Jan Jakub Kolski: Nie napisałem autobiografii

Ewelina Nowakowska
Jan Jakub Kolski (ur. w 1956 roku we Wrocławiu) - reżyser, a także scenarzysta, operator i producent. Jest autorem m.in. "Jancia Wodnika" (1993), "Historii kina w Popielawach" (1998), "Pornografii" (2002) i "Jasminum" (2006).
Jan Jakub Kolski (ur. w 1956 roku we Wrocławiu) - reżyser, a także scenarzysta, operator i producent. Jest autorem m.in. "Jancia Wodnika" (1993), "Historii kina w Popielawach" (1998), "Pornografii" (2002) i "Jasminum" (2006). fot. Tomasz Obłt
Świata, który kochałem, już nie ma. Nic mnie już tu nie boli, wszystko minęło - tłumaczy Jan jakub Kolski. Jeżeli dziś jeszcze czegoś szukam, to świętego spokoju. To substancja chyba najdroższa i warta wysiłku.

W ostatnim czasie niełatwo było umówić się z Panem na rozmowę. Unikał Pan dziennikarzy.
Odmowy i nieobecności wynikały z różnych przesłanek. Na jakiś czas odciąłem się od tego świata. Schowałem się. Umknąłem z widoku. Na trzy lata zapadłem się pod ziemię. Wyjrzałem tylko na chwilę przy okazji premiery filmu "Zabić bobra", który został zaprezentowany szerszej publiczności podczas Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Karlowych Warach. Głównie z powodów osobistych mnie nie było. Taki wybór.

Dziś spotykamy się w zupełnie innych okolicznościach. Właśnie do księgarni trafiła Pana najnowsza powieść "Egzamin z oddychania". Dlaczego filmowiec po raz kolejny wziął się za napisanie książki?

Film zdeprecjonował się na skutek nadużywania tego medium. Dziś każdy może sięgnąć po kamerę. To rzecz powszechna. Kreatorzy życia to urządzenie montują w zegarku, zębie, nosie. Można je znaleźć w sypialni, pod spódnicą. Film utracił zdolność wyrażania rzeczy ważnych albo inaczej - jest na granicy tej utraty. Dziś jeżeli obrazem chce się opowiedzieć o miłości, to dostępna jest co najwyżej komedia romantyczna. Jeżeli o przyjaźni, to mamy do czynienia z zapisem np. "Kac Wawa". A jak wyrazić prawdę o rzeczach najważniejszych? Ani obraz, ani dźwięk nie dają rady stanąć naprzeciw tej potrzeby. Słowo jest matecznikiem. To w nim można odkryć na nowo świat. Powołać do życia wszechświat nowych znaczeń. Naprawić wszelkie deficyty. "Prawda kryje się w niedopowiedzeniu i powidoku" - jak o mojej książce napisał Michał Komar.

Film przestał być dla Pana środkiem zdolnym do wyrażania rzeczy najważniejszych?

Film, przybierając znamiona artystyczne, otrzymał zdolność, na którą wcześniej nie zasługiwał. Obraz mógł mówić o rzeczach istotnych, używając przy tym języka ciszy. I ja takiego głosu do pewnego momentu w filmie używałem. Ale film tę zdolność stopniowo marnował. Dziś w kinie wszystko jest dopuszczalne. Wynika to z uproszczeń i potrzeby podobania się.

W "Egzaminie z oddychania" jednym z głównych bohaterów jest Sandow, 56-letni wykładowca i reżyser filmowy. To zabieg przypadkowy?
Sandowa wyposażyłem w wiele z moich cech. Nie tylko jest w tym samym wieku, także budowę ciała ma podobną. Jemu również przydarzają się historie podobne do tych z mojego świata. Ale jest to oczywiście tylko podobieństwo. Nie jestem Sandowem, a Sandow nie jestem mną. Wydarzenia przedstawione w powieści zostały zmetaforyzowane. Są na służbie innej idei niż wystawianie się na widok. One służą do związania z emocji z bohaterem, pójścia za nim. Również sprzyjają próbie zrozumienia tego człowieka i wybaczenia mu. Myślę, że na skutek przebaczeń, których udzielą czytelnicy Sandowowi - uwolnią autora z poczucia winy, jakie w sobie nosi.

Gdzie zatem istnieje granica między światem realnym a fikcyjnym tego utworu?
Czytelnik sam musi zauważyć tę granicę. Nie mogę wyposażyć go w klucz do tego zamku. Wówczas zachowałbym się bardzo arogancko. To tak, jakbym przed seansem jednego z moich filmów zdradził, o czym jest obraz. W "Egzaminie z oddychania" zostały zaszyfrowane pewne wiadomości. Osobom, z mojego najbliższego otoczenia łatwiej będzie znaleźć ten klucz. Tym, którzy w ogóle nie będą chcieli używać tego szyfru, też życzę miłej podróży. Ona jest możliwa.
"Egzamin z oddychania" to bardzo intymna i sugestywna opowieść o związku dojrzałego mężczyzny i młodej kobiety. Nie brakuje w niej mocnych słów i obrazów. Bardzo wyraźnie przedstawia Pan relację tych dwojga. To zamierzone?
A czym tak naprawdę jest miłość? Czy "norma" ustalona dla kodu kulturowego lub obyczajowego dopuszcza różnicę większą niż 20 lub 30 lat? Może to jakoś zapisać w prawie? Może odebrać emerytury i ordery tym, którzy zakochali się tak niepoprawnie? No przecież to są sprawy drugorzędne. Istotne jest to, czy między tym dwojgiem, Sandowem a Muszelką, mieszka prawdziwe uczucie, czy są emocje. Namiętności, jakie targają bohaterami, dają wyraz autentyczności tej relacji.

Pana książkę można odczytywać w różny sposób. Jedna z możliwości pokazuje, że kreując postać mężczyzny, ubiera Pan go w bagaż własnych doświadczeń. W jego historii odbijają się refleksy prawdziwego życia reżysera Kolskiego.
Pyta mnie pani, ile w tej relacji jest z prawdy z mojego życia? W tej sytuacji mógłbym powiedzieć stop, bowiem jest granica, której nie pozwolę przekroczyć. Nie zaopatrzę czytelników w informacje, w jakim stopniu moje życie prywatne jest podobne do życia bohaterów tej powieści. Nie chcę.

Te porównania będą jednak nieuniknione.
Każde spotkanie z moją książką będzie inne, bowiem zawsze po tej drugiej stronie znajdzie się inna wyobraźnia, inny los. To ciężar osobistych doświadczeń wpłynie na percepcję tego utworu. Może będzie tak, jak pani mówi. Czytelnicy będą dopatrywali się przyczyny tej szczerości. Odwaga ostatnio bardzo potaniała. Jest teraz łatwa i nie ma wymiaru. To tchórzostwo zyskało na wadze. Napisanie rzeczy półpornograficznej pod pozorem obyczajowej odwagi byłoby zwykłym tchórzostwem. Za pomocą pięciu palców jednej ręki można teraz bez trudu wyklikać dziesiątki stron pornograficznych, stron, na których naprawdę się zabija, kamienuje i zarzyna. To nie jest kreacja, to zapis życia. W tym świetle już zwykła szczerość jest aktem odwagi. Bo jest osobista, z własnego przeżycia, nie z internetu. Dlatego powściągam się, żeby do tego aktu szczerości dodawać jeszcze kolejny, opowiadając, co jest ze mnie, a co ze zmyślenia. Nie będzie aneksu do szczerości.

Mógł Pan zdecydować się na napisanie autobiografii. Wygodniej było Panu ubrać historię swojego życia w poetycką metaforę?
Wygodniej? Dla wygody można dobre buty kupić, najlepiej o pół rozmiaru za duże. Nosić niezbyt obcisłe koszulki. Słowo "wygoda" w najmniejszym stopniu nie pasuje do porządku, w którym spełnia się twórczość. Ten rodzaj aktywności wynika z zupełnie innej potrzeby. Na pytanie, dlaczego robię filmy, odpowiadałem zawsze najszczerzej, jak umiałem: "Bo nie umiem ich nie robić". Z pisaniem jest podobnie. Ale przyjemność nie ma z tym nic wspólnego. Cierpienie to właściwe dla twórczości środowisko. Słyszę, jak to łzawo brzmi, ale nie umiem skłamać.

