Jakub Kosikowski: Protestują fizjoterapeuci, lekarze chcą...

    Jakub Kosikowski: Protestują fizjoterapeuci, lekarze chcą wyjść na ulice 1 czerwca. Naprawa ochrony zdrowia to pudrowanie trupa

    Anita Czupryn

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    Kosikowski: 1 czerwca w Warszawie manifestować będą lekarze

    Kosikowski: 1 czerwca w Warszawie manifestować będą lekarze ©Fot. Piotr Krzyzanowski/Polska Press

    To, co zaproponowała opozycja, to już nic innego jak próba operacji plastycznej trupa. Inaczej mówiąc - chcą ugasić pożar, nie zatrzymując podpalacza albo leczyć objawy, nie szukając przyczyny - o służbie zdrowia w Polsce mówi lekarz Jakub Kosikowski.
    Kosikowski: 1 czerwca w Warszawie manifestować będą lekarze

    Kosikowski: 1 czerwca w Warszawie manifestować będą lekarze ©Fot. Piotr Krzyzanowski/Polska Press

    Protest fizjoterapeutów, który zaczął się 7 maja, może stać się początkiem protestów w służbie zdrowia w ogóle?
    Niełatwo odpowiedzieć na to pytanie, bo nie wiemy, na ile uda się zmobilizować fizjoterapeutom i w ogóle innym zawodom medycznym. Pamiętam, że w czasie protestów lekarzy rezydentów była próba zorganizowania takiego szeroko pojętego sprzeciwu całego środowiska; miała nawet miejsce wspólna manifestacja, na której gościł minister Konstanty Radziwiłł.

    I wiemy, czym to się skończyło.
    Skończyło się tym, że pojawiły się problemy i zakończyło się na wspólnej głodówce.
    Inne zawody stwierdziły, że ich po prostu nie stać na to, żeby w tym momencie protestować, bo nie mają odłożonych pieniędzy, a to wiąże się ze znacznym spadkiem dochodów. Przyjęliśmy to ze zrozumieniem i lekarze poszli sami. Rząd nie wywiązuje się z podpisanego z lekarzami porozumienia sprzed roku, nakłady finansowe na ochronę zdrowia z ustawy 6 proc. są zaniżane, więc 1 czerwca w Warszawie znów manifestować będą lekarze. Ciężko mi więc powiedzieć teraz, na ile całe środowisko jest zdeterminowane.

    Bardziej chodzi o determinację niż o wzajemną solidarność? Nie ma przyszłościowego patrzenia?
    Chodzi tu o wszystko po trochu. Na pewno można mówić o pewnego rodzaju konkurencji między zawodami, bo kołdra ochrony zdrowia jest za krótka. Jest przez to przeświadczenie, że jak wszystkie zawody będą strajkować, to dostaną tylko lekarze i pielęgniarki. Niejednokrotnie się z tym zderzaliśmy w rozmowach, więc już przestaliśmy ciągnąć wszystkich za uszy i każdy zaczął działać na własny rachunek. Stąd nie wiem, jak będzie teraz, jak wygląda mobilizacja w pozostałych zawodach.

    Ale w pana szpitalu teraz, w pierwszy dzień protestu - fizjoterapeuci nie pracują.
    Jest drobny problem z fizjoterapeutami, rzeczywiście. Ale to nie oznacza, że wszyscy nie pracują; są pewne niedobory kadrowe. Nie wiem, jaki będzie ostatecznie tego efekt, trzeba by pytać pana Tomasza Dybka i związek fizjoterapeutów.

    Tak naprawdę w pakiecie świadczeń gwarantowanych nie wszystko jest, wiele oznacza: „idź prywatnie i zapłać”

    W proteście biorą udział fizjoterapeuci, radiolodzy, diagności laboratoryjni, terapeuci zajęciowi. Pierwszego dnia oddawali krew, następnie zapowiedzieli strajk włoski, potem pójdą na zwolnienia lekarskie, w końcu rozpoczną głodówkę. Taki jest plan.
    Jako rezydenci też zaczynaliśmy od krwiodawstwa; oddawaliśmy krew przez tydzień, a potem się potoczyło. Widząc, jakie mają warunki pracy i jak są potrzebni, życzę protestującym, aby odnieśli sukces, bo warto by było, żeby fizjoterapeuta był dostępny w Polsce nie tylko prywatnie. Ponieważ gros pracy powypadkowej, ortopedycznej czy neurologicznej zależy od fizjoterapeuty. Cała praca lekarska idzie w piach, jeśli pacjent potem nie ma rehabilitacji.

