Jak rzucić pracę w korporacji i zacząć w końcu żyć szczęśliwie?

Redakcja
hiny. Zdjęcie Marcina Kucharskiego zostało nagrodzone w konkursie "National Geographic"
hiny. Zdjęcie Marcina Kucharskiego zostało nagrodzone w konkursie "National Geographic" Marcin Kucharski
Rzucili pracę w korporacjach, pożegnali ciepłe posadki i ruszyli w świat. Może mają teraz mniej pieniędzy, ale za to realizują swoje marzenia. O ludziach, którzy znaleźli w sobie odwagę, aby całkowicie zmienić swoje życie, pisze Anita Czupryn

Zaczyna się od marzeń. Ale nie takich o pałacach, limuzynach i całym tym high life w stylu znanym z hollywoodzkich filmów. Nasi bohaterowie są skromni, prostolinijni, a ich marzenia poczciwe. Chcieli rzucić pracę, spędzać więcej czasu ze sobą, z rodziną, z przyjaciółmi. Mieć możliwość pracowania kiedy chcą i gdzie chcą. No i w końcu robić to, co lubią najbardziej: pisać, fotografować, malować albo ścigać się na motocyklach. Jednym słowem - żyć szczęśliwie. Brzmi nierealnie? Ale ich historie pokazują, że to jest możliwe.

Maria Ziółkowska i Marcin Kucharski, specjaliści od finansów, przez 7 lat mieszkali w Warszawie. Mieli świetną pracę w Grupie Żywiec, doskonałe zarobki, ciasną kawalerkę i dwa kilkunastoletnie samochody. W marcu 2009 r. złożyli wypowiedzenia z pracy. Nie chwalili się kolegom, co zamierzają robić. Trzy miesiące później zakończyli okres wypowiedzenia. Wtedy powiedzieli: - Ruszamy w świat. Chcemy podróżować. Może pół roku, może rok, może dłużej. Wielu z ich kolegów też by tak chciało. Ale mówili, że do tego potrzeba odwagi.

- A my zawsze myśleliśmy o tym, żeby podróżować - opowiada Marysia. - Kiedy w końcu podjęliśmy tę decyzję, pierwszą sprawą było, jak sfinansować tę podróż. Zaczęliśmy oszczędzać. Kiedy naszedł czas wyjazdu, wykonaliśmy potrzebne szczepienia. Rodzicom napisaliśmy upoważnienia do banków, urzędów skarbowych, załatwiliśmy karty kredytowe. Sprzedaliśmy jeden samochód. Mój. Był w gorszym stanie technicznym. Wynajęliśmy nasze mieszkanie. Wykupiliśmy ubezpieczenia. Języki znaliśmy: angielski, francuski, niemiecki, rosyjski.

Marcin dodaje: - Nie zostawiliśmy sobie furtki, nie chcieliśmy brać rocznego urlopu. Chcieliśmy zostawić za sobą wszystko, całe nasze dotychczasowe życie, aby nic nie obciążało nas psychicznie.
Zaplanowali, że będą podróżować na Wschód, drogą lądową, najdalej, jak się da. Miało się skończyć na Nowej Zelandii, ale tak daleko nie dojechali. Marysia: - Myślałam, że rok wystarczy, aby dotrzeć do Nowej Zelandii. Choć nie planowaliśmy, jak długo będzie trwała nasza podróż, wiedzieliśmy, że będzie to przynajmniej pół roku, ale też byliśmy przygotowani na to, że jeśli nie będzie nam się podobało, albo będziemy się z tym źle czuli, to wrócimy wcześniej.

W lipcu 2009 r. ruszyli do Sankt Petersburga. Mieli tam znajomego. To był akurat okres białych nocy - wielka atrakcja turystyczna. Kilka dni później ruszyli koleją transsyberyjską. Plan podróży często powstawał z dnia na dzień. Oczywiście, pewne rzeczy trzeba zaplanować, bo trzeba uzyskać wizy, które ograniczają czasowo. Ale byli też otwarci na wszystko, co im się przydarza. Na przykład w Irkucku: mieszkali w tanim hostelu, do którego przyszedł faks z informacją, że w najbliższą sobotę rozpoczyna się obóz międzynarodowy na jednej z bajkalskich wysp. Wszyscy cudzoziemcy mile widziani. Obóz jest za darmo.

- Mieliśmy wątpliwości, czy to prawda. Ale to była prawda, a zarazem lekcja: nie należy się bać tego, co do nas przychodzi - mówi Marysia. Jadąc przez Rosję, Chiny, Mongolię, Japonię, Laos, Kambodżę, Tajlandię, Birmę, Filipiny i Indonezję, dotarli do Malezji. Do niektórych krajów wracali dwukrotnie. - Pierwsze pół roku to było zachłyśnięcie się tą podróżą. Ani przez moment nie pomyśleliśmy o powrocie. Potem stwierdziliśmy, że nie możemy już tak często zmieniać miejsca. Zwolniliśmy - wspomina Marysia.
Spotykali ludzi, którzy podróżowali praktycznie bez pieniędzy. Korzystali z couchsurfingu (organizacja zrzeszająca ludzi oferujących nocleg we własnym domu) albo z woofingu (praca na farmie w zamian za nocleg i wyżywienie). Potrafili miesiąc przeżyć za kilka dolarów.

- Ciężko w to uwierzyć, jeśli jest się osadzonym w naszym, cywilizowanym świecie. Tam, w Azji, to było zupełnie normalne - mówią.
Nie mieli wysokich wymagań. W Mongolii jeździli z namiotem, w innych krajach spali w tanich hostelach za kilka dolarów. - Często też spaliśmy w gościnie. Przychodziliśmy do wioski i pytaliśmy, czy możemy przenocować w chacie - mówi Marcin.

Z czasem zrodziła się w nich pewność, że zawsze znajdzie się miejsce do spania i coś do zjedzenia. Nigdy nie mieli sytuacji, aby spać na przystanku. Może to specyfika tej części świata, ale uważają, że raczej nie. Gościli ich ludzie, którzy widzieli ich pierwszy raz, częstowali swoim obiadem i swoim życiem: Marysia i Marcin widzieli, jak kąpią swoje dzieci i zarzynają kurę na rosół. Tubylcy otwierali się przed nimi, bo dla nich też była to nobilitacja, gdyż w takich wsiach turysta nie pokazuje się zbyt często.

Marysia: - Pamiętam, jak w krajach takich jak Laos czy Birma pierwsze, o co pytali nas mieszkańcy, to było: "Czy jesteście szczęśliwi?". To było dla nich podstawowe, najważniejsze pytanie. Ci ludzie, choć sami mają tak niewiele, nigdy się nie skarżą. Wprowadzają nas do swoich domów, pokazują worki z ryżem, którego musi im starczyć do następnych zbiorów. Nie narzekają: "Mamy tak mało ryżu, nie starczy nam". Dzielą się z nami tym, co sami jedzą. Nie zazdroszczą, że sąsiad ma krowę, a oni nie.

Wtedy zrozumieli też, że wielu ludzi, jakich znają w Polsce, nie jest szczęśliwych, bo albo utknęli w przeszłości, bolejąc nad tym, że czegoś nie zrobili, albo wybiegli w przyszłość, ciągle chcąc więcej. Żeby być szczęśliwym, trzeba być tu i teraz. Doceniać to, co się ma, co nas otacza i co jest obok nas. To kolejna wielka lekcja wynikająca z ich podróży. Po pewnym też czasie oboje doszli do wniosku, że to, co jest najbardziej interesujące, to ludzie i ich życie. Można oglądać zabytki, świątynie, ruiny, ale ich najbardziej interesowali ludzie. Wtedy naprawdę można poznać dany kraj.

Marcin: - Podróż daje wiarę w siebie. Kiedy człowiek wciąż pracuje w jednej firmie, z tymi samymi ludźmi, jego życie się zawęża. Kiedy się ruszy, stwierdza, jaki ten świat jest duży, a ludzie, choć z pozoru inni, to w gruncie rzeczy chodzi im o to samo.

Być może trudno uwierzyć, ale nigdzie nic złego ich nie spotkało. Nikt ich nie okradł, nie bali się o swoje rzeczy, a tym bardziej o życie. Starali się podchodzić do ludzi z szacunkiem, dobrocią i zaufaniem. Mieli wewnętrzne przekonanie, że w świecie, do którego wyruszyli, wszystko układa się dobrze. Uwierzyli też, naocznie się przekonując, że całe dobro, jakim obdarzają innych ludzi, wraca do nich. Mówią: - Wszędzie witano nas z otwartymi ramionami.

Gdzieś po roku poczuli, że czas wracać. Choć Australia i Nowa Zelandia były niemal w zasięgu ręki.
- Zresztą podróży i wracania nie da się tak naprawdę rozdzielić - mówi Marcin. - Myśli przeskakują między tymi dwoma sferami. W trakcie podróży myślami wraca się do osób, za którymi się tęskni, czasem zaczyna brakować w tej włóczędze własnego kąta. Ostatecznie powróciliśmy z mieszanymi uczuciami - wreszcie w domu, ale z drugiej strony: skończyła się przygoda. Ale my tak do końca nie wróciliśmy z tej podróży, wciąż jest obecna w naszych myślach - mówi Marcin.

Cały tekst przeczytasz w weekendowym wydaniu "Polski" lub na stronie prasa24.pl.

Flesz: Wegańskie ubrania. Made in Poland

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie