reklama

Jan Brzechwa. Życie bajkopisarza to historia dla dorosłych

Witold GłowackiZaktualizowano 
Jan Brzechwa to także dzisiaj jeden z najpopularniejszych autorów dziecięcych
Jan Brzechwa to także dzisiaj jeden z najpopularniejszych autorów dziecięcych Władysław Miernicki - Narodowe Archiwum Cyfrowe/domena publiczna
Za dziećmi nie przepadał - za to uwielbiał kobiety. Wysławiał i Piłsudskiego, i Stalina. Był też jednym z najlepszych polskich prawników. Jan Brzechwa.

Choć dziś wszyscy znamy go jako Jana Brzechwę, tak naprawdę prowadził dwa częściowo równoległe życia. W tym pierwszym - do końca II wojny światowej zdecydowanie ważniejszym - był Janem Lesmanem, wziętym adwokatem, ekspertem od prawa autorskiego. W tym drugim - Janem Brzechwą, poetą i satyrykiem, a dopiero od 1938 roku również autorem utworów dla dzieci.

Jan Lesman urodził się w rodzinie inżyniera kolejowego Aleksandra Lesmana i nauczycielki francuskiego, Michaliny Lewickiej. Jego kuzynem ze strony ojca był starszy o pokolenie, wybitny poeta Bolesław Leśmian. Z kolei dziadkiem - Bernard Lesman, warszawski wydawca i księgarz. Rodzina miała pochodzenie żydowskie, ale od kilku pokoleń była całkowicie spolszczona. Lesmanów nie sposób było spotkać w synagogach (ojciec Lesmana był ewangelikiem), obracali się głównie w towarzystwie Polaków i innych zasymilowanych Żydów. - Sami artyści i ani jednego lichwiarza, od którego by można pożyczyć trochę pieniędzy! - żartował sobie ze swych rodzinnych tradycji Bolesław Leśmian.

Przez cały okres dwudziestolecia międzywojennego nie przeszkadzało to endeckim krytykom wytykać mu żydowskiego pochodzenia i nieustannie bombardować go antysemickimi frazami. Z kolei podczas okupacji Lesmanowi codziennie groziło z tego powodu śmiertelne niebezpieczeństwo.

Ta najbardziej oklepana fraza o Lesmanie - Brzechwie brzmi mniej więcej tak „poeta, który bardzo chciał pisać dla dorosłych, zaczął pisać dla dzieci tylko po to, by uwieść przedszkolankę”. Ale to tylko zdarta płyta. Młody Lesman wcale nie był stuprocentowo pewien, czy aby na pewno chce pójść w ślady swego sławnego kuzyna. Owszem pierwsze poezje publikował już w wieku 17 lat - zresztą dzięki pomocy Leśmiana, ale zdążył mieć co najmniej kilka innych pomysłów na siebie. Jeszcze jako nastolatek - znów za namową Leśmiana - przyjął literacki pseudonim Brzechwa - od tej opierzonej części strzały.

Brzechwa powtarzał, że okupacji prawie nie zauważył. Dlaczego? Bo był do szaleństwa zakochany w pięknej mężatce

Ale też dzieciństwo i wczesna młodość Lesmana Brzechwy to niekończące się pasmo przeprowadzek i zmian środowiskowych. Rodzina Lesmanów podróżowała za pracą ojca - a wiodło im się bardzo różnie, były i okresy względnego dobrobytu i klepania biedy. Mieszkali m.in. w Kijowie, Wielkich Łukach, Warszawie, Ługańsku i Kazaniu. Młody Jan gimnazjum zaczynał więc w Warszawie, ale kończył w Petersburgu. Tam też zdawał maturę.

W Kazaniu zaczął studiować medycynę, by po roku przerzucić się na polonistykę. Ale i to go średnio interesowało. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości przeprowadził się do Warszawy. Tam wstąpił na wydział prawa Uniwersytetu Warszawskiego - tej dyscypliny już nie porzucił. Studia i tak musiał początkowo zawiesić. Wstąpił do pułku Legii Akademickiej i walczył w wojnie z bolszewikami.

ZOBACZ TEŻ | Dlaczego warto czytać dzieciom?

Źródło:
TVN

Równolegle i ze służbą w wojsku i ze studiami prawniczymi bez najmniejszych problemów wsiąkł w warszawski światek artystyczny. Pisywał teksty piosenek i teksty kabareciarskie, całkiem nieźle na tym zarabiając i odnosząc niemałe sukcesy. Znano go wtedy pod pseudonimem Szer-Szeń, bo taki przyjął na użytek tej rozrywkowej części swojej twórczości. Część utworów napisał w koszarach, w tym np. pierwszą piosenkę, którą zaśpiewała sama Hanna Ordonówna. Część już po wojnie polsko-bolszewickiej.

Był wysoki i przystojny. Nosił się z klasyczną, formalną elegancją, co wyróżniało go wśród warszawskich artystów. Kobiety za nim szalały. Młodziutka Stefania Grodzieńska natychmiast, gdy go zobaczyła, ogłosiła, że „musi się w nim zakochać”. Do podobnych reakcji szybko się przyzwyczaił. Korzystał z nich, gdy tylko trafiały się okazje. A trafiały się.
Mieszkał wtedy przy pracowni Celiny Sunderland na Marszałkowskiej. Piętro niżej miała mieszkanie Teodora Lebenthal - lekarka i wielka miłość Bolesława Leśmiana. To właśnie jej zawdzięczamy „W malinowym chruśniaku” i wiele innych najlepszych erotyków poety. Lesman regularnie widywał się więc ze swym kuzynem i jego kochanką, był traktowany przez nich jak członek rodziny i przyjaciel domu w jednym. Nie jest do końca jasne, czy sam romansował z Teodorą Lebenthal, niemało jednak na to wskazuje. W każdym razie spędził całe lata u boku swego mistrza i jego ukochanej.

Niemniej jego własne życie erotyczno-uczuciowe było naprawdę imponująco bogate. Jako dwudziestokilkulatek miał niezliczone przelotne romanse i kilka poważniejszych. Pierwszą żoną świeżo upieczonego prawnika Jana Lesmana została w 1926 roku Maria Sunderland, krewna (wnuczka siostry ojca) i jego, i Leśmiana, i oczywiście Celiny Sunderland. Małżeństwo z Marią Sunderland nie przetrwało jednak długo, jeszcze w jego trakcie Lesman wdał się w romans z Karoliną Lentową, co skończyło się rozwodem z Marią i drugim ślubem - z Karoliną Lewicką.

Lesman musiał wtedy pożegnać się ze swoim dotychczasowym światem. Został dosłownie wyklęty przez swego kuzyna i mistrza. Bolesław Leśmian w ramach retorsji za rozwód z „naszą piękną kuzynką” przez lata nie utrzymywał z nim stosunków. Również była żona zerwała z nim wszelkie kontakty, swą córkę z pierwszego małżeństwa zobaczył dopiero, gdy miała 9 lat - na pogrzebie Bolesława Leśmiana.

Powodzi mu się jednak świetnie. Pod koniec lat 20. jako Szer-Szeń Lesman osiąga niezłe dochody z twórczości kabaretowej. Ma fiata 520, z kolei zamożny drugi teść podarował młodej parze wspaniałe, duże i luksusowo urządzone mieszkanie przy Wspólnej, które goście z artystycznego - i biedującego - kręgu oglądają z wytrzeszczonymi oczami.

Ale to nie bogatemu teściowi Lesman vel Brzechwa zawdzięczał życiowy dobrobyt. Trzeba przyznać potrafił myśleć, jak na poetę, wręcz wyjątkowo praktycznie. Po powrocie z wojny z bolszewikami, już nie przerwał studiów prawniczych, następnie rozpoczął regularną praktykę adwokacką. Pod koniec lat 20 był już jednym z najlepszych polskich specjalistów od prawa autorskiego i zarazem jego pionierem. Jako jeden ze współzałożycieli ZAiKS-u (Związku Artystów i Kompozytorów Scenicznych) zajmował się obsługą prawną tej organizacji twórców. Jednocześnie prowadził regularny lobbing na rzecz wprowadzania w Polsce nowoczesnego, chroniącego interesy artystów, prawa autorskiego.

Lobbystą okazał się bardzo skutecznym. Prawnikiem jeszcze lepszym, jego praktyka to pasmo spektakularnych sukcesów. To Lesman wygrał ważny proces dotyczący praw autorskich filmu dźwiękowego - co było precedensem na skalę europejską. Wygrał również słynną sprawę edycji wierszy Cypriana Kamila Norwida przez Tadeusza Piniego. Reprezentował w niej powoda, czyli Zenona Miriama-Przesmyckiego, młodopolskiego poetę i krytyka literackiego, który niejako odkrył twórczość Norwida i był wieloletnim wydawcą jego dzieł. Proces zakończył się przed Sądem Najwyższym, który uznał argumenty Lesmana i tym samym przyznał rację Miriamowi-Przesmyckiemu. Bronił także -redaktorek pisma dla dzieci „Płomyk” przed oskarżeniami ze strony „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” o przemycanie w dziecięcych czytankach komunistycznej propagandy. Zważywszy na to, że owymi redaktorkami były Janina Broniewska i Wanda Wasilewska, było to zadanie cokolwiek karkołomne, ale Lesman podjął się tej sprawy. Tym razem przegrał - co zresztą zakończyło się konfiskatą nakładu „Płomyka”.

Przez cały okres międzywojnia Lesman był przede wszystkim adwokatem, dopiero w drugiej kolejności poetą. Nie publikował często - i z początku nie był ulubieńcem krytyki. Wydany przez niego w 1926 roku tom „Oblicza zmyślone” został uznany przez krytyków za marne naśladownictwo stylu Bolesława Leśmiana. Ten sam ton przeważał w recenzjach następnego tomu poezji Brzechwy - „Talizmany”, który okrzyknięto epigońsko-młodopolskim.
Ale dalej było już lepiej. Wydany w 1935 roku „Piołun i obłok” został naprawdę nieźle przyjęty. W kolejnym tomie - „Imię Wielkości” - Brzechwa w kilku wierszach wynosił pod niebiosa Piłsudskiego. Choć tom ukazał się już po śmierci Marszałka, Brzechwa zdążył mu wcześniej posłać kilka takich utworów. W dowód uznania Piłsudski wysłał do niego adiutantów z jego własną książką z odręczną dedykacją.

Ale koledzy po piórze nie traktowali Brzechwy równie serio. Jeśli już, to imponowały im sukcesy Brzechwy - Szer-Szenia - w twórczości rozrywkowej. Jego „poważne” utwory, znacznie mniej. Sam Brzechwa dobrze sobie z tego zdawał sprawę. - Wiem, że w środowisku naszych kolegów jestem uważany za coś pośredniego między półinteligentem a producentem galanterii dziecięcej” - pisał po latach w liście do Brandysa.

Pierwsze utwory dla dzieci Brzechwa wydał dopiero ponad 20 lat po swoim debiucie. Ponoć to prawda, że pisząc je, chciał zaimponować pewnej pięknej przedszkolance poznanej na wakacjach - przynajmniej tak właśnie uparcie twierdził sam Brzechwa. Faktem jest jednak, że za towarzystwem dzieci szczególnie nie przepadał, o czym świadczy i jego własna rodzinna historia i opowieści przyjaciół.

Tomik „Tańcowała igła z nitką” ukazuje się w 1938 roku. „Kaczka Dziwaczka” w 1939. W momencie wybuchu II wojny światowej jest już więc Brzechwa świeżo opierzonym bajkopisarzem.

Wojna bardzo go zmieniła. Sam wprawdzie mawiał, że okupacja mało go obchodziła i prawie jej nie zauważył. Dlaczego? Bo od początku 1940 roku był obsesyjnie zakochany w zjawiskowo pięknej Janinie Serockiej - żonie pewnego fryzjera zajmującego się licznymi szemranymi interesami w warszawskim półświatku. Ta szalona wojenna miłość Brzechwy stała się legendą.

Pierwsze utwory dla dzieci Brzechwa wydał dopiero ponad 20 lat po swoim debiucie. Twierdził, że po to, by uwieść przedszkolankę

Przez cały okres okupacji wydawało się, że Brzechwa nie ma u Serockiej wielkich szans. Niemal na pewno doszło między nimi do jakiegoś romansu, który z punktu widzenia kobiety miał mieć raczej przelotny charakter. Tymczasem poeta traktował ten afekt śmiertelnie poważnie. „W dniu upadku Paryża zażył truciznę, ponieważ ukochana kobieta oznajmiła mu, że kocha innego” - zanotował Kazimierz Brandys. Kiedy upadał Stalingrad, Brzechwa po raz kolejny oświadczał się żonie fryzjera. Tym razem po usłyszeniu odmowy po prostu zemdlał. Pisał do ukochanej listy długie na 40 stron, przechadzał się po ulicach Warszawy w miejscach, w których miał szansę ją spotkać, słowem zachowywał się w sposób, który dziś moglibyśmy zakwalifikować jako działanie na pograniczu stalkingu. Brzechwa przeżył kilka załamań nerwowych z powodu swej miłosnej obsesji. I całkiem dosłownie chudł z miłości. Wiązało się z tym ogromne niebezpieczeństwo - im bardziej szczuplał, tym bardziej uwydatniał się tak zwany „niearyjski wygląd”.

Początkowo Brzechwa ukrywał się w majątku przyjaciół pod Krakowem, następnie w podwarszawskiej Opaczy. Ale po jakimś czasie wrócił do Warszawy. Nigdy nie trafił do getta. Mieszkał w „aryjskiej części” Warszawy wiodąc dość spokojne jak na wojenne czasy życie. Znalazł oficjalnie uznawaną, „legalizacyjną” pracę na torze wyścigowym na Służewcu - na stanowisku ogrodniku. Raczej nie potrzebował jej z powodów finansowych. Ale odpowiedni wpis w kennkarcie zapewniał mu względne bezpieczeństwo. Jako autor głównie dziecięcy nie trafił na listy proskrypcyjne polskiej inteligencji, Niemcy najwyraźniej nie uważali go za poważnego kandydata do rozstrzelania w Palmirach. Kwestia jego pochodzenia jakoś im natomiast umknęła. Z kolei przyjaciele poety żartowali, że zgromadzone z dochodów z adwokatury oszczędności pozwoliłyby mu na przeżycie w ten sposób trzech albo i czterech wojen.
Pozwalały mu w każdym razie na takie zbytki jak regularne odwiedziny w drogich, niespecjalnie dostępnych dla szarego śmiertelnika w warunkach okupacji cukierniach. Po jednej z takich wizyt, gdy wychodził z cukierni z misternie zapakowanym torcikiem mocca, zatrzymali go dwaj szmalcownicy. Zaprowadzili go na Gestapo - oczywiście jako domniemanego Żyda.

Gdy tylko padło kluczowe pytanie, Brzechwa melancholijnie odpowiedział, że nie ma nic przeciwko temu, żeby zostać rozstrzelanym. - Dlaczego? - zdumieli się gestapowcy. - Bo kobieta, którą kocham do szaleństwa, mnie odrzuciła. Straciłem sens życia - tak mniej więcej brzmiała odpowiedź. Po usłyszeniu tej deklaracji Niemcy natychmiast wypuścili Brzechwę, głośno rechocząc. Ledwo ich śmiechy ucichły, dziwny elegancki pan znów stanął w drzwiach Gestapo. Dlaczego? Bo zapomniał swojego torcika mocca. Niemcy - teraz już całkiem pewni, że mają do czynienia z wariatem - wręczyli mu torcik i grzecznie odprowadzili do drzwi.

Co robił podczas wojny Brzechwa, jeśli akurat nie uganiał się za Serocką? Uciekał w świat wyobraźni. To w trakcie okupacji napisał „Akademię pana Kleksa”, którą przecież można czytać jako rodzaj utopii osadzonej w bardzo konsekwentnie zbudowanej alternatywnej rzeczywistości. To wtedy też zaprzyjaźnił się z Marcinem Szancerem, wybitnym rysownikiem, który stworzył słynne ilustracje do jego utworów, nadając realny kształt na przykład Panu Kleksowi. Pierwowzorem tej postaci miał być słynny wśród warszawskiej bohemy Franz Fiszer - Szancer na potrzeby książki Brzechwy znacznie go jednak odchudził.

Serocka zaś ostatecznie zmiękła. Ale dopiero po wojnie. W 1947 roku stanęła z Brzechwą u ołtarza. Brzechwa zdobył kobietę swego życia, ale jej nie zagwarantowało to jego wierności.

- Towarzystwo kobiet nigdy go nie męczy - pisał w latach 50. w oficjalnym raporcie z inwigilacji prawie 60-letniego już pisarza funkcjonariusz Urzędu Bezpieczeństwa. Ta obserwacja ubeka była całkiem celna. W trakcie swojego trzeciego małżeńska - które, o dziwo, przetrwało jednak aż do śmierci poety - Brzechwa miał wdać się w co najmniej kilka poważniejszych i kilkanaście przelotnych romansów.

Powojenne życie Brzechwy płynie pod znakiem jawnego koniunkturalizmu. Poeta bez problemu flirtuje z nową władzą. Już w 1945 roku zawiera sojusz z Jerzym Borejszą, komunistycznym nadwydawcą, szefem „Czytelnika” trzęsącym całą branżą pisarską. Przez prawie 3 lata jest prawnikiem „Czytelnika”. Potem zostaje m.in. szefem ZAiKS-u co daje mu potężną pozycję w świecie polskich literatów. Jednocześnie wydaje kolejne książki dla dzieci. W 1954 roku pisze, że władza ludowa wydała mu już łącznie 2,5 miliona egzemplarzy. I dość szczerze wyznaje, że za to właśnie szczególnie ją ceni.

Na twórczości dla dzieci jednak Brzechwa nie poprzestaje. W latach 40 i 50 regularnie wysławia nowe porządki. „Trzeba zwycięstwu drogę torować,/ Marsz rozpoczęty, Partio, prowadź!”- to fraza z „Czerwonego Marszu”. Było tego sporo więcej, w tym nawet wiersz wychwalający wymianę pieniędzy z 1950 roku, przez Polaków i historyków zgodnie uważaną za bandycką. Była też dyskusja z poetami emigracyjnymi - w której Brzechwa twardo opowiedział się za pozostaniem w kraju, w stylu momentami potwornym, na przykład drwiąco przestrzegając Mariana Hemara przed odwiedzinami w Kielcach… trzy tygodnie po pogromie kieleckim. „Zamienił Piłsudskiego na Stalina” - drwi z kolei z Brzechwy Mieczysław Grydzewski. Owszem, Stalina Brzechwa również wynosił pod niebiosa, choć tylko w dwóch wierszach.

Po 1956 roku i odwilży Brzechwa robi dwa kroki w tył. Unika salonów władzy, przestaje pisać politgramoty. Do śmierci mieszka z żoną przy Opoczyńskiej na Mokotowie. Chętnie oddają się odwiecznej brydżowej pasji Brzechwy, partyjki w gronie przyjaciół ciągną się do białego rana. Ale Brzechwa coraz ciężej choruje na serce. Z pewnością nie pomagają mu w tym niemal niedostępne (a jeśli już, to piekielnie drogie) gauleoises, które pali całymi paczkami. Umiera w 1966 roku w wieku 68 lat. Jego grób znajduje się na Powązkach Wojskowych, w Alei Zasłużonych.

POLECAMY:

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 2

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

W
Warszawiak

Dzieciństwo spędziłem z tomem wierszy dla dzieci, napis Brzechwa na płóciennej okładce niebawem pomazanej atramentem stał się dla mnie synonimem słowa "wiersze". bez tego tomu chyba byłbym innym człowiekiem, i pewnie nie nauczyłbym się czytać w wieku 3-4 lat.

b
bluss

Wielkiemu pisarzowi wybacza się drobne potknięcia bo jest Wielki !!!!!!!!!!!!!!!!

Dodaj ogłoszenie