Stwierdziłem, że moim celem jest opowiadanie prawdziwych ludzkich historii, które się dzieją, a nie praca z aktorami, którzy grają role. Ta decyzja sprawiła, że ciągle trzeba walczyć o fundusze, bo filmy dokumentalne nie przynoszą pieniędzy. Można się zdecydować na zarabianie pieniędzy, a można na zostawianie czegoś po sobie w postaci filmów, które mają wartość, są ważne, po których widz wychodzi z czymś, co mu od razu nie umyka. Dlatego mam świadomość, że robię filmy po coś, dla kogoś. Praca nad dokumentem trwa od roku do trzech, jest to część życia reżysera, nie chce tracić życia na robienie czegoś, co jest nic niewarte i nikomu nie pomaga.

Czyli zdecydowanie Pan woli robić filmy, które mogą zmieniać świat?
Tak, zdecydowanie. Miałem film, który nakręciłem w małym miasteczku w Luizjanie, gdzie wszyscy chorowali, bo mieszkali w pobliżu wielkiej rafinerii Shella. Gdy było wiadomo, że za dwa tygodnie film ukaże się w publicznej amerykańskiej telewizji, Shell się tak przestraszył oskarżeń o zatruwanie środowiska, że dał pięciuset osobom pieniądze na nowe mieszkania. Jak była premiera tego filmu, to miasteczka już nie było. To taki najbardziej oczywisty przykład, jak film może zmieniać świat. Posłużę się jeszcze innym przykładem, nakręciłem film "Borderline" o dziewczynie, która siedziała niesłusznie w więzieniu. W rezultacie tego filmu dziewczyna, która była skazana na 15 lat więzienia, wyszła na wolność po kilku latach. To są takie przykłady, które komuś takiemu jak ja dają kopniaka, żeby robić filmy dokumentalne. Można wiele zdziałać, będąc jedną osobą z kamerą na ramieniu i nawet nie mając na to wiele pieniędzy.
Czy film o Janie Karskim ma sprawić coś podobnego?
Z Karskim jest inna historia. Wydaje mi się, że Karski jest osobą, z której przykład mogą brać młodzi ludzie. Mogą spojrzeć na tego bohatera z refleksją, że sami chcieliby kimś takim być. W dzisiejszych czasach jest potrzeba przekazywania informacji i nie tylko przez internet, ale poprzez naocznych świadków różnych wojen, historii, które się wydarzają. Ludzie to robią, ale nie wszyscy mają odwagę. I to jest przykład człowieka, który miał w sobie niezwykłą odwagę.

Nasuwa mi się na myśl analogia pomiędzy Panem a Karskim. Pan swoimi dokumentami chce informować o różnych sprawach świat, tak jak on to robił.
Nie chciałbym być porównywany i stawiany z nim w jednym szeregu, ale jeśli chodzi o taką analogię, to się zgadzam.

Powiedział Pan kiedyś, że jest swego rodzaju pomostem, który łączy Amerykę z Europą. Jestem ciekawy, z jakim odbiorem Pan się spotyka w Stanach Zjednoczonych? Czy jest trochę tak jak z Karskim, że ludzie nie dowierzają w to, co Pan chce im przekazać?
Trochę tak jest, ale reakcje są bardzo różne. Spotykamy się z bardzo skrajnymi reakcjami i komentarzami, np. od Żydów mieszkających w Stanach, że nie chcą przyjechać do Polski, bo to kraj antysemitów. Są też głosy od ludzi, którzy co kilka miesięcy przylatują do kraju i mają opinie, które też ja i Katka (Reszke - główna autorka scenariusza filmu o Karskim - red.) głosimy, że Polska jest w tej chwili krajem w Europie, który jest najbardziej przychylny Żydom. Będąc Polakiem, Żydem, jest mi pewnie łatwiej istnieć w tym obszarze związków polsko-żydowskich. Wydaje mi się, że rozumiem to, bo sam się wywodzę z tego środowiska. Gdy jestem w Polsce, to zapoznaje się z tym, co dzieje się tutaj w tym środowisku, a gdy jestem w Ameryce, to widzę jak tam ludzie patrzą i myślą o tych związkach polsko--żydowskich.

Mieszka Pan od 1981 r. w Stanach Zjednoczonych. Myśli Pan jak Amerykanin, jak Polak, a może to myślenie jest gdzieś pomiędzy?
Trudno mi samemu to oceniać. Pewnie myślę trochę jak Amerykanin i trochę jak Polak. Większość mojego życia spędziłem już w Stanach i bardziej się przyzwyczaiłem do pewnej łatwości życia w Ameryce, ale w Polsce bywam dwa lub trzy razy w roku regularnie. Lubię tu być, Polska jest krajem energicznym, dużo się tu dzieje, życie jest bardzo intensywne i ciekawe, jak porównuję do Stanów. Tej dynamiki tam nie widzę, jak właśnie w Polsce. Nie mieszkam w Polsce na stałe i jak przyjeżdżam raz na jakiś czas, to widzę, jak to wszystko szybko idzie do przodu. Jestem trochę w bańce, bo bywam w środowiskach warszawskich czy wrocławskich, a w mniejszych miejscowościach czasem jest inna Polska. Ale niekoniecznie. Nie chcę jednak uogólniać, bo również dużo dobrych rzeczy dzieje się w małych miejscowościach.

Mieszka Pan już 34 lata poza Polską, ale pewnie Pan czyta czy ogląda informacje z kraju. Jak Pan ocenia sytuację? Czy zmienia się na lepsze, a może na gorsze?
Uważam, że to, co widzę, a czytam i oglądam polskie newsy w telewizji regularnie, wszystko idzie do przodu. Jest to ogromny progres. Kilka dni temu czytałem, że polska ekonomia jest na poziomie Szwecji, co na mnie wywarło ogromne wrażenie. Poza tym widzę, że zmieniają się w Polsce prawa na korzyść. Historia np. z in vitro, która wydawała się kilka lat temu niemożliwa, a dzisiaj kandydat na prezydenta, aktualny prezydent, mówi, że jak najbardziej. Dzisiaj nawet się nie rozważa w Sejmie związków partnerskich, a prawdopodobnie za rok taka ustawa przejdzie bez żadnego problemu. Ten postęp dzieje się tak szybko, że aż przyjemnie patrzeć. Myśląc o Europie, mówimy o Anglii czy Francji, a Polska w tym kierunku zmierza bardzo szybko. Oczywiście są problemy, niedoskonałości, zawiści, o których się słyszy i czyta, ale każdy naród ma swoje problemy, przywary, więc nie krytykuję tego, nie jest to nic nadzwyczajnego. Jestem większym optymistą niż 90 proc. Polaków, którzy mieszkają w tym kraju, bo obserwuję to z zewnątrz i jak przyjeżdżam co jakiś czas, to widzę ten postęp, a jak się tu mieszka, może to uciekać, trzeba na to spojrzeć z boku.

Gdy mieszkał Pan w Polsce, to też miał taką mentalność jak rodacy, chodzi o skłonność do narzekania i skupiania się na minusach, zamiast na plusach danej sytuacji? Czy po przenosinach do Ameryki, gdzie panuje zupełnie inne nastawienie, to się u Pana zmieniło?
Właśnie tego nie wiem, trudno mi powiedzieć, bo nie mam takiej pamięci, żebym pamiętał siebie z tamtych czasów. Podejrzewam, że mogło tak być. To były też inne czasy, inaczej się reagowało, nie było komu zazdrościć, bo wszyscy byli tak samo biedni. Mieli jednakową sytuację materialną czy podobny dostęp do edukacji. To był inny świat, dlatego trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, ale to ciekawe pytanie, sam bym chciał wiedzieć, jaki byłem. Moim zdaniem do pewnego wieku człowiek jeszcze się kształtuje i ze mną tak było. Po przyjeździe do Stanów na pewno przejąłem trochę ich cech i dopiero tutaj zostałem w pełni ukształtowany. Aczkolwiek te dwa światy nie są tak odległe jak choćby 30 lat temu, cały czas się do siebie zbliżają.
Nawiąże do tego, o czym wcześniej rozmawialiśmy, mianowicie chodzi mi o to, że Amerykanie nie narzekają, a trzymając się filmu, potrafią wypromować największą tandetę, zapewniając wszystkich, że jest to lepsze niż faktycznie. Może dziwić, że nie poszedł Pan w tę stronę.
Jeżeli chodzi o amerykańskie produkcje, to głównie decydują względy finansowe. Ja postanowiłem, że pójdę za sercem, a nie za pieniędzmi. Jest takie powiedzenie, że jeśli robisz swoje, to nawet niebo nie jest za wysoko. To mi się bardzo podoba, a sprowadza się do tego, że jeśli się robi to, co się lubi, to wychodzą z tego dobre rzeczy. W przypadku filmu o Karskim miałem właśnie takie podejście, że pieniądz nie jest granicą. Mam na myśli materiały archiwalne, za które trzeba było płacić, a niektóre były bardzo drogie. Za 31-sekundowy kolorowy materiał z warszawskiego getta, który nakręcili Niemcy, musieliśmy zapłacić prawie 5 tys. dol., bo jedyne materiały z getta to są właśnie te kręcone przez nich w ramach propagandy. Ostatecznie nawet całości nie wykorzystaliśmy w filmie. Natomiast zastanawia co innego. To, że te materiały można kupić tylko od niemieckiej firmy. Gdzie jest ta etyka i moralność? Inne materiały kosztują w granicach 2-3 tys. dol. za minutę, to standardowe stawki. Dostaliśmy trochę materiałów za darmo, ale łącznie za wszystkie, te najważniejsze, zapłaciliśmy jakieś 200 tys. zł. To są ogromne koszty, ale jak zauważyłem coś, co musi znaleźć się w filmie, nie zastanawiałem się, ile to kosztuje. Wiedziałem, że ten film musi mieć wszystko najlepsze. To jak gdy ma się dziecko i kupuje mu się wszystko co najlepsze. Dla mnie to jest film mojego życia, tak o nim myślę, dlatego nie chciałem na tym oszczędzać. Nie potrafię ocenić, ile wyniósł budżet filmu, bo jedna liczba to pieniądze, które udało się zebrać, a druga jest trochę wirtualna, bo rzadko płaciliśmy sobie za pracę. Ale nie mam pojęcia, ile to łącznie wyniosło. Nie zastanawiam się w ogóle nad tym.

Myślał Pan nad inną koncepcją filmu, z aktorami i scenografią?
Od początku sobie nie wyobrażałem, że jakikolwiek aktor mógłby zagrać Karskiego. Dlatego nie chciałem robić dokumentu fabularyzowanego. Za mało jest pieniędzy, żeby znaleźć bardzo dobrych aktorów i zapewnić odpowiednią scenografię. Zresztą widziałem dokumenty, gdzie są sceny fabularyzowane, ale właśnie te sceny są najsłabszymi ogniwami w takich filmach. Potem rozważałem technikę rotoskopii, to jest taka metoda, w której łączy się fabułę z animacją. Kręci się wtedy fabularne sceny z aktorami, którymi mogą być naturszczycy, a potem metodą graficzną w animacji komputerowej powstaje taki obrys, szkic tych postaci. Czasami występuje to w reklamach. Miałem taką koncepcję, zanim nie zobaczyłem filmu "Walc z Baszirem" w 2009 r. i wtedy stwierdziłem, że trzeba iść zdecydowanie w stronę animacji. Wtedy już wiedziałem, że chcę film zrobić w taki sposób i jedynym dylematem było znalezienie odpowiedniej formy animacji. W tamtym filmie była animacja 3D, my zdecydowaliśmy się ostatecznie na 2D. Tomasz Niedźwiedź, który właśnie wymyślił sposób animacji, w jaki pokazać tę historię, jest naszym ogromnym szczęściem. Został zaproponowany przez naszych producentów, którzy go gdzieś odnaleźli, i rzeczywiście to, co zrobił, jest rewelacyjne.

Pierwotnie animacją miał się zająć Yoni Goodman, który robił te z filmu "Walc z Baszirem". Dlaczego ostatecznie nie on się tym zajął?
Nie mieliśmy podpisanej umowy, on wystosował taki list intencyjny. Jego trailer nawet wykorzystaliśmy w Kickstarterze. Mieliśmy współpracować, ale Yoni był bardzo zaangażowany w inne projekty, a nam jednocześnie nie udało się uzyskać grantów, które by zapewniły nam z nim współpracę. Dlatego nie mogliśmy jej rozpocząć. Natomiast był bardzo przychylny projektowi i rozmawialiśmy, jak go zrealizować, ale tak jest w życiu, że nie zawsze wychodzi wszystko tak, jakby się chciało. Potem jednak wychodzi jeszcze lepiej.

Amerykanie, nie wiem, czy Pan się zgodzi, są głusi na produkcje, które ich bezpośrednio nie dotyczą. Zastanawiam się, jak film o Janie Karskim zostanie ze względu na to odebrany.
To jest rezultat tego, że Ameryka żyje bardziej teraźniejszością i przyszłością niż historią. Można użyć takiego uogólnienia. Ja to obserwuję i filmy fabularne historyczne mają widownię, ale zainteresowanie historią przeciętnego Amerykanina jest dużo mniejsze niż Europejczyka. Dlatego jest to wyzwanie oczywiście. Robiąc filmy historyczne dla amerykańskiego widza, trzeba mu dużo podpowiadać, jakąś historię trzeba mu tak opowiedzieć, jakby jej nie znał. W niedzielę w amerykańskiej telewizji publicznej był film, który zrealizowałem z Katką Reszke o tytule "Powroty Szymona". Robiliśmy go z myślą o widzu amerykańskim i europejskim, i jest tam dużo informacji, które przybliżą te realia, bo film też jest historią holokaustową. O polskim Żydzie, który został uratowany przez dwie rodziny: polską i ukraińską. Różnica w podejściu do widzów jest taka, że w Polsce takie filmy dokumentalne czy historyczne robi się na skróty i uznaje się, że widz wszystko wie i nie trzeba go do niczego przygotowywać, a to nie do końca prawda. Młodzież wcale nie wie i zbliża się do tego profilu amerykańskiego, więc to założenie jest już nieaktualne i trzeba mieć tego świadomość.

A jak zostanie odebrany pana film?
Wszystko zależy od promocji, stąd niektóre filmy osiągają takie sukcesy kasowe, a inne dobre nie odbijają się takim echem, bo właśnie nie mają odpowiedniej promocji. Ja mam pełną świadomość tego, żeby film zaistniał w Stanach czy w Europie to musi mieć dobry PR, jak w Polsce, gdzie Kino Świat, które zajmuje się promocją, robi świetną robotę. Musimy znaleźć w Ameryce podobną firmę z podobnymi ludźmi, którzy się zaangażują i będą chcieli film dobrze sprzedać, jak mówi się nieładnie. Jak ten pomysł kina Świat, żeby połączyć historię Karskiego z losami Jamesa Bonda. Ale nie jest to sztuczny twór, bo w moim filmie autor książki o Karskim E. Thomas Wood sam mówi tak o bohaterze. Teraz będziemy myśleć nad formą promocji, ale wydaje się, że to dobry kierunek.
Nie boi się Pan reakcji Brytyjczyków i Amerykanów na film - produkcja nie stawia w dobrym świetle tych "władców ludzkości", czyli ówczesnych przywódców tych krajów?
Spodziewam się jakiejś krytyki idącej w tym kierunku, ale również spodziewam się pozytywnych reakcji, bo nie jest to przekłamanie historii. Tylko przypomnienie faktów, czasami niewygodnych, dla jednych bądź drugich, ale tak jest z historią. Amerykanom ciągle się przypomina ich błędy, które zrobili w Wietnamie, Afganistanie czy w Iraku, poprzez książki czy filmy i nikt na tym źle nie wychodzi. To już inne pokolenie, nie mówimy filmem już do ludzi, którzy podejmowali wtedy decyzje, bo oni już nie żyją. Dlatego nie mam żadnych obaw. Dyskusja może być bardzo ciekawa i pozytywna, więc nie myślę tak, że po obejrzeniu filmu będą jakieś reperkusje ze strony jednego lub drugiego rządu. Rząd amerykański ma w nosie filmy, które powstają, ale obejrzą go krytycy, którzy zajmują się historią i oni będą reagowali na to. Film trafi również do środowisk akademickich, w których osoba Karskiego jest znana.

Jednak chcą Państwo też wykroczyć poza takie miejsca, czyli żeby film dotarł do przeciętnego widza.
Tak, chcemy, żeby był puszczany w kinach studyjnych. W Los Angeles, Nowym Jorku, Chicago, Waszyngtonie, Toronto czy Montrealu. To są nasze plany. Żeby udało się je zrealizować, potrzebujemy bardzo mocnego dystrybutora kinowego i dobrej promocji. To jest pierwszy etap. Drugi to telewizja. Świetnie zareagował Andrzej Fidyk, który jest szefem dokumentów w telewizji publicznej, zarówno on jak, jak i producent Dariusz Jabłoński zasugerowali, żeby puścić ten film w obieg produkcji, które będą startowały do Oscarów w przyszłym roku w kategorii dokumentu. W związku z wymaganiami film nie może być wcześniej pokazywany w telewizji. Takie są plany, ale między nimi a Oscarami jest długa droga i nie myślę, że to jest cel który stoi przed nami i musimy go osiągnąć. Byłoby bardzo fajnie, byłaby to wisienka na torcie, jeśli film byłby nominowany. Jednak to nie sprowadza się do tego, tylko chodzi o to, żeby film zobaczyło jak najwięcej ludzi.

W takim razie kiedy będzie Pan usatysfakcjonowany?
Będę bardzo zadowolony, jeżeli promocja w Stanach Zjednoczonych i Europie będzie na tym poziomie, która jest teraz w Polsce, bo ta przerosła moje oczekiwania. Sam fakt, że film ma dotrzeć do 6 tys. szkół licealnych w kraju, ponieważ patronat nad produkcją objęło Ministerstwo Edukacji Narodowej. To dla mnie jest wyjątkowe osiągnięcie, na które nie liczyłem.

Dlaczego spośród ponad 40 filmów dokumentalnych ten o Janie Karskim jest dla Pana najważniejszy?
Dlatego może, że było to takie duże wyzwanie i zmagałem się z jego zrealizowaniem wśród ludzi, którzy nie wierzyli w niego, a czasem i przeszkadzali. Chciałem udowodnić wszystkim malkontentom, że można z tego tematu i z szalonym pomysłem na animację zrobić dobry film. Że ja mogę zrobić z tego dobry film, który będzie się podobał i zostawi po sobie duży ślad. Pewnie jest to kombinacja tych wszystkich czynników. Dużo emocji było w tym wszystkim.

Pan akurat tego nie wymienił, ale może istotną rolę odgrywa tu Nagroda im. Jana Karskiego dla twórcy dokumentów, którzy wykazali się odwagą moralną, a którą Pan dostał, ale osobiście nie mógł odebrać. Żałuje pan tego?
Ogromnie żałuję. Zrobiłem beznadziejny błąd, nie pamiętam tylko dokładnie okoliczności, z powody których nie odebrałem nagrody osobiście i wysłałem po jej odbiór koproducenta filmu. To było w Waszyngtonie i niedługo przed jego śmiercią w 2000 r., gdy był już na wózku inwalidzkim. Nagroda im. Jana Karskiego, z jego zdjęciem, która od 15 lat stoi na moim biurku to jest być może taka klamra, która spina to wszystko. Ma pan rację, choć do tej pory o tym nie myślałem, ale to pewnie jest część tych emocji i przygód związanych z Karskim. Mam pełną świadomość, że jest on warty tego wysiłku. Jego postać, jego osoba, osiągnięcia, odwaga. Jest to nietuzinkowa postać i warto było poświęcić 7 lat i tyle energii, żeby opowiedzieć jego historię. Mam takie przeczucie, że gdyby on żył i obejrzał ten film, toby mu się podobał. Tak przynajmniej dziś o tym myślę.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 2

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

A
Administrator

To jest wątek dotyczący artykułu "Jan Karski i władcy ludzkości". Sławomir Grünberg: Spodziewam się krytyki. Nie przekłamuję historii

G
Gość

dodać księdza który wydał biednych żydów w ręce gestapo, a pieniądze szybko by się znalazły.

Pieniędzy nie dawali, bo scenariusz był "POlitycznie niepoprawny".

G
Gość

dodać księdza który wydał biednych żydów w ręce gestapo, a pieniądze szybko by się znalazły.

Pieniędzy nie dawali, bo scenariusz był "POlitycznie niepoprawny".

Dodaj ogłoszenie