    CZYTAJ WIĘCEJ | MASOWE ODDAWANIE KRWI, STRAJK WŁOSKI I GŁODÓWKA. PROTEST FIZJOTERAPEUTÓW W CAŁEJ POLSCE


    Jakie są warunki pracy fizjoterapeutów?
    W większości szpitali pensje dla nich oscylują wokół minimalnej krajowej, a mówiąc wprost, to, co oni robią, to jest ciężka, fizyczna praca, dość obciążająca też psychicznie. Ponieważ pacjentami nie zawsze są młodzi sportowcy, którzy muszą wrócić do formy po skręceniu, złamaniu czy zerwaniu czegoś. Często są to osoby po udarach, z innymi chorobami neurologicznymi, po poważnych wypadkach, życiowych tragediach, leczeniu onkologicznym, którzy wymagają usprawnienia. A rehabilitacja też nie polega na tym, że pacjent przyjdzie i sobie pomacha rękami; fizjoterapeuci muszą często przerzucić wiele kilogramów, jeśli nie ton. Szpitale mówią, zgodnie z prawdą, że nie mają pieniędzy, więc część fizjoterapeutów trafia na rynek prywatny, gdzie, jak wiadomo, finansowo będą radzić sobie zdecydowanie lepiej.

    Z fizjoterapeutami jest tak jak z lekarzami - że jest ich w Polsce za mało?
    Nie podejmę się odpowiedzi na to pytanie, bo wiele prywatnych szkół pootwierało kierunki fizjoterapii. O ile wydział lekarski jest ograniczony do uczelni głównie medycznych, to uprawnienia do nauczania fizjoterapii uzyskać jest łatwiej. Kilka lat temu fizjoterapia to był bardzo modny kierunek medyczny; fizjoterapeutów brakowało, a osoby, które nie widziały się w ratownictwie, pielęgniarstwie czy innej medycznej profesji, wybierały fizjoterapię. Teraz, mówię o mieście, w którym mieszkam, czyli w Lublinie, sytuacja jest taka, że oprócz tego, że fizjoterapia jest na Uniwersytecie Medycznym, to jest też na kilku innych wyższych uczelniach prywatnych. W związku z tym można mniemać, że sporo fizjoterapeutów kończy szkoły. Na pewno jest ich więcej niż potrzeba w Lublinie, ale w perspektywie województwa czy regionu - nie jestem w stanie tego określić. Na NFZ na pewno ich brakuje, a wynika to z tego, że fizjoterapii się nie finansuje. Brak pieniędzy na procedury i zatrudnienie fizjoterapeutów.



    Patrząc na problem demograficzny, starzejącego się społeczeństwa, to w tej perspektywie fizjoterapeuci nie muszą się chyba bać o brak zajęcia?
    Będą bardzo potrzebni, bo większość chorób układu ruchu związana jest z wiekiem.

    Kiedy był protest rezydentów, a pan był wtedy ich rzecznikiem, nazywano pana lewakiem. Teraz, kiedy zabiera pan głos w sprawie kolejnych politycznych pomysłów na służbę zdrowia, okazuje się, że jest pan na usługach PiS.
    Ktoś napisał, że jestem na garnuszku prezesa PiS. (śmiech)

    Chorągiewka? Zmienia pan poglądy?
    Nic z tych rzeczy. Nie poczuwam się, żeby być alfą i omegą i wypowiadać się na wszystkie tematy, nawet te, na których się nie znam. Ale jeśli chodzi o ochronę zdrowia, to siedzę w tym od lat i nawet jeśli moja diagnoza nie zawsze będzie w stu procentach trafna, to potrafię ocenić zarówno propozycje dotyczące ochrony zdrowia, niezależnie od tego, czy padają one ze strony partii rządzącej, opozycji czy na odwrót. Przecież całe Porozumienie Rezydentów zaczęło się wtedy, kiedy przy rządach była Platforma, a PiS było w opozycji - zreanimowaliśmy się jeszcze przed wyborami. Pierwszym impulsem do naszego działania było to, że minister Marian Zembala z PO wręcz wyśmiał naszego przewodniczącego Damiana Pateckiego, mówiąc, że rezydenci dobrze zarabiają, że mogą sobie dorobić na dyżurach. Patrzę na ochronę zdrowia z perspektywy szpitala i poradni, i oceniam, czy to ma sens, i czy przy zasobach kadrowych, i finansowych, które przeznacza się na zdrowie, jest to w ogóle wykonalne. Jak do tej pory, sporo z tego, co robi Prawo i Sprawiedliwość, to dla mnie pudrowanie trupa. I PiS wie o tym, że my, lekarze tak mówimy. Ale to, co zaproponowała opozycja, to już nic innego jak próba operacji plastycznej trupa. Inaczej mówiąc - chcą ugasić pożar, nie zatrzymując podpalacza albo leczyć objawy, nie szukając przyczyny. Stawiają na przykład diagnozę, że trzeba skrócić czas oczekiwania na SOR-ze, bez zastanowienia się, dlaczego tak jest.

    Koalicja Europejska objawiła właśnie, że ma pomysł na polską służbę zdrowia. W tym pomyśle wskazuje, jak dobrze będzie na przykład kobietom w ciąży i rodzącym dzieci. Obiecują pełną dostępność badań prenatalnych, opiekę okołoporodową na najwyższym światowym czy europejskim poziomie i obligatoryjne znieczulanie przy porodzie. To myślenie życzeniowe czy rzeczywiście punkty możliwe do spełnienia?
    Do niedawna jeszcze mieliśmy kardiologię na najwyższym światowym poziomie, bo po prostu były w niej pieniądze.

    Teraz już nie jest na najwyższym poziomie?
    Trochę prywatnych szpitali się zwinęło z rynku, pacjentom wstawia się trochę tańsze stenty, bo zmniejszono wyceny. Kardiologia nadal jest na bardzo dobrym poziomie, ale było lekkie tąpnięcie. Nie mówię tego na podstawie własnego podwórka, bo nie jestem kardiologiem, opieram się na opiniach kolegów, którzy są kardiologami. To oni o tym mówią. A przecież był czas, kiedy kardiologia nie liczyła się z kosztami, tylko po prostu leczyła. Stąd stała się popularna wśród rezydentów, bo to była pewna i dobrze płatna praca. I teraz wracając do pani pytania - gdyby takie pieniądze, jak były w kardiologii, znalazły się w ginekologii, to, może nie od razu, ale jest to do zrobienia. Pomysł jest bardzo dobry, ale weźmy pod lupę znieczulenia przy porodzie, które mają być bezwarunkowe. Brzmi pięknie, tylko takie znieczulenie wykonuje anestezjolog. A z nimi w Polsce w tej chwili jest dramat. To chyba najcięższa ze wszystkich specjalizacja, które są w Polsce dostępne i dostarczające adrenaliny, więc charakteryzuje się innym ciężarem psychicznym niż na przykład onkologia. Anestezjolodzy mają najcięższe dyżury, największe obłożenie pracą - bo w grę wchodzi tu i blok operacyjny, i porodówka, i szpitalny oddział ratunkowy, reanimacje na szpitalu i oddział intensywnej terapii. Anestezjologów jest zwyczajnie zbyt mało. Są szpitale, w których, liczba tych lekarzy jest niezgodna z normami, na stałe zatrudnionych jest tak mało anestezjologów, że nie obsadzają minimum dyżurowego, reszta jest z „doczepki”, łatają dyżury i szpitale jakoś funkcjonują, wisząc na tych dyżurach, póki nic się nie stanie. Ale już absencja jednego anestezjologa oznacza praktycznie zawieszenie pracy szpitala. Tu widzę to wąskie gardło, jeżeli chodzi o znieczulenia porodowe - z powodu braku dostępności anestezjologów.

    CZYTAJ TEŻ | UWAGA! TVN: ŚMIERĆ NA IZBIE PRZYJĘĆ. PACJENT CZEKAŁ NA POMOC 9 GODZIN. TRWA ŚLEDZTWO, SĄ NAGRANIA Z MONITORINGU


    A inne pomysły związane z porodami i ciężarnymi kobietami?
    Jest pomysł, aby leki dla kobiet w ciąży były za darmo. To nie są ogromne kwoty, zresztą te leki w tej chwili są w większości refundowane. Gdyby więc miała być sytuacja taka, że ciężarna się nie leczy, bo jej nie stać na kupno leków i wystąpią nie daj Boże powikłania, czy wręcz poronienie, to na pewno lepiej jest włożyć w te leki kilka czy kilkanaście milionów złotych rocznie - nie sądzę, że byłyby to większe kwoty - jest to pomysł racjonalny i do realizowania. Do zrobienia jedną decyzją, jedną ustawą. Jeśli zaś chodzi o badania prenatalne - to prawdopodobnie finansowo byłoby do zrobienia, ale tu są dwie kwestie. W grupie ryzyka i tak prawie wszystko (poza płodowym DNA z krwi matki) jest refundowane. Drugą kwestią jest światopogląd części pacjentek i lekarzy. Niektórzy lekarze i tak nie będą nalegać, by te badania zrobić, bo uważają, że służy ono wyłącznie sprawdzeniu, czy dziecko nie nadaje się przypadkiem do aborcji. Z drugiej strony część rodziców i tak nie zgodzi się na przeprowadzenie tych badań z takiego właśnie powodu, bo będzie uważać, że to lekarz chce namówić na aborcję. Większość tych badań i tak jest dostępna; jedyną kwestią w tej chwili jest ich cena. Dlatego nie wydaje mi się to palącym problemem.

    Palącym problemem jest dotarcie do lekarza specjalisty. Koalicja Europejska stawia limit - 21 dni i ani dnia dłużej.
    Trudno to skomentować, no bo „Wiosna” Biedronia podała, że limit ma być 30 dni, a później NFZ płaci pacjentom za prywatną wizytę. U KE szczegółów brak.

    No właśnie. Skąd więc wziął się limit 21 dni? Dlaczego 21, a nie, dajmy na to, 25, czy 15?
    Moim zdaniem: ponieważ trzeba było przelicytować propozycję Biedronia. Mogę się mylić, może inna była tego przyczyna. Nikt jednak nie podał, na jakiej podstawie ten limit 21 czy 30 dni został obliczony. Z wiedzy i doświadczenia, jakie posiadam, wydaje mi się, że to jest chyba najbardziej nierealny ze wszystkich postulatów. Z tego względu, że są takie specjalizacje, oczywiście zależy to też od województwa, miasta, regionu, bo specjalistów w jednym miejscu jest więcej, w drugim mniej, a są takie miejsca, gdzie kolejki i to prywatnie sięgają kilku miesięcy. Przykładowo: kardiologia dziecięca, neurologia dziecięca, w niektórych miastach dermatologia, endokrynologia czy wizyta u radiologa na USG stawów. Ciężko mi sobie wyobrazić wprowadzenie dekretu, że wizyta ma się odbyć w ciągu 21 dni, a jeśli to niemożliwe, to zostanie np. zapłacone za wizytę prywatną, bo nie zawsze oznacza to, że pacjent szybciej się dostanie do specjalisty. A druga sprawa to taka, że NFZ zbankrutuje na wizytach prywatnych, jeśli będzie musiał płacić po stawkach rynkowych, podczas gdy normalnie za wizytę płaci 20 czy 30 złotych. A do tego, często do tej wizyty dochodzą jeszcze badania, które też są płatne. Główną przeszkodą na zrealizowanie tego pomysłu jest więc brak pieniędzy. Ale jeśli chodzi o ten sztywny limit, to też nie wiem, czy starczyłoby lekarzy zarówno z publicznej jak i z prywatnej ochrony zdrowia, żeby specjalistów z wszystkich dziedzin zmieścić w ciągu tych 21 dni. Lekarzy jest mało. Żeby zrealizować ten pomysł, trzeba by ich wszystkich z powrotem przyciągnąć do NFZ, co wiązałoby się oczywiście z kolosalnymi kosztami, żeby w większości dziedzin ten limit przyjąć. Zresztą, są takie specjalności i takie choroby, które, szczerze mówiąc, takiej pilności nie wymagają.
    1 »

    Czytaj treści premium w Polsce Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Warto zobaczyć

    Diety