A może ten zabieg był dla Pana prostszy? W autobiografii musiałby Pan podpisać się imieniem i nazwiskiem pod przedstawionymi tam przypadłościami.
Jeżeli coś powołuje się do życia za pomocą rachuby, to się na końcu odnajduje rachubę. Szczerość i działanie za namową naprawdę silnej potrzeby, to dwie przyczyny, które mogą doprowadzić do powstania ważnej wypowiedzi. Rachuba do tego nie doprowadzi, to pewne. Nie odczuwałem potrzeby napisania autobiografii. Ten krok byłby arogancki i niezrozumiały.
Jak wyglądał sam tok tworzenia "Egzaminu z oddychania"?
Tę książkę pisałem z przerwami trzy lata. Szczególnie intensywnie przez ostatnie miesiące. Jestem człowiekiem zdyscyplinowanym. Starałem się napisać jedną stronę dziennie.

Był to proces oczyszczenia?
Gdybym nie wypowiedział słów, które znalazły się na kartach "Egzaminu", to pewnie te pozostawione we mnie słowa udusiłyby mnie od środka. Więc w jakimś sensie to była też potrzeba organizmu. To, że się tym teraz dzielę, jest rzeczą drugorzędną. To wtórne. To konsekwencja.

Wertującego książkę czytelnika uderza wiele. Niesmak może wywołać taki opis: "Musiała przejść przez ręce wielu mężczyzn, dojrzeć, aby wreszcie połączyć się z nim". Aż tak traumatyczną drogę należy pokonać, aby poczuć się spełnionym?
Muszelka, bohaterka książki, pokonała taką drogę. To było potrzebne, żeby tej postaci dać wymiar. Tak ją sobie wyobraziłem.

A co jest wyznacznikiem szczęścia?
Szczęścia? Tej tajemnicy jeszcze nie odkryłem. Mogę pani opowiedzieć o cierpieniu. Na szczęściu słabo się znam.

W powieści wielokrotnie powraca Pan myślami do czasów dzieciństwa i młodości. Budując historię, wspomaga się subiektywnymi opisami. Najbardziej wymowny staje się moment, kiedy główny bohater musi przeprowadzić umierającą matkę na drugą stronę. Czy w tej scenie znajdziemy odwołanie do Pana osobistego życia?

O ile w świecie przedstawionym na początku książki, a także w tym ukazanym na końcu, można mówić jako o rzeczywistości bardziej wykreowanej niż prawdziwej, to ta środkowa książczynka zawiera najwięcej odwołań do mojego prywatnego życia. W momencie, kiedy kreśliłem słowa tej części, poważnie myślałem, żeby wyróżnić ją innym kolorem papieru. Na przykład, żeby ten fragment był czerwony jak krew albo zielony jak uspokajające fartuchy personelu szpitala, w którym umierała moja mama. Albo niebieski jak niebo, do którego poprowadziłem moją matkę.

Znaczną cześć swojego dzieciństwa spędził Pan w domu swego dziadka Jakuba Szewczyka, we wsi Popielawy. Ten świat stał się źródłem inspiracji kilku Pana filmów. W "Egzaminie" umiejscowienie akcji i tym razem nie jest przypadkowe?
Łatwiej jest pisać o przestrzeni, którą się zna. Jednak Popielawy przedstawione w książce nie są tym samym miejscem, z którym związane są moje osobiste wspomnienia. To przestrzeń w znacznym stopniu zmitologizowana. Wracając myślami do Popielaw, widzę, gdzie płynie strumień, gdzie stoi drzewo. Jeżeli w znanej mi przestrzeni rozmieszczam bohaterów, to oni stają się prawdziwi, a to, co im się przydarza, wygląda jak rzeczywiste. W istocie przecież o to chodzi, żeby czytelnik, widz uwierzył. Żeby skomunikował to ze swoją wyobraźnią i powołał do życia świat podobny.
W moim odczuciu w Pana powieści widać jest przyzwolenie na pewne postawy. Pan nobilituje w niej pewne relacje. Mam tu na myśli sytuację, w której młoda dziewczyna widzi swojego mentora w osobie starszego mężczyzny. Godzi się tak?
Nie zajmuję się dydaktyką. Nikomu niczego nie wskazuję. Pani ma w sobie swoją własną konstytucję. To pani jest adresatem zadanego przed chwilą pytania i zapewne sobie na nie odpowie. Ja napisałem książkę, nie stając po stronie żadnego z bohaterów. Przedstawiam jedynie spotkanie dwojga ludzi, którzy obarczeni różnym bagażem doświadczeń, poszukują miłości i ocalenia.
Nie wydaje się Panu, że ta głęboka autentycznością wyrażania przeżyć i tak chęć zrozumienia sprzecznych i skomplikowanych uczuć drugiego człowieka spowoduje, że ta szczerość jednak zaboli bardziej? Nie odczuwa Pan wewnętrznego dyskomfortu, wiedząc, że tę lekturę przeczytają Pana studenci, znajomi, że ta książka zmieni ich dotychczasowe wyobrażenie o Panu?
Ale dlaczego publikacja tej książki miałaby wpłynąć na zmianę wyobrażenia o mnie ludzi z mojego środowiska? Nie czuję takiej presji. Wykreowałem określony świat literacki. Poprowadziłem fikcyjną narrację, miejscami przeplatającą się z rzeczywistymi elementami z mojego życia. Jestem autorem. Autorem, nie bohaterem.

Zrealizowane w 2000 roku "Daleko od okna", następnie nakręcona w 2002 roku "Pornografia" stanowią ten moment, kiedy w twórczości Jana Jakuba Kolskiego pojawia się wątek rozliczenia z przeszłością w ujęciu zbiorowego poczucia winy wobec śmierci Żydów. Pan chce nas z tego usprawiedliwić.
Chcę rozmawiać ze światem za pomocą dostępnego medium, którym umiem się posługiwać. Artysta ma za zadanie patrzeć i zadawać dociekliwe pytania. Również ryzykować i wystawiać skórę na bicie oraz zauważać coś, czego nie widzą inni. I przede wszystkim formułować pytania. Nigdy nie będę kogokolwiek i z czegokolwiek rozliczać. Rozliczać, to znaczy osądzać. W moich filmach stawiam pytania. Nie uważam, że istnieje zbiorowe poczucie winy. Zawsze jest pojedynczy człowiek, jego osobisty los, inny od historii drugiego człowieka.

W audycji "Z najwyższej półki" przyznał Pan, że: "Jeśli ktoś ma jedną kroplę krwi żydowskiej, to ma całą krew żydowską w sobie. Ta kropla woła o sobie. Czasem krzyczy". Pana babcia była Żydówką. W "Egzaminie z oddychania" także pojawia się wspomnienie wojny. Te nawiązania będą widoczne w następnych Pana dziełach artystycznych?
Nie umiem tego przewidzieć. Wyprzedzanie i projektowanie tego, jaka będzie moja przyszłość artystyczna, jest interesowne. Zobaczymy, o co zawoła mój organizm. Obserwuję tę rzeczywistość. Przede wszystkim słucham siebie i z tej konfrontacji wychodzi to, co mnie interesuje.

Co najbardziej boli w tym świecie Jana Jakuba Kolskiego? Jest coś, czegoś Pan żałuje?
Zasadniczo nic, bowiem tego świata już nie ma. Nic mnie tu już nie boli, bo wszystko jest zewnętrzne i przeszłe. Egzystujemy w rzeczywistości, której - w istocie - nie ma. Bierzemy udział w pościgu za nowocześniejszymi narzędziami, które coraz bardziej oddalają nas od siebie. Takiego świata, którym jestem zainteresowany, już nie ma. On się skończył. Dziś szukam świętego spokoju. To substancja najdroższa i warta wysiłku.

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

g
gość
Tak jego kochanka.....
O
OKOK
Ola Fiedeń to jego kochanka? Wszystko się zgadza jak na razie
Dodaj ogłoszenie