Jak radziła sobie Hillary Clinton, gdy była współprezydentem

Tomasz Zalewski autor książki „Hillary Clinton”Zaktualizowano 
Od chwili, gdy Bill Clinton wprowadził się do Białego Domu, jego żona nie ukrywała, że chce mieć realny wpływ na podejmowanego przez niego decyzje - pisze Tomasz Zalewski, wieloletni korespondent PAP w USA

Zaczęło się źle. Pierwsze dwa lata prezydentury Billa Clintona upłynęły pod znakiem skandali i przyniosły mu gorzkie porażki. Opór materii okazał się zbyt silny, ale źródłem niepowodzeń była też Hillary.

Jeśli wierzyć plotkarskiej, ale pracowicie udokumentowanej biografii Hillary’s Choice pióra Gail Sheehy, jeszcze w przeddzień przeprowadzki z Little Rock do stolicy Bill spotkał się z Marilyn Jo Jenkins i to w dodatku - co trudno pojąć - w suterenie jego własnej gubernatorskiej rezydencji, nad ranem, kiedy Hillary, niczego nie podejrzewając, spała w ich wspólnej sypialni na piętrze. Według relacji ochroniarza, który przywiózł Jenkins, schadzka trwała 45 minut. Między listopadowymi wyborami a wyjazdem do Waszyngtonu w styczniu Clinton kilkakrotnie spotykał się z kochanką. Zdaniem Sheehy, po krótkim okresie ustatkowania, ponownie rzucił się wtedy w wir erotycznych przygód, bo uważał to za swoistą, należną mu męską nagrodę za trudy kampanii i wyborcze zwycięstwo. A nie musiał się już obawiać rewanżu żony w postaci odmowy zawodowej współpracy, co groziło mu wcześniej - osiągnął swój cel i nie potrzebował wiecej pomocy. Do Hillary dochodziły sygnały jego eskapad.

Przejmowanie władzy przez prezydenta elekta i jego ekipę odbywało się więc w atmosferze rosnącego napięcia między małżonkami. Nie wyglądali już na pokazowy team powołany do realizacji Wielkich Zadań. Jeszcze przed zaprzysiężeniem Clintona 20 stycznia 1993 roku, kiedy oboje przygotowywali się na Kapitolu do uroczystości przed jego frontem, personel Kongresu słyszał dochodzące zza drzwi odgłosy kłótni. Na zewnątrz Pierwsza Para prezentowała jednak obraz zgody i harmonii. Na balach w dniu inauguracji tańczyli jak zauroczeni sobą kochankowie przeżywający miodowy miesiąc. Prasa krytykowała tylko dziwaczny, zbyt duży kapelusz Hillary - „niezidentyfikowany obiekt latający, który wylądował na jej głowie”, jak go opisywał „Washington Post”. Ale niedługo po inauguracji doszło do kolejnego incydentu. Kiedy Hillary była w Arkansas przy łóżku umierającego ojca, Bill gościł w Białym Domu Barbrę Streisand z jej ówczesnym boyfriendem. Gwiazda śpiewała specjalnie dla prezydenta swoją najnowszą piosenkę. Po powrocie Hillary dowiedziała się o wizycie i chociaż tym razem nie było powodów do zazdrości, wpadła w furię. Nazajutrz Clinton pokazał się publicznie ze szramą na policzku. Jego rzeczniczka Dee Dee Myers tłumaczyła, że prezydent zaciął się przy goleniu. Później sama przyznała, że blizna była na to o wiele za duża.

Nikogo nie zaskoczyły doniesienia, że w Białym Domu Hillary nie będzie tradycyjną First Lady, tylko najbliższą doradczynią Billa. Zgodnie ze swym życzeniem, jako pierwsza w historii żona prezydenta dostała biuro nie we Wschodnim Skrzydle (East Wing) budynku, przeznaczonym na spotkania z gośćmi i inne typowe zajęcia Pierwszej Damy, lecz na pierwszym piętrze w słynnym Zachodnim Skrzydle, gdzie mieści się prezydencki Gabinet Owalny i urzędy głównych współpracowników przywódcy kraju. I ona sama - a nie mąż prezydent, jak to było dotychczas - decydowała o jego personelu. Nie wszyscy pochwalali tak jednoznaczne podkreślenie bezprecedensowej roli jego małżonki, ale można to było uznać za symboliczne potwierdzenie bezspornego faktu.

Gorzej, że „współprezydent Hillary” popełniała błąd za błędem.

Od samego początku wszczęła wojnę z mediami. Prezydencki korpus prasowy miał się przenieść do sąsiedniego Executive Building, pierwotnej siedziby rządu, gdzie dziś urzędują oficjele niższego szczebla. Wyperswadowano jej ten pomysł, ale uparła się, by w Białym Domu zamknąć przed dziennikarzami korytarz łączący salę codziennych briefingów z resztą Zachodniego Skrzydła, gdzie można było zawsze dotrzeć do rzeczników prezydenta. Wbrew sugestiom doradców, Bill przystał na dziwaczne żądanie żony. Po złych doświadczeniach z tabloidami, za którymi mainstreamowe media relacjonowały skandale seksualne Clintona, Hillary nabrała pogardy dla „czwartej władzy” i postanowiła trzymać ją na dystans. Dziennikarze, obsługujący Biały Dom od dziesięcioleci, nie mogli jej tego darować. Nabrali przekonania, że Pierwsza Dama izoluje się od nich, bo ma wiele do ukrycia. Jak to się ma do zapewnień z kampanii, że nowa administracja będzie „czysta” i transparentna, że będzie działać - zgodnie zresztą z amerykańską tradycją - przy otwartej kurtynie? Tak jak ostrzegali Clintonów przyjaciele, urażone media wzięły ich pod lupę i doczekały się wkrótce słodkiej zemsty.

- Inaczej niż Bill Clinton, który chciałby miłośnie objąć cały świat, Hillary dzieli ludzi na „przyjaciół”, tych, z którymi się styka na co dzień i których dobrze zna, oraz „outsiderów”, czyli całą resztę. Wobec przyjaciół jest otwarta, ciepła i lojalna. Wobec outsiderów spięta i nieufna. Do tych ostatnich, niestety, należą media - mówi Daniel Fried, były asystent Clintona i ambasador Stanów Zjednoczonych w Polsce, który w 2009 roku doradzał Hillary, kiedy była First Lady obejmowała kierownictwo Departamentu Stanu.

Nie ulegało bowiem wątpliwości, że przecieków nie da się uniknąć, zwłaszcza w atmosferze, jaka zapanowała w Białym Domu pod nowym zarządem. Clintonowie sprowadzili tam ekipę krańcowo odmienną od tych, jakimi otaczali się ich republikańscy poprzednicy: Reagan i Bush senior. Układnych asystentów w garniturach, krawatach i kostiumach zastąpili młodzi ludzie w dżinsach i T-shirtach - kumple Billa z Arkansas i Oksfordu, którzy jedli w biurze pizzę i wraz z prezydentem i First Lady debatowali do rana o polityce. Zamiast porządku i dyscypliny, panującej za Republikanów, Biały Dom funkcjonował jak kampus uniwersytecki. Znany z rozwichrzenia, zamiłowania do improwizacji i niepunktualności Clinton zmuszał pomocniczy personel swej rezydencji do nieustannej pracy bez stałych godzin, do których przyzwyczaili ich poprzedni szefowie. Szczególnie denerwowało to agentów Secret Service, których w dodatku Hillary - jak się skarżyli - traktowała wyniośle i opryskliwie.

Musiało się to skończyć źle. W miesiąc po inauguracji dziennik „Chicago Sun Times” opublikował tekst o kłótni w małżeńskiej sypialni Clintonów, w czasie której Hillary rzuciła w Billa lampą. Anonimowym źródłem materiału był świadek scysji - agent prezydenckiej ochrony. Pierwsza Dama wpadła w furię, bo Secret Service nie zdementował podanej sensacji, którą podchwyciły potem inne media. Wymieniono kierownictwo agencji i zwolniono funkcjonariuszy uznanych za sympatyków poprzedniej administracji.

Ale przecieki nie ograniczały się do służb specjalnych. Wkrótce media podały inne, w istocie ważniejsze, choć nie tak już sensacyjne, wiadomości - o chaosie panującym w Białym Domu, sporach między współpracownikami prezydenta i potknięciach jego doradców, spro­wadzonych do Waszyngtonu z Arkansas. Byli oni zaufanymi przyjaciółmi Pierwszej Pary, ale ewidentnie nie radzili sobie w powierzonych im rolach. Na cenzurowanym znaleźli się: nowy szef kancelarii Clintona, Thomas „Mack” McLarty, jego szkolny kolega z Hope w Arkansas, i asystent Hillary, jej najwierniejszy przyjaciel Vince Foster. Ten ostatni, oraz mianowany zastępcą prokuratora generalnego Webster Hubbell byli partnerami Hillary z kancelarii adwokackiej Rose w Little Rock. Hubbell miał wkrótce zostać oskarżony o oszukiwanie klientów w tej firmie. Fiaskiem zakończyła się też nominacja na prokuratora generalnego Zoe Baird, pierwszej w historii kobiety kandydującej na to kluczowe stanowisko - wyszło bowiem na jaw, że jako pomoc domową zatrudniała ona nielegalną imigrantkę z Ameryki Łacińskiej.

Tymczasem to Pierwsza Dama decydowała praktycznie o obsadzie gabinetu, ponieważ Bill uzgadniał z nią niemal wszystkie nominacje. Utarło się w Stanach Zjednoczonych, że pierwsze sto dni nowej administracji powinno być „miodowym miesiącem” prezydenta ze społeczeństwem i reprezentującym go Kongresem, ale stało się jasne, że w wypadku Clintona były to raczej „gorzkie gody”. Prasa rozpisywała się o bałaganie w Białym Domu i o tym, jak nowi jego zarządcy, przybyli z głuchej, zapadłej prowincji, nie radzą sobie w stolicy supermocarstwa. Padł zarzut kumoterstwa, kiedy na wniosek Hillary zwolniono, pod zarzutem niegospodarności, cały personel White House Travel Office, biura organizującego podróże dziennikarzy towarzyszących prezydentowi, i zatrudniono w nim nowych ludzi pod kierownictwem „FOB” (Friends of Bill), czyli najbliższych przyjaciół Clintonów. Ale pretensje do Hillary nie ograniczały się do polityki personalnej - dotyczyły także jej wpływu na politykę państwa.

Już w pierwszym miesiącu urzędowania Clinton ogłosił serię decyzji, powitanych z entuzjazmem przez lewicowych liberałów, ale szokujących dla konserwatywnych Amerykanów. Podpisał prezydenckie dekrety, które odwoływały wprowadzone przez Reagana i Busha zakazy: doradztwa w sprawie przerywania ciąży w klinikach subsydiowanych przez rząd federalny, dofinansowania przez rząd międzynarodowych programów promujących dostępność aborcji i antykoncepcji oraz ośrodków planowania rodziny, a także zakaz aborcji w amerykańskich szpitalach wojskowych za granicą. A zaraz potem ogłosił, że zamierza zalegalizować służbę jawnych homoseksualistów w wojsku. To ostatnie posunięcie wywołało zażarty opór dowództwa armii; protestował nawet cywilny przewodniczący Kolegium Szefów Sztabów, emerytowany generał Colin Powell. Clinton musiał się cofnąć - Pentagon zgodził się tylko, choć niechętnie, by geje służyli w siłach zbrojnych, ale nie wolno im było ujawniać swej odmienności (formuła: „Don’t Ask, Don’t Tell”, oznaczająca, że także dowódcy nie mogą pytać żołnierzy o orientację seksualną).

polecane: Flesz - e-papieros zagraża zdrowiu

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 6

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

m
ma zapewniony

dach nad glowa, wikt i opierunek, plus inne benefity z owej fundacji na 10 lat. Lewak to ma klawe zycie, oraz wyzywienie klawe, ............

k
krak

to polityczne bankructwo.

G
Gość

Kobieta o zaawansowanym wieku ma wiele innych hobby. Jednak wladza imperium nie jest hobby, lecz najwazniejszym z najwazniejszych obowiazkow!

G
Gość

I owszem, istna tragedia dla resortów lewaków, natomiast już dla innych przeogromna radość.

G
Gość

a Bill dostawał zlecenia na wykłady, za które brał 50-75 tyś. ciepłych dolarów.
Do tego Fundacja Clintonów też miała się niezgorzej, bo i tam wpływały miliony "na biednych i
potrzebujących".

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3