Jak pogodzić literaturę noir z socjalizmem?

Mariusz Grabowski
Polskapresse/archiwum
Z Henningiem Mankellem ideowo zupełnie mi nie po drodze. Nie przekonują mnie jego socjalistyczne ideały, na które zamienił młodzieńczy zachwyt filozofią Mao, publiczne wyznania wiary w sprawiedliwość społeczną ani cielęce zauroczenie wielokulturowością. A już jego zamustrowanie się rok temu na pokład Flotylli Wolności, którym pisarz dał wyraz miłości do palestyńskich terrorystów, przekonało mnie ostatecznie, że umiejętność fabrykowania poczytnych kryminałów nie zawsze musi iść w parze z polityczną roztropnością.

Widocznie już tak musi być, że jak Szwed, to ma socjalizm we krwi. Akurat Mankell i tak szczęśliwie ma go mniej, niż miał jego rodak towarzysz Stieg Larsson, którego wiara w zwycięstwo postępu daje się odczytać z każdej stronicy sygnowanej przezeń trylogii "Millennium". Mankell życzliwie oszczędza czytelnikom politgramoty, zostawiając ją sobie na czas wolny. Popisując się przy tym zdrowym rozsądkiem i zdając sobie doskonale sprawę, że mieszanie biznesu i lewicowych poglądów nie przekłada się na kasę, którą zgarnia na całym świecie za swoje kryminalne intrygi.

Czytaj też:Idę przez życie, sławiąc geniusz Houellebecqa

Ale znam jednak i takich, którzy i w przygodach Mankellowego komisarza Kurta Wallandera wyczytali skandynawską wiarę w społeczny raj. Może coś w tym jest, wszak jego książki przenika sentyment za coraz bardziej rozwiewającym się szwedzkim dobrobytem, wszechwładzą państwa, emigranckim azylem dla Somalijczyków, których jest dziś w Szwecji ponad 120 tysięcy, czy przyzwoleniem na obyczajowy liberalizm. Bohaterowie Mankella, wychowani zazwyczaj u schyłku XX wieku, dopiero muszą się zmierzyć z brutalną rzeczywistością, w której nie wszystkich stać na wypasionego saaba, luksusową emeryturę lub choćby wiarę, że żyją w socjalistycznym eldorado.

Czytaj też:Umberto Eco, czyli pisarz dla zwykłych ludzi

Owa utrata złudzeń dotyka też Wallandera. W wydanym właśnie przez W.A.B. tomie "Piramida" Mankell przenosi nas w czasy, gdy Wallander raczkuje w policyjnym fachu. Mamy więc koniec lat 60. w Malmö. Nasz bohater układa sobie stosunki z żoną, ekscentrycznym ojcem i niesforną córką. Przekonuje się też, że powszechna w jego ojczyźnie wiara w dobroć ludzkiej natury to mit. Jego bliźni nie mają w sobie nic z aniołów: nie tylko mordują się głupio i krwawo, ale zdradzają wszelkie symptomy tego, że życie w socjalistycznym społeczeństwie wcale nie niesie im radości.

Tym samym Mankell próbuje znaleźć swojemu literackiemu alter ego w miarę sensowny powód dalszej egzystencji. Będzie nim przez lata poczucie sprawiedliwości, które Wallander będzie pielęgnował jak każdy rasowy policyjny bohater kryminałów noir. Ale ceną, jaką przyjdzie mu to zapłacić, okaże się samotność, wyobcowanie, niezrozumienie przez rodzinę, wreszcie gorycz. Przyznacie chyba sami, że rozgoryczony Szwed niezbyt pasuje do optymistycznej wizji społeczeństwa, nauczanej w tamtejszych szkołach.

Czytaj też:Pozostałe felietony Mariusza Grabowskiego

Dlatego, choć poglądy Mankella przejmują mnie - delikatnie mówiąc - niechęcią, jego powieści wciąż łykam z zaciekawieniem. Więcej mówią bowiem o ludzkiej naturze niż najbardziej wzniosłe deklaracje społeczne wygłaszane do świata przez pisarza z jego posiadłości w Mozambiku.

Henning Mankell, "Piramida", wyd. W.A.B., Warszawa 2011, cena 49,90 zł

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

B
Borowka

Wyslac ich do senatorium socjalizmu do Korei lub na Kube moze otrzezwieja Ci pisarze nie wiedza o czym mowi i zyja na inne planecie mijaja sie z rzeczywistoscia

Dodaj ogłoszenie