Jak The Beatles wprowadzili świat na ścieżkę politycznej poprawności

Lucjan Strzyga
Pół wieku temu, wraz z pierwszym tournée The Beatles w Stanach, wybuchła beatlemania. Bitelsi odcisnęli ślad nie tylko na muzyce, ale też na obyczajach i światowej polityce. I odciskają do dziś.

Piosenkę "Back in the U.S.S.R." Bitelsi umieścili jako otwarcie słynnego "Białego albumu" z 1968 r. I do dziś trwają spory - po co? Nie wiadomo nawet, kto skłonił McCartneya i Lennona do pomysłu, by w apogeum zimnej wojny wypuścić w świat utwór sławiący, w dość naiwny zresztą sposób, wątpliwe uroki Związku Radzieckiego. Prawdopodobnie za całym przedsięwzięciem stał producent George Martin, ale nigdy tego nie potwierdził. Po fakcie Bitelsi zbywali sprawę ogólnikami. Że to parodia utworu "California Girls" Beach Boysów, muzyczny żart, wreszcie - że przyjazny gest w stronę fanów zza żelaznej kurtyny. Nie zdawali sobie najwyraźniej sprawy z tego, jak wielki popłoch zapanował w listopadzie 1968 r. na Kremlu. Dość idiotycznie brzmiące w radzieckich realiach słowa:

Och, obwieź mnie po ośnieżonych
górskich szczytach na południu,
Zabierz mnie na farmę swojego taty.
Chcę usłyszeć,
jak dźwięczy twoja bałałajka.
Chodź i ogrzej swego towarzysza.
Jestem z powrotem w ZSRR
Nie wiesz, ile masz szczęścia

- wywołały u władców Rosji prawdziwą lawinę podejrzeń. W KC na serio rozważano sugestię, że to celowa robota Amerykanów, którzy chcieli w ten sposób ośmieszyć Ojczyznę Światowego Proletariatu. Nie miała to być zresztą pierwsza prowokacja wymierzona przez The Beatles w Związek Radziecki. Towarzysze byli przekonani, że w ogóle Bitelsi powstali po to, by zniszczyć Rosję. Nie tylko propagowali muzykę całkowicie niezgodną z sowieckimi wzorcami, ale też uczyli młodzież buntu, zażywania narkotyków i lekceważenia obowiązującej ideologii. Hunter Davies, autor biografii "The Beatles", dowodzi wręcz, że czwórka z Liverpoolu zrobiła w sprawie upadku ZSRR więcej niż zastępy agentów CIA, przez lata "rozwadniając" komunistyczny system. Wtóruje mu rosyjski historyk Michaił Safanow głoszący, że Breżniew i jego ekipa robili wszystko, aby zablokować beatlemanię, ale bezskutecznie. Jeszcze dalej idzie dokumentalista Leslie Woodhead, który w filmie "Jak Beatlesi zachwiali Kremlem" przekonuje, że najbardziej znienawidzonymi przez komunistów opozycjonistami byli właśnie słuchacze beatlesowskich piosenek. Przez lata byli szykanowani, usuwani z uczelni, więzieni i ośmieszani, a jednak przetrwali wszystko. A na koniec zatriumfowali na grobie prześladowców. Wszystko dzięki muzycznemu przesłaniu Lennona i jego kolegów.

Po co Bitelsi zachwycali się realiami Związku Radzieckiego w "Back in the U.S.S.R." - nie wiadomo do dziś

Gdyby wziąć na poważnie powyższe sugestie, Bitelsi byliby najbardziej skutecznymi agentami wpływu w historii XX w. Jednak o ich politycznych ambicjach, przynajmniej do chwili rozpadu w 1970 r., trzeba mówić bardzo ostrożnie. Oni sami bowiem programowo odcinali się od polityki, większy nacisk kładąc na zarabianie pieniędzy i globalne celebryctwo. Ale elementów tzw. szeroko rozumianej polityki z powodzeniem można się w ich działalności doszukać.

Weźmy na przykład takie zdarzenie: 27 sierpnia 1965 r. The Beatles spotkali się w Los Angeles z Elvisem Presleyem. Nie była to przyjemna rozmowa, bardziej kurtuazyjna i zdawkowa, choć Brytyjczycy w wywiadach głosili fascynację twórczością króla rock'n'rolla. Presley ulotnił się szybko, a po latach wyszło na jaw, że sugerował szefostwu CIA, aby Bitelsów w ogóle nie wpuszczać na teren USA. Oficjalny powód: demoralizacja młodzieży i sprowadzania jej na złą drogę (a nieoficjalnie - pewnie obawa przed konkurencją).

W analizach ruchu amerykańskiej kontrkultury The Beatles wymieniani są obok: Jefferson Airplane, Janis Joplin czy Grateful Dead. Gdy wydali album "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band", piosenka "Lucy in the Sky With Diamonds" stała się nieformalnym hymnem hippisów. Jeśli dodamy do tego, że to właśnie Bitelsi dali Zachodowi medytację transcendentalną i sektę Hare Kryszna, punkty odniesienia dla milionów młodych ludzi, to rzeczywiście - ich polityczne wpływy były silniejsze niż połączone siły rywalizujących ze sobą Kapitolu i Kremla. Jak je wykorzystywali? Dość nieprofesjonalnie. Ringo Starr lubił ględzić w wywiadach, że ma wszystko gdzieś, co dowodziło jego anarchizującej natury, George Harrison zwykle nic nie mówił, snując się w obłokach marihuanowego dymu, Lennonowi i McCartneyowi zaś nie schodziły z ust slogany o światowym pokoju, międzyludzkiej miłości i pojednaniu. To zapewne skutek niefortunnego wywiadu, jakiego w 1966 r. udzielił Lennon. Stwierdził w nim, że "Bitelsi są popularniejsi od Jezusa", co z jednej strony - można uznać za wyskok młokosa, z drugiej zaś - za zachłyśnięcie się sławą.

Idiotyzm tych słów spowodował jednak realne skutki. Wspólnoty chrześcijan na całym świecie poczuły się obrażone, co ciekawe, najbardziej te na południu USA, gdzie ruch palenia beatlesowskich płyt przybrał rozmiary przyprawiające właścicieli salonów muzycznych o rozpacz. Szefostwo Ku-Klux--Klanu nie odmówiło sobie wydania oświadczenia, że w razie przyjazdu muzyków do Alabamy - skończą oni na postronkach. Prawdziwie polityczne ciągoty pojawiły się u Bitelsów już po rozpadzie grupy, gdy u boku Lenonna stanęła Yoko Ono. O ile Starr zajął się po mieszczańsku ciułaniem fortuny, Harrison politykę ograniczał do okazjonalnych koncertów dla głodującego Bangladeszu czy propagowania haszyszu, to Lennon i McCartney zanurzyli się w niej po uszy. Szczególnie Lennon, który w połowie lat 70. wyrósł na ideologa obyczajowego postępu. Jeszcze w 1969 r. zwrócił królowej Order Imperium Brytyjskiego w proteście przeciw wspieraniu przez Anglię obecności Amerykanów w Wietnamie. Potem był "łóżkowy happening" w Amsterdamie, którym walczyli z Yoko o ogólnoświatowy pokój, jeszcze później pojawił się utwór "Imagine", polityczne credo muzyka:

Wyobraź sobie, że nie istnieje niebo (...)
Wyobraź sobie, że nie ma państw (...)
Wyobraź sobie, że nie ma własności,
Nie ma chciwości ani głodu,
A wszyscy są sobie braćmi

Choć w wywiadach Lennon deklarował, że daleko mu do komunizmu, FBI miała zupełnie inne zdanie. Za jego gorące hymny pochwalne pod adresem Mao Lennona chciano nawet deportować ze Stanów. Agenci nazbierali na niego sporą teczkę papierów: szkalowanie Ameryki, kontakty z elementami wichrzycielskimi, sympatie prokomunistyczne. Sporo miejsca w tych oskarżeniach zajmowała zażyłość z Angelą Davis, aktywistką feministyczną związaną z ruchem Czarnych Panter, jedną z szefowych Komunistycznej Partii USA. Davis uważała Związek Radziecki za ostoję szczęścia, odwiedziła go nawet w 1972 r., po drodze goszcząc u towarzysza Ericha Honeckera. Zafascynowani jej działalnością Lennon i Ono poświęcili jej dwie piosenki: "Angela" "Sweet Black Angel".

Politykowanie Paula McCartneya miało i ma zdecydowanie łagodniejszy charakter. W latach 70. deklarował - jak twierdził w wywiadach - "łagodny, ekologiczny socjalizm": walkę o prawa fok, zakaz wyrębu tropikalnych lasów i stosowania min przeciwpiechotnych. Można powiedzieć, że nie dawał o sobie zapomnieć, ale nie kłuł w oczy politycznym animuszem. Ostatecznie od jednego z najbogatszych Anglików na świecie (dziś oceniany jest na kilkaset milionów funtów) można podziewać się większej niż od innych artystów powściągliwości.

Sir Paul zaktywizował się jednak w wciągu kilku ostatnich lat. W ramach niekończących się koncertów na całym świecie w 2008 r. dał głośny koncert w Tel Awiwie, który miał pojednać Palestyńczyków i Izraelczyków (clou koncertu: hebrajska wersja "Yesterday"), a w listopadzie zeszłego roku zaapelował do Władimira Putina w obronie aresztowanych na Morzu Barentsa aktywistów Greenpeace'u. List do prezydenta Rosji zaczął od słów: "Drogi Włodzimierzu", co rosyjskim mediom dało okazję do nazwania eks-Bitelsa przebiegłym lisem polityki.

Legenda Bitelsów trwa w najlepsze. Kilka lat temu watykańskie "L'Osservatore Romano" napisało, że muzyka The Beatles miała u źródeł chrześcijańską inspirację, co sugeruje niedwuznacznie, że i wywołany przez nich ruch kontestacji światopoglądowej jest po latach usprawiedliwiony. Jeszcze ciekawiej brzmi informacja, że Polskie Stowarzyszenie Racjonalistów przyjęło za swój hymn "Imagine" Johna Lennona. Co połączyło redaktorów katolickiego dziennika i polskich ateistów? Nic innego jak triumfująca po latach beatlesowska polityka.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

T
Też Jakub
To tak naprawdę zapowiedź nowego rodzaju muzyki. Beatlesi dali podwaliny pod hard rocka i metal (Helter-Skelter, Revolution), ale też pod post-punk i disco.....właśnie tym kawałkiem. Charakterystyczny rytm, lekka perkusja. Niecałe 20 lat później w dyskotekowych rytmach zaśpiewał o naszym wielkim czerwonym sąsiedzie...jeden z wykonawców Italo Disco Eddy Huntington (U.S.S.R).
Dodaj ogłoszenie