Jak Platforma wymieniała Kidawę-Błońską na Trzaskowskiego

Witold Głowacki
Witold Głowacki
Andrzej Jankowski / POLSKAPRESS
- Sikorski? On już zamawiał krawca na zaprzysiężenie - śmieje się polityk Platformy. Opisujemy jak doszło do wymiany Małgorzaty Kidawy-Błońskiej na Rafała Trzaskowskiego w roli kandydata Platformy w wyborach prezydenckich 2020 roku

To był smutny widok dla wyborców Platformy - zwłaszcza dla tych, którzy wciąż należeli do tej kilkuprocentowej grupy Polaków konsekwentnie deklarujących w sondażach, że zagłosują w wyborach prezydenckich na Małgorzatę Kidawę Błońską.
Dotychczasowa kandydatka Platformy wygłosiła oświadczenie o swej rezygnacji z udziału w wyborach prezydenckich sama, w sporej pustej sali. Sprawiała wrażenie porzuconej przez partię i trochę bezradnej. Starała się wytłumaczyć wyborcom swe wolty w sprawie koronawyborów, które tak bardzo zaszkodziły jej notowaniom. - Gdyby nie mój mocny głos i mówienie o bojkocie, wybory w maju pewnie by się odbyły. A tak zauważono to, ludzie zaczęli o tym mówić, Kaczyński się zatrzymał, Senat i samorządy spowodowały, że mamy szansę na wolne i demokratyczne wybory. - mówiła Kidawa-Błońska.

Efekt był taki, że gdy tylko skończyła mówić, posypