Jak zaraza zmieniła nas i nasze życie - rok życia z pandemią

Dorota Kowalska
Dorota Kowalska
28.12.2020 krakowrynek glowny sukiennice pierwszy dzien kwarantanny narodowej pandemia koronawirus covid fot. anna kaczmarz / dziennik polski / polska press
28.12.2020 krakowrynek glowny sukiennice pierwszy dzien kwarantanny narodowej pandemia koronawirus covid fot. anna kaczmarz / dziennik polski / polska press Anna Kaczmarz / Dziennik Polski / Polska Press
To nie były łatwe miesiące: pozamykani w domach, z laptopem na biurku albo co gorsza na kolanach, bo dzieci potrzebują miejsca i spokoju, bez szybkiej kawusi z koleżanką z pracy, rodzinnych spotkań, wakacyjnego wyjazdu. Trochę zagubieni, trochę zaskoczeni, z czasem próbowaliśmy oswoić nową sytuację.

Karolina, dziennikarka: - Zmęczenie, obniżony nastrój, różne dziwne dolegliwości, które - jak sądzę - zaczynają się w głowie (psyche zawsze przekłada się na somę). Miewam napady paniki, wciąż boli mnie głowa. Taaak, nieźle mi dała w „psychiczną kość” ta pandemia. A na jej początku byłam taka zadowolona - ze zmienionego trybu funkcjonowania, z życia w ogóle. Przejście na pracę w trybie home office wydało mi się prezentem od losu - zyskałam co najmniej dwie godziny na dojazdach, mam więcej czasu dla siebie, nie muszę stać w korkach. Super, super, super. No i jeszcze ta nowa sytuacja, konieczność zaadaptowania się do niej, techniczne wyzwania związane z pracą on-line - to było niczym początek przygody, wyprawa do nowego świata. Nie przejmowałam się jakoś szczególnie pandemią, nie odczuwałam strachu przed zachorowaniem. Mało tego - bałam się, że szybko minie, zanim zdążę się narozkoszować bonusami z nią związanymi.

Szybko przeorganizowała swoje życie, rytm dnia.

- Urządziłam w domu gabinet do pracy - tak, wiem, jestem szczęściarą, mam dom, warunki, nie mam małych dzieci. Moi znajomi siedzieli z laptopami w łazienkach, a ich potomstwo dobijało się z płaczem do drzwi, podczas kiedy ci próbowali uczestniczyć w służbowych zebraniach albo skupić się na swoich zadaniach. Wyznaczyłam sobie nowe cele - te oprócz związanych z moim miejscem pracy, żeby nie uronić ani chwili. Napisałam książkę, poznałam nowych ludzi - rozmawiając przez Messengera można się nawet zaprzyjaźnić. Narzuciłam sobie dryl związany z aktywnością fizyczną - minimum sześć kilometrów po lesie z psami”.

Szok

Na początku to rzeczywiście był szok. Nikt z nas nie był gotowy na pandemię: na lockdown, na ograniczenia, obostrzenia, na tysiące ludzi umierających w szpitalach.

Na początku, w marcu, kwietniu najgorzej było na północy Włoch. Tam, domy czy mieszkania można było opuszczać tylko w wyjątkowych sytuacjach. Ludzie wychodzili na balkony, rozmawiali ze sobą, śmiali się, muzycy dawali na nich minikoncerty - na balkony przeniosło się życie z pozamykanych barów i kafejek.

- Większość ludzi, poza profilami osobowości bardzo indywidualistycznymi, bardzo introwertywnymi potrzebuje kontaktu z innymi. Aczkolwiek z różnych studiów wynika, że w stresie lub w skrajnym stresie niektórzy ludzie chcą się wręcz roztopić w tłumie czy w symbiozie, w bardzo bliskiej relacji, a inni z kolei, im większy stres, tym bardziej się potrzebują izolować. Jedni chcą się przytulić i wejść pod kołderkę z osobą, z którą dawno nie byli blisko, a drudzy chowają się do śpiwora. Jeśli o to chodzi, są różne studia, które mówią, jak ludzie różnie radzą sobie ze stresem i kryzysem i jak reagują w stresie i kryzysie - mówił mi w tamtym czasie Jacek Santorski, psycholog, psychoterapeuta.

Reorganizacja

Nowa sytuacja wymagała od nas szybkiego przeorganizowania swojego dotychczasowego życia: pracowaliśmy zdalnie, nasze dzieci uczyły się zdalnie - nagle byliśmy ze sobą 24 godziny na dobę. Trzeba się było do tej ciągłej wzajemnej obecności przyzwyczaić. Chyba najbardziej bolał brak kontaktu z rodziną. I święta wielkanocne spędzone bez niej.

Ale wtedy jeszcze wszyscy wierzyli, że będzie dobrze, że to wszystko szybko się skończy, bo przecież nie można było tak żyć w nieskończoność, po prostu to niemożliwe. Andrzej, pracownik pogotowia ratunkowego: - Pani pyta mnie o to, jak przeżyłem te dziewięć miesięcy zarazy? Przeżyłem. Od dawna żyję z dnia na dzień. Bez planowania, jak w socjalistycznej gospodarce. Po wojskowemu: obiad zjedzony, dzień zaliczony. Przesadzam? Pewnie nieco przesadzam, ale to nic w porównaniu do tego, co dzieje się w świecie. Zacznijmy od końca, znaczy się od czwar-tku, 17 grudnia. Godzinę policyjną władza wprowadziła w Sylwestra. Galerie znów zamknęła, hotele także i stoki w górach również. Z epidemicznego punktu widzenia, zakładając, że SARS-CoV-2/COVID-19, to taka mała apokalipsa, choć z mediów wynika, że wcale nie taka mała, decyzja słuszna. Tylko dlaczego zapadła 17 grudnia, a nie z tydzień wcześniej? Proste, jak można wprowadzać na łapu-capu i bez-ustawowo faktyczne, policyjne ograniczenie wolności i praw obywatelskich 13 grudnia lub w okolicach. Nie, to nie pasuje. Bo jeśli chodzi o medycynę, to taka decyzja, powstrzymująca lud przed sylwestrowym balowaniem i rozjeżdżaniem się na ferie, winna być wydana z początkiem grudnia. A jak o politykę, to im później, tym mniejszy spadek w sondażach poparcia dla rządzących.

Pandemia i polityka

Polityka była z pandemią związana od samego początku, bo nagle okazało się, że nawet największe mocarstwa nie radzą sobie z problemem. Lekcja pokory - tak wszyscy określali nową rzeczywistość.

Z czasem stało się też jasne, że ta wyjątkowa sytuacja będzie naszą codziennością na dłużej. Był krótki oddech w czasie wakacji, bardzo krótki. Większość jednak rezygnowała z wyjazdów i próbowała szybko nacieszyć się bliskimi.

Anna, nauczycielka: - Na pewno bardziej doceniałam to, co miałam. Bo nagle nie mogłam odwiedzić rodziców czy siostry, którzy mieszkają tuż obok. Moje dzieci nie mogły wpaść do dziadków, a robiły to przecież kilka razy w tygodniu. Czułam bezradność, a obok tego złość, bo nie miałam najmniejszego wpływu na to, co się dzieje. Owszem, mogłam myć ręce, zachowywać dystans,. Mogłam uważać - tyle. Nic więcej. Pandemia wciąż trwa, wciąż się nie skończyła, na pewno uświadomiła mi, jakie to dla mnie ważne. Byliśmy razem: ja, mąż, dwójka naszych dzieci, ale gdzieś tam w środku, każdy z nas czuł się trochę samotny”.

Samotność

- Są ludzie, którzy są gotowi pogodzić się ze swoją samotnością, bo są do tego przyzwyczajeni, a są tacy, którym bardzo trudno to przychodzi. Moim zdaniem, pytanie: Jak sobie z tym radzić - jest pytaniem nie tyle do jednostki, co pytaniem do nas wszystkich, do społeczeństwa. Pytaniem o naszą empatię, o to, czy dostrzegamy na naszym osiedlu kogoś, komu można by przynajmniej w tę ścianę poskrobać - mówił mi Jacek Santorski.

Jak wynika z badań sondażowych przeprowadzonych w listopadzie przez Kantar, co czwarta osoba zapytana o pogorszenie nastroju w czasie pandemii odpowiedziała, że czuje się gorzej.

Część zaobserwowała u siebie objawy depresji. Jedna na cztery osoby odczuwa spadek energii. 17 proc. wszystkich respondentów zmaga się z bezsennością, 13 proc. z trudnościami z koncentracją, a 9 proc. ma kłopoty z pamięcią. Jednak zaledwie 18 proc. osób, które dostrzegły u siebie takie objawy, skonsultowało je ze specjalistą. Aż 65 proc. z nich nie zamierza pójść do psychiatry lub psychologa.

Czarna mentalna dziura

Naukowcy i eksperci od kilku miesięcy donoszą o rosnącym zagrożeniu dla ogólnoświatowego zdrowia psychicznego w związku z pandemią COVID-19. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) zaapelowała nawet o zwiększenie inwestycji w jego ochronie.

Karolina: - Kiedy zaczęło się psuć? W marcu w miejscowości, gdzie mieszkał mój owdowiały ojczym, pojawiły się zachorowania, na COID-19 zapadli jego sąsiedzi, górnicy. W trybie awaryjnym ewakuowaliśmy go do siebie, na bezpieczne jeszcze wtedy Mazowsze. Chcieliśmy go chronić. Ale wytrzymał z nami do czerwca, w miarę upływu czasu był coraz bardziej osowiały, tęsknił za swoimi kątami. Odwieźliśmy go pod koniec lipca do domu, nie można z kochanej osoby robić więźnia, ubezwłasnowolnić jej. Na początku września już nie żył. Nie, nie zabił go SARS-CoV-2, tylko udar mózgu. Odszedł w nocy, we śnie. I chyba wtedy zaczęłam wpadać w czarną, mentalną dziurę. Depresja? Może tak, a może tylko wielki smutek i pogrążenie się w żałobie. Podwójnej, bo jeszcze nie zdążyłam pożegnać się z mamą, którą straciłam w ubiegłym roku. A jeszcze dookoła zaczęło umierać coraz więcej ludzi. Aż strach wchodzić na media społecznościowe, co post, to nekrolog”.

Prof. Zbigniew Mikołejko, filozof, etyk: - Doświadczenie pandemii otworzyło nam w pewnej mierze oczy na śmierć. Mniej lub bardziej syte społeczeństwa szeroko pojętego Zachodu, do których zalicza się także Polska, wyrugowały bowiem mocno świadomość śmierci ze swoich codziennych przeżyć i doznań. Za sprawą nazbyt doprawdy radosnej pop-kultury i rozhuśtanego mocno konsumpcjonizmu na plan pierwszy wysunęła się swoista łże-religia - iluzja wiecznej młodości, wiecznego zdrowia, wiecznego życia, fałszywa wiara ze swymi kapłanami od fitnessu i odsysania tkanki tłuszczowej, ze swymi świątyniami w postaci siłowni i salonów urody, ze swoimi obrzędami w postaci joggingu albo biegania z kijkami, ze swoimi wizjami rajskiego szczęścia, czyli nart w Alpach albo wakacji na Karaibach”.

Druga fala

Sytuacja zaczęła się komplikować jesienią, bo wtedy przyszła druga fala pandemii, a zdjęcia opustoszałych miast wróciły na czołówki gazet. Wprawdzie eksperci ostrzegali, że należy się jej spodziewać, ale gdzieś tam po cichu wierzyliśmy, że może stanie się cud.

Karolina: „Coraz krótsze dni, coraz bardziej boli głowa, pojawiają się inne, niepokojące symptomy: duszności, napady paniki, poczucie, że zaraz umrę, kłucie w sercu. Spokojnie, to psychika tak wpływa na ciało. Ja to wiem, już to kiedyś przerabiałam, muszę sobie poradzić. Przestawia mi się cykl dobowy: potrafię ślęczeć przy komputerze do trzeciej nad ranem, rankiem nie mam mocy (no bo skąd mam ją mieć, jeśli nawet jeść nie mogę, każdy kęs jedzenia, który przełykam, jest niczym chropowaty kamień, bez smaku, za to raniący usta i gardło) żeby się zwlec z łóżka. Dzisiaj zamiast sześciu kilometrów, zrobiłam tylko trzy. Czy potrzebuję pomocy? Pewnie tak. Jak większość ludzi w czasach pandemii. Każdy z nas radzi sobie z tą nadzwyczajną sytuacją tak, jak potrafi. Jedni wypierają zagrożenie, piszą „antycowidowe” posty, w ten sposób starając się zagłuszyć swój strach. Inni popadają w hipochondrię. Ja analizuję, innych i siebie - tak mam. Zamknięci w swoich mieszkaniach i umysłach musimy się zmierzyć ze swoimi obawami. Wszystkim nam bardzo brakuje zwyczajności, do jakiej przywykliśmy przez całe swoje życie. A najbardziej interakcji, takich pozbawionych lęku, z innymi ludźmi. Rozmów z sąsiadami przy płocie, plotek w firmie przy ekspresie do kawy, paru zdań wymienionych z szefem na korytarzu, uścisków dłoni. I spojrzeń prosto w oczy - rozmawiając za pomocą internetowych platform patrzymy w kamerki, nie na siebie. To wzmaga poczucie izolacji. Oglądamy każdego dnia te same twarze. Nasi bliscy też są sfrustrowani, te frustracje nakładają się na siebie. Nie jest łatwo”.

Być może stres, osamotnienie, ale pewnie także dość chaotyczne działania tych, którzy mieli nas przed pandemią chronić, a przynajmniej przez nią przeprowadzić sprawiły, że przybywa tych, którzy w żadnego wirusa nie wierzą.

Spiskowe teorie

I tak, właściwie od dnia, w którym świat dowiedział się o tajemniczym wirusie szalejącym w Chinach, w sieci pojawiały się informacje o laboratorium w okolicy miasta Wuhan, a więc w epicentrum zarazy.

„The Washington Times” opublikował nawet artykuł, którego autorzy twierdzili, że wybuch epidemii jest związany z badaniami prowadzonymi przez Instytut Wirusologii w tym mieście. Powoływał się przy tym na opinię byłego członka izraelskich służb specjalnych. „The Washington Post” skonfrontował słowa Izraelczyka z licznymi ekspertami, którzy stwierdzili, że genom wirusa nie wskazuje, że jest on tworem sztucznym.

Profesor MIT Vipin Narang przekonywał nawet, że jeśli koronawirus miałby być bronią biologiczną, to bardzo źle skonstruowaną - wirus ma stosunkowo niską śmiertelność i zbyt łatwo się rozprzestrzenia, aby mógł być skuteczny.

Ale jak to z teoriami spiskowymi bywa, niektórzy mimo zapewnień ekspertów, że nie są prawdziwe, wierzą w nie bezgranicznie.

Informacja o „wypuszczeniu” wirusa z chińskiego laboratorium żyła już zresztą swoim własnym życiem. Miała też kilka wersji.

Jedna zakładała, że wirus został z niego wypuszczony celowo, aby sprawdzić jego siłę rażenia, inna, że zwierzęta z laboratorium trafiły na targowisko w Wuhan, a stamtąd wprost na talerz „pacjenta zero”. W sieci krążyła też teoria, że to Amerykanie mieli użyć broni biologicznej, aby osłabić chińską gospodarkę. Chiny są przecież mocarstwem, największym konkurentem Stanów Zjednoczonych, a Donald Trump od miesięcy walczył z chińskimi markami, które zdobywają światowe rynki.

Z gatunku teorii, w których za pandemią stoją politycy, jest jeszcze jedna, według której rząd wykorzystuje epidemię koronawirusa do tego, aby zwiększyć możliwość inwigilacji ludności. Płacimy przecież kartami płatniczymi, a tym samym łatwiej nas śledzić przez rodzime czy obce wywiady.

Jordan Sather, znany w kręgach „informacji alternatywnej”, twierdził zaś, że rozprzestrzenienie choroby było zaplanowane i celowe. Co więcej, związek z epidemią miała mieć Fundacja Billa i Melindy Gatesów, która rzekomo dofinansowuje badania nad koronawirusem.

Instytut Pirbrigh, który faktycznie otrzymuje dotacje z tej fundacji, wystosował sprostowanie, że naukowcy, owszem, zajmują się badaniami, ale nad wirusowym zapaleniem oskrzeli. Co ciekawe, także w Polsce niektóre osoby publiczne zaczęły opowiadać o statystach w szpitalach, którzy udają chorych, albo o tym, że koronawirusa po prostu nie ma.

Po prostu chaos

Andrzej: „Decyzyjny bałagan w kwestiach profilaktyki prze-ciwepidemicznej panujący w całym świecie, z wyjątkiem Chin, zmienianie opinii co tydzień, wprowadzanie restrykcji sanitarnych nie od dziś, ale za tydzień, jakby wirus się w tym czasie miał zahibernować, wywołuje nie tylko zamęt polityczny. Sprawia, że przybywa wyznawców nowej, świeckiej religii, której głównym kanonem jest: wirus i cała ta epidemia to pic na wodę i fotomontaż. Te często wzajemnie wykluczające się nakazy zakazy sprawią teraz, że trudno będzie osiągnąć 70 proc. tzw. wyszcze-pialności. Nie mówię o anty-szczepionkowcach, bo tych nic nie przekona, ale o tych, którzy mają prawo do wyrażania wątpliwości. Mógłbym tu godzinę mówić o tym. Nie da się. Pani wie przeciwko czemu jest szczepionka Pfizera? Bo, gdybym nie był trochę obyty w temacie, to sam byłbym skołowany. Skoro jest Narodowa Strategia Szczepień przeciwko COVID-19, a wysocy urzędnicy używają sformułowania „przeciwko koronawi-rusowi”, ba ostatnio na Twitterze użył takiego określenia słynny, medialny immunolog, to jak mały, szary człowieczek, nie- oznajmiony w temacie, nie mógłbym być skołowany? Pewnie spytać chciałaby pani: kiedy to się skończy? Odpowiem jak przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy dr Krzysztof Bukiel: nie wiem, nie jestem politykiem. Czekam więc z niecierpliwością na informację o tym, ilu lekarzy zaszczepi się przeciwko COVID-19, jeśli nie będzie wprowadzony dla tej grupy zawodowej przymus”.

Ale są też pozytywne strony tego, co nas ostatnio spotkało. Eksperci od początku podkreślali, że tylko od nas zależy, czy z pandemii wyjdziemy silniejsi. Że możemy ten czas wykorzystać, zacząć robić coś, czego do tej pory nie robiliśmy, bo najzwyczajniej w świecie nie mieliśmy na to czasu.

- Kiedy rozmawiamy, dywagujemy, czym jest szczęście, jak osiągnąć szczęście, to tak naprawdę droga do niego jest bardzo prosta - to cieszenie się codziennością, tym, co jest dostępne dla każdego, tym, co nam właśnie umyka. Wydaje nam się, że szczęście, to jakieś spektakularne wydarzenia, jakieś wielkie rzeczy, które się wydarzają, jakieś ogromne przyjemności - to nieprawda. Szczęście, to możliwość spotkania z przyjaciółmi, możliwość pójścia na spacer, na dobrą kolację, do kina - większość z nas nie potrafi tego docenić - mówiła nam psycholog Maria Rotkiel, pytana o to, co pozytywnego możemy wynieść z czasu pandemii.

Karolina: - Ale żeby nie było - nie jest tak tragicznie, w covidowych okopach wszyscy jesteśmy żołnierzami. A wspólne zagrożenie zbliża. My, nasza rodzina, wiele nauczyliśmy się - o sobie i o innych. Potrafimy dziś lepiej rozmawiać, komunikować się ze sobą, niż wcześniej. Staramy się formułować komunikaty wprost: czuję to i to, myślę to i to, może nie mam racji, proszę o waszą opinię - zamiast strzelać focha i czekać, aż ktoś się domyśli, z czego ten foch. I to działa. Cudownie. Dziękuję za to zarazie. Jest jeszcze coś, co nam przyniosła. Wypracowaliśmy sobie nowy świecki rytuał: razem jemy obiado-kolacje. Razem je przygotowujemy, potem siadamy przy stole, rozlewamy wino (to także jedzenie), biesiadujemy przynajmniej przez godzinę i gadamy, gadamy, gadamy. Mam nadzieję, że szczepionka, że pandemia pójdzie w jasną cholerę, że znów będziemy żyć, jak kiedyś. Że znajdę jakiegoś specjalistę, który położy mnie na kozetkę i wyprostuje poplątane zwoje mózgowe. Ale nie dam sobie odebrać jednego - tych wieczorów z moimi kochanymi”.

Rachunki za prąd idą w górę

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie