Jakie wstydliwe sekrety mają politycy i mężowie stanu

Andrzej Krajewski
Przemilczenie pewnych faktów przez polityków to bardzo częsta praktyka. Skrywana prawda, gdy wychodziła na jaw, pogrążyła niejedną karierę.

Sugestia, iż na początku lat 70. Lech Wałęsa podpisał zobowiązanie do współpracy z SB, za sprawą książki wy-danej pod egidą IPN sprowokowała ogólnonarodowy spór. Powoli przestaje już w nim chodzić o to, czy Wałęsa był, czy nie był "Bolkiem".

Osią kłótni stają się spekulacje dotyczące tego, czy i w jakim stopniu powstanie Solidarności i przemiany w Polsce były efektem manipulacji komunistycznych służb specjalnych. Epizody z życia przywódcy Solidarności miłośnicy spiskowych teorii zaczynają przedstawiać jako klucz do zrozumienia przeszłości.

Ich adwersarze z kolei dają do zrozumienia, że to właśnie teraz spisek zwolenników IV RP ma doprowadzić do obalenia dawnych autorytetów i wykreowania nowych. Sekret (możliwe, iż mało istotny, jeśli w ogóle prawdziwy) ujawniony w odpowiednim momencie ruszył lawinę.

Skompromitowani

Sekrety wielkich rzadko odmieniają bieg dziejów, acz i tak czasami bywa. Prezydent USA Woodrow Wilson, po tym jak na konferencji w Wersalu stworzył nowy porządek świata, wiosną 1919 r. doznał trzech wylewów krwi do mózgu. Po ostatnim miał sparaliżowaną lewą stronę ciała, ledwie mówił i nie potrafił skupić uwagi dłużej niż przez 10 min.

W takiej sytuacji ustąpienie z urzędu wydawałoby się rzeczą oczywistą, ale nie dla prezydenta oraz najbliższych mu osób. W spisku, jaki się wówczas zawiązał, uczestniczyli żona Wilsona Edith, jego lekarz Gary Grayson i sekretarz Joseph Tumulty.

Zrobili wszystko, aby stan zdrowia głowy państwa utrzymać w tajemnicy, i przez 17 miesięcy, do końca prezydenckiej kadencji, Stanami Zjednoczonymi kierował triumwirat złożony z mającej ukończone dwie klasy podstawówki gospodyni domowej, prawnika oraz lekarza. Pani Wilson potrafiła podrabiać podpis męża i za niego sygnowała dokumenty, a Wilson akceptował swe ubezwłasnowolnienie, wyraźnie nie zdając sobie sprawy z tego, co się dzieje.

Pół biedy, że po Ameryce krążyła wówczas plotka, iż prezydent zaraził się kiłą, po czym oszalał i trzyma się go w Białym Domu w izolatce. Gorzej, że przestał uczestniczyć w budowie powojennego porządku świata. Stworzony przez Wilsona międzynarodowy system bezpieczeństwa oparty na Lidze Narodów mógłby sprawnie funkcjonować, gdyby wspierały go USA.

Tymczasem zabrakło człowieka mogącego przekonać Senat do zaakceptowania tej koncepcji. Ameryka nie przystąpiła zatem do stworzonej przez siebie Ligi Narodów, co od razu pozbawiło tę organizację znaczenia. A że obywatele USA nic nie wiedzieli o ciężkim stanie zdrowia prezydenta, odchodził on z urzędu w wielkiej niesławie, choć trudno powiedzieć, czy w ogóle to zauważył.

Reputację kolejnego prezydenta USA Warrena G. Hardinga zniszczyły jego słabości. Po tym, jak w 1920 r. wygrał wybory, udawało mu się przez trzy lata na forum publicznym w dobrym stylu reprezentować swój urząd. Nie wyszło przy tym na jaw, iż jest alkoholikiem i nałogowym hazardzistą.

Jedynie czasami zapraszał do Białego Domu zaufanych gości na małe co nieco, nie bacząc, iż w Ameryce obowiązywała prohibicja (notabene będąc senatorem, poparł jej wprowadzenie). Udawało mu się też trzymać w tajemnicy romanse, choć obsługa Białego Domu opowiadała historie o tym, jak prezydent regularnie uprawia seks z asystentką w szafie stojącej obok Gabinetu Owalnego. Kiedy zmarł nagle w 1923 r., cieszył się jeszcze szacunkiem współczesnych.

Cztery lata później ukazała się książka Nan Britton "The President's Daughter" (Córka prezydenta). Wynikało z niej, iż pracująca w Białym Domu autorka przez sześć lat była kochanką prezydenta. W 1919 r. urodziła nawet córkę Hardinga, na której utrzymanie ten po kryjomu wypłacał zasiłek. Potwierdziły się też historie z szafą. Ostatecznie historyczny wizerunek prezydenta pogrążyło ujawnienie w 1963 r. kilkudziesięciu jego listów do przyjaciółki żony Carrie Phillips.

Jak się okazało, TEN romans trwał 15 lat. Na dodatek pani Phillips starała się wpływać na decyzje polityczne kochanka. Kiedy Senat miał głosować rezolucję o przystąpieniu USA do wojny światowej, szantażowała senatora Hardinga, iż jeśli ten zagłosuje na tak, to ujawni prasie prawdę o ich związku. Senator się nie ugiął, ale żeby udobruchać rozzłoszczoną kobietę, zabrał ją na wycieczkę statkiem do Japonii. Za fundusze swej partii oczywiście.

Odtajnienie skrywanych faktów może zupełnie pogrążyć polityka w oczach potomnych, ale czasami dla zdrowia psychicznego obywateli jest lepiej, że dowiadują się o pewnych rzeczach po latach.

Słodka niewiedza

Kiedy w październiku 1962 r. Związek Radziecki chciał rozmieścić na Kubie rakiety średniego zasięgu z głowicami jądrowymi, świat znalazł się o krok od wybuchu wojny. O tym, czy nastąpi atomowa zagłada, decydowała taktyka obrana przez prezydenta USA Johna F. Kennedy'ego. Ciekawe, co czuliby mieszkańcy świata, gdyby wiedzieli, w jakiej kondycji była wówczas jego psychika. Kennedy'emu udało się bowiem zataić, że oprócz astmy, malarii i choroby kręgosłupa grożącej utratą władzy w nogach zmaga się też z chorobą Addisona.

Tę rzadką przypadłość wywołuje niedoczynność gruczołów nadnerczy produkujących takie hormony, jak m.in.: adrenalina i kortyzol, których brak prowadzi do powolnej śmierci. Szczęściem dla prezydenta na początku lat 50. udało się wytworzyć kortyzon - syntetyczny hormon zastępujący naturalne.

Odtąd Kennedy łykał codziennie jedną pastylkę tego specyfiku. Ale nawet zażywając go, cierpiący na chorobę Addisona w 80 proc. popadają w okresową apatię, ok. 50 proc. z nich dotykają przewlekłe stany depresyjne, przerywane chwilami pobudzenia. Ponadto zmagają się z bezsennością, zaburzeniami pamięci i łatwo zapadają na schizofrenię.

Sam kortyzon działa zaś jak lekki narkotyk halucynogenny. Na szczęście dla samopoczucia ludzkości wiadomości o tym, co mogło się dziać z umysłem Kennedy'ego w momencie, gdy ważyły się losy świata, zaczęły wychodzić na jaw wiele lat po jego śmierci.

Podobnej traumy oszczędzono ludziom w latach 70., kiedy Moskwie udawało się zachować w tajemnicy postępującą degenerację mózgu Leonida Breżniewa. Już w połowie dekady przywódca ZSRR miewał coraz dłuższe okresy zaćmienia umysłu, podczas których nawet na trzeźwo miał kłopot z utrzymywaniem kontaktu ze światem.

"Okazuje się, że dzisiaj chodził (Breżniew - przyp. aut.) po korytarzach okalających salę, rozdawał autografy i pytał napotkane osoby, ile według nich waży. Odpowiadano, że 70 kg. Prostował, że 80. Zachowywał się jak błazen" - zanotował w dzienniku Mieczysław F. Rakowski, opisując wyczyny Breżniewa podczas VII Zjazdu PZPR w grudniu 1975 r. "Olszowski, z którym rozmawiałem na ten temat, twierdzi, że B. nie był pijany, że jest na środkach dopingujących" - dodawał Rakowski. Dzień wcześniej na zjazdowej sali obrad radziecki lider w chwili amoku poderwał się z miejsca i osobiście dyrygował wykonaniem "Międzynarodówki".

Na szczęście nigdy nie wpadł na pomysł, żeby wydać rozkaz odpalenia całego arsenału rakietowego Związku Radzieckiego na USA. Choć może tylko jeszcze nie wyszło na jaw, iż próbował...

Nie agent, to mason

Na polskim podwórku w cieniu dramatu Lecha Wałęsy swoje zmagania z dawnym sekretem toczy Jan Olszewski. Wykreowany przez PiS na jednego z ojców ideowych IV RP polityk ten przyznał, iż miał "epizod masoński".

"Warto pamiętać, że masoneria i jej nauczanie jest potępione przez Kościół katolicki, przynależność do niej jest grzechem i wiąże się z ekskomuniką" - poucza obecnie na portalu Prawica.net Jan Bodakowski, wypominając Olszewskiemu dawne grzechy.

Z kolei redaktor naczelny konserwatywnego pisma "Pro Fide Rege et Lege" Adam Wielomski twierdzi, że przeszłość Olszewskiego dowodzi masońskich korzeni PiS. Dla polityka mającego być symbolem prawicy katolickiej oskarżenia o powiązania z masonerią to rzecz bodaj gorsza niż dowiedzenie współpracy z SB. A Jan Olszewski był przecież członkiem reaktywowanej w Warszawie w 1961 r. (nawiązującej do tradycji międzywojennych) loży "Kopernik".

Należeli do niej tak znani ludzie, jak m.in. poeta Antoni Słonimski, ekonomista prof. Edward Lipiński, działacz przedwojennej PPS Ludwik Cohn oraz prof. Klemens Szaniawski. Na czele loży przez wiele lat stał współtwórca KOR Jan Józef Lipski. Wszystkie te osoby oprócz sławy łączyły także lewicowe poglądy.

Wedle znawcy tematyki masońskiej Ludwika Hasa - Jan Olszewski od października 1964 r. posiadał stopień masońskiego mistrza, zaś swą przynależność do loży "Kopernik" - obecnie Wielkiej Loży Narodowej Polski - zawiesił dopiero w 1991 r. Kiedy Lech Kaczyński mianował Olszewskiego szefem komisji weryfikacyjnej WSI, Jan Bodakowski na portalu Prawica.net ostrzegał wyborców: "Oznacza to, że wywiad polski będzie się składać z agentów wybranych przez człowieka przynależącego do globalnej organizacji zwalczającej Kościół katolicki".

I w taki to właśnie sposób przeszłość dopada polityków w najbardziej niedogodnym momencie. Nigdy też nie ma pewności, czy to jeszcze dramat, czy już farsa.

[email protected]

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

l
lonża

Czy masoneria zaszkodziała Polsce? Czy raczje komuna i SB. A z tą walką z Kościołem to też ostatnio nie do końca prawda. W tych artykułach widać esbecką rękę.

Dodaj ogłoszenie