reklama

Jakubik: O Wołyniu trzeba dyskutować, tak jak o Katyniu. Zamiatanie tematu pod dywan to błąd

Kuba DobroszekZaktualizowano 
Arkadiusz Jakubik, ulubiony aktor reżysera Wojciecha Smarzowskiego, reżyser i scenarzysta teatralny, a także piosenkarz oraz wokalista rockandrollowej grupy muzycznej Dr Misio
Arkadiusz Jakubik, ulubiony aktor reżysera Wojciecha Smarzowskiego, reżyser i scenarzysta teatralny, a także piosenkarz oraz wokalista rockandrollowej grupy muzycznej Dr Misio Bartek Syta/Polskapresse
- Dobrego momentu na film o Wołyniu nigdy nie było i nie będzie. Ale teraz próba zamiatania pod dywan byłaby dużym błędem - mówi aktor Arkadiusz Jakubik.

Saturn zimnem Ziemię smaga, lód się w moje serce wkrada, w oku chętnie się sadowi i marzenia moje chłodzi...
To jakaś piosenka, tak?

"Szał niebieskich ciał" Maanamu. Kojarzysz, musisz kojarzyć.
(uśmiech) To był najdłuższy wolny kawałek, jaki funkcjonował na początku lat 80. ubiegłego wieku. Tańczyłem do niego przytulańca z niejedną dziewczyną.

Pamiętasz pierwszy taniec?
Nie. I nie pamiętam większości sytuacji z młodości. W ogóle mam problem z normalną pamięcią. Nie pamiętam nic, żadnych obrazów, żadnej dziewczyny, kobiety, kolegów z klasy, niestety... (śmiech)

To co pamiętasz?
Mam inny rodzaj pamięci. Może to dziwne, ale zapamiętuję emocje. Ostatnio oglądałem dokument o Andrieju Tarkowskim - ucieszyłem się, bo miał tak samo.

Jak więc zapamiętałeś wspomnianą piosenkę Maanamu?
"Szał niebieskich ciał" to były pierwsze próby jakiejś inicjacji: chłopak próbuje dotknąć dziewczynę, tańczyć blisko niej, przytulić, ale strasznie się boi, wstydzi. Wewnątrz wszystko drży, w głowie galopują fantazje.

No i jaki był ten chłopak tańczący do "Szału niebieskich ciał?"
Bardzo nieśmiały. To były lata szkoły podstawowej, ciągnęło do dziewczyn.

Dobrze tańczyłeś?
O tak!

W Dr. Misiu drzemie gdzieś ironiczny humor zgorzkniałych dziadów, którzy dawno mają za sobą pewien etap naiwności

Tobie się tak wydaje czy dziewczyny ci to mówiły?
Mówiły, mówiły! Do dzisiaj, jeśli wyjdę na parkiet, potrafię zrobić z partnerką parę zręcznych obrotów czy innych ewolucji.

Czy ten młody, nieśmiały chłopak słyszał od dziewczyn: lubię cię misiu, ale wybacz nie mam czasu? To fragment piosenki "Klub trup".
No, nie miałem powodzenia u dziewczyn. Byłem niepewny siebie, bo nie wiedziałem tego, co wiem dzisiaj. (śmiech)

Czyli?
Że trzeba działać! Podchodzić i umawiać się do kina. Albo na spacer po parku. A nie maślanymi oczami przez dwa lata wpatrywać się na szkolnych korytarzach w jedną dziewczynę. Nie pamiętam jej imienia. Wiem, że chodziła do innej klasy, chyba była blondynką.

Pytam o to wszystko, bo ciekaw jestem, czy zauważasz na koncertach Dr. Misia tych samych młodych ludzi, którzy tańczą do twoich piosenek, tak jak ty tańczyłeś kiedyś do Maanamu?
Zauważam, niestety.
Niestety?
Niestety, bo szkoda, że ten czas tak zapyla. Dosłownie wczoraj rozmawiałem przez telefon z pewnym dziennikarzem, który opisał mi potem w esemesie całą sytuację, jak jego nastoletni syn zobaczył notatki z naszej rozmowy i mówi: "O Misio!", a jego młodszy brat, słysząc to, ironicznie pyta: "Ten, co nie pamięta żadnych kolegów z klasy, niestety?".

Co was łączy?
Nie mam pojęcia, naprawdę. Nasza muzyka nie jest robiona dla młodych czy starych. Nagle się okazało, że nasze numery, a tworzymy muzykę dla siebie i naszych przyjaciół, podobają się ludziom. Że ten przekaz działa. Że mamy podobny rodzaj wrażliwości, te same emocje w środku. Kwintesencją tego był Przystanek Woodstock, gdzie na nasz koncert przyszły tysiące młodych ludzi.

A ile w Dr. Misiu zostało młodego, nieśmiałego Arka Jakubika?
Hm... Odpowiem tak: mam wrażenie, że nasza druga płyta zdecydowanie różni się od pierwszej. (uśmiech)

Oj różni. Śpiewasz na niej: "Wojna się przyczaiła, udaje, że śpi". Albo: "Nie wierzę wcale w Boga, a Bóg nie wierzy we mnie". Chcąc nie chcąc aspirujesz do miana przewodnika dla fanów Dr Misio.
Pamiętam, jak kiedyś poszedłem z demo pierwszej płyty "Młodzi" do jednej z najbardziej znanych alternatywnych wytwórni w tym kraju. Właściciel posłuchał i stwierdził: "Wiesz co, słuchałem tego z moją dziewczyną, ale te teksty są jakieś takie smutne. Nie moglibyście napisać czegoś wesołego"?.

Co odpowiedziałeś?
"Stary, to są zajebiste teksty!" Właściciel wydawnictwa kazał mi się zastanowić, dla kogo robię muzykę - dla siebie, bo chcę zaszpanować przed kumplami, że Jakubik będzie teraz rockandrollowcem czy dla ludzi? Przez chwilę nawet pomyślałem, że może ma rację.

Ale w domu, przy szklance whisky dotarło do mnie, że "fuck off". Nie ma innej drogi niż robienie muzyki dla siebie. Po prostu nie ma.

Wróciłeś później do tego właściciela i mu to wygarnąłeś?
Nie. Po co miałbym to robić?

Wszystko fajnie, ale w ogóle nie odniosłeś się do tego przewodnika.
Mam 46 lat i mentalność komuny gdzieś z tyłu głowy. Ciężko pracuję nad tym, żeby się jej pozbyć. Zauważ, że wszystkie osoby, które mają największy wpływ na Dr. Misio, to ludzie grubo po czterdziestce. Dla nas muzyka musi nieść za sobą zdecydowanie coś więcej. A dla mnie wyrazisty przekaz jest najważniejszy. W tym sensie jestem przewodnikiem.

Muzyka zaangażowana, z przekazem, komentująca rzeczywistość. Fajnie, fajnie brzmi. Ale może to po prostu pieprzenie głupot, może ludzie tego nie potrzebują? Może wolą uważać, żeby, cytując klasyka, szczęściem nie bać się nakruszyć?
Nie mam nic do muzyki popularnej. Niech sobie funkcjonuje, ale z dala ode mnie. To nie moja bajka.

To czego potrzebujesz?
Jako normalny słuchacz potrzebuję, żeby traktowano mnie poważnie, jak partnera, kogoś, kto myśli, próbuje się czegoś dowiedzieć i chce, aby postawiono mu kilka istotnych pytań.
Zresztą w Dr. Misiu drzemie gdzieś ironiczny humor zgorzkniałych dziadów, którzy dawno mają za sobą pewien etap naiwności.
Pamiętasz moment, w którym się jej wyzbyłeś?

Życiowo czy muzycznie?

A to nie jest ze sobą powiązane?
Pewnie tak... To jest dosyć skomplikowane. Może trochę sobie zaprzeczę, ale tak to w mojej głowie funkcjonuje. Białe goni czarne, a czarne - białe. Przeciwieństwa i sprzeczności na każdym kroku.

Niby jestem już rozdziewiczony, niby nie jestem już naiwny, ale młodego chłopca noszącego krótkie spodenki wciąż mam w sobie. To pewien rodzaj wrażliwości w obserwowaniu tego, co się dzieje dookoła. Boję się momentu, w którym będę znał odpowiedź na każde pytanie i zacznę udzielać rad, jak żyć.

Niby jestem już rozdziewiczony... To piękny bon mot, wiesz?
Każdy z członków Dr. Misia ma zapisaną bardzo bogatą kartę wszelkich doświadczeń. Tajemnica tego zespołu tkwi w tym, że spotkało się pięciu facetów z najróżniejszych mentalnie planet. Efektem jest płyta "Pogo" - rockowa suita trwająca 46 minut.

Aktorskie doświadczenie pomaga ci na muzycznej drodze życia? Pytam w kontekście rodzimej kinematografii - czy ona wciąż jest tak samo zaangażowana, jak była jeszcze jakiś czas temu?
Konotacje są dosyć bliskie. Nurty: komercyjny i ambitny, zarówno w muzyce, jak i w filmie mają się znakomicie.

Jakiś czas temu sprawdzałem box office polskich produkcji filmowych. I wiesz co wygrywa? Żadne głupawe komedie romantyczne z gwiazdami kolorowych czasopism i kolejnych seriali, tylko ambitne projekty z "Jesteś bogiem", "W ciemności" i "Drogówką" na czele. Okazało się, że dobre kino może być jednocześnie kinem masowym.

A więc jednak wciąż są odważni i bezkompromisowi twórcy. A ludzie to doceniają.
Bardzo w to wierzę.

Skoro są, to dlaczego tak długo musieliśmy czekać na film o rzezi wołyńskiej?
Wojtek Smarzowski ma bardzo mocno wypełniony kalendarz. Zarobiony jest. Przecież rok po roku oglądamy jego nowe filmy.

Wiesz, że nie pytam o kalendarz.
Nie ma tu żadnej rewelacji. Scenariusz się pisał, długi okres prac przygotowawczych, trzeba było zebrać budżet na ten film...

O rzezi wołyńskiej powinno się dyskutować tak samo, jak dyskutuje się o Katyniu czy powstaniu warszawskim

Bano się przeznaczyć na niego pieniądze?
Budżet wynosi 15 milionów złotych. Za taką kasę można nakręcić cztery inne filmy.

Ale czy bano się? Nie. Myślę, że wszyscy mają świadomość, że powstaje ważna produkcja, na którą czekamy.

Czekamy? Kto czeka?
Pan, pani, społeczeństwo... (śmiech) Wszyscy czekają i tyle.

W takim razie co tym "wszystkim" zaśpiewałby o rzezi wołyńskiej Dr Misio? Czego dotyczy ta tragedia?
Jak się okazało, Dr Misio nagrał taką piosenkę na nowej płycie. To niebywałe, że wszystko wraca do mnie w dziwny, niezrozumiały sposób. Mamy utwór zatytułowany "Wrzesień". Niedawno skończyłem jesienną część zdjęć do "Wołynia". Przez cały ten czas miałem przed oczami słowa naszej piosenki.
Zaśpiewasz?
Wpadnij na koncert to ci zaśpiewam. A tekst leci tak: "Jedni najeźdźcy przeszli zbyt pospiesznie / mignęły ich chorągwie / zadudniły ich czołgi na po mostach / drudzy najeźdźcy zabawili dłużej / zabrali całe piętro / wychodząc, nasrali / w każdy nasz talerz i każdą doniczkę".

Mhm.
Marcin Świetlicki napisał ten tekst wiele lat temu. Dla mnie teraz to jest historia o tym, jak na Wołyń najpierw przyszli Rosjanie, potem Niemcy, a na końcu spuentowali to Ukraińcy.

Co w takim razie łączy bohatera piosenek Dr. Misia z bohaterem, którego grasz u Smarzowskiego?
Oddzielam te dwa światy.

Bo?
Trzeba tak robić, żeby nie zwariować. Nie łączy ich nic.

To wszystko chyba nie jest aż tak bardzo zero-jedynkowe, czarno-białe. Ukraińcy już teraz mówią, że w momencie ich konfliktu z Rosją polski film o Wołyniu jest ostatnią rzeczą, jakiej potrzebują. Z drugiej strony, znajoma, która pochodzi ze wschodnich rejonów Polski, opowiadała mi, że jeszcze do lat 90. określenie "ty banderowcu" było tam najgorszą obelgą.
Polityką i historią niech się zajmują politycy i historycy. W filmie "Wołyń" Wojtka Smarzowskiego jestem aktorem wynajętym do roli Macieja Skiby.

No nie... Ta historia dotyczy cię przecież bezpośrednio! Twoja rodzina wywodzi się z Kresów wschodnich.
Moja rodzina od strony ojca pochodzi z tamtych terenów i w roku 1945 mój dziadek Franciszek razem z babcią Anielą uciekali z Lwowa, przerażeni tym, co tam się działo. Bez grosza przy duszy, na boso, głodni. Wsiedli do pociągu repatriantów i wylądowali w Krośnie.

W domu, gdy byłeś dzieckiem, opowiadano ci tę historię?
Tak, znałem ją. Fakty dotyczące rzezi wołyńskiej były dla mnie oczywiste.

Dziwnym trafem niedawno pierwszy raz do Warszawy przyjechała ciotka Marysia, córka rodziny Przewłockich, którzy pomogli wtedy moim dziadkom. Trochę powspominaliśmy...

Rozumiem, że Przewłoccy nie znali wcześniej twoich dziadków?
Nie. Przygarnęli ich, odziali, nakarmili, dali schronienie. Zrobili to zupełnie bezinteresownie. A moi dziadkowie wsiedli potem do następnego pociągu i pojechali na Ziemie Odzyskane.

Gdzie wylądowali?
W Gliwicach. Sam więc rozumiesz, że mam do tamtych wydarzeń prywatny, emocjonalny stosunek.

To, że czekasz na ten film, nie oznacza jednocześnie, że czekasz na pewną próbę rozliczenia się z przeszłością?
Najczęstszym zarzutem wobec "Wołynia" jest opinia, że to nieodpowiedni moment na poruszanie tego tematu. Powtórzę za reżyserem, jako aktor schowam się za nim, że takiego momentu nigdy nie było i nie będzie. Właśnie w dobie pojednania polsko-ukraińskiego próba zamiatania pod dywan tego tematu byłaby największym błędem.
Rzeź wołyńska to niejedyny temat, na który nigdy nie będzie odpowiedniego czasu. To jednak na produkcję o niej przyszło nam tyle czekać.
Już mówiłem: absolutnie nie jestem fanem rozmów o polityce. Myślę jednak, że o wydarzeniach na Wołyniu powinno się otwarcie dyskutować, tak samo jak dyskutuje się o powstaniu warszawskim czy Katyniu. Musimy dopuszczać do głosu wszystkie strony.

"Katyń" Andrzeja Wajdy wyświetlono w rosyjskiej telewizji publicznej. Rosjanie obejrzeli całkowicie inny punkt widzenia. Myślisz, że, analogicznie, z w "Wołyniem" będzie podobnie?
Dożyjemy takiego momentu, tak, z pewnością.

To wszystko jest bardzo ciekawe - mówimy o odwadze, bezkompromisowości twórców. Zastanawiam się tylko, w kontekście "Wołynia", czy odwaga faktycznie polega na tym, aby wkładać kij w mrowisko, czy może jednak chodzi w niej o to, żeby racjonalnie mierzyć się z palącymi problemami?
Nie ma podziału na twórców ambitnych i...

Niby jestem już rozdziewiczony, niby nie jestem już naiwny, ale młodego chłopca noszącego krótkie spodenki wciąż mam w sobie. To rodzaj wrażliwości w obserwowaniu tego, co dzieje się dookoła

To, że twórca jest ambitny, nie oznacza od razu, że jest odważny.
A wiesz, raczej się nie zgodzę. W dzisiejszych czasach, żeby być ambitnym, trzeba być odważnym. Tak bym to podsumował.

No to co, ciekawe miesiące cię czekają?
Tak, zdecydowanie.

Za kilkanaście lat będziesz pewnie po wielu kolejnych filmach - mniej lub bardziej trudnych - po następnych płytach Dr. Misia... Do czego będzie tańczył sześćdziesięcioletni Arek Jakubik?
Do pogo. Mam nadzieję, że nigdy nie będzie za stary, by tańczyć pogo. Pogo pogo pogo pogotowie już jedzie, wszystko będzie dobrze. (śmiech)

Nie boisz się, jak to mawiają w niektórych kręgach, zezgredzenia?
Nie. Nawet jeśli będę już składał narzędzia do swojej skrzynki, to zrobię to w rytm "Killing In The Name" Rage Against The Machine.

Ale najważniejsze jest to, żeby ten sześćdziesięcioletni facet cały czas szukał. Mam nadzieję, że będzie nosił te swoje chłopięce spodenki i będzie naiwnym gówniarzem bacznie rozglądającym się wokół. Bo to szukanie jest dla niego najważniejszym motorem napędowym.

Masz nadzieję... Ale czy to możliwe?
Wierzę, że tak.

Zima 30-lecia w Polsce, zasypie nas śnieg

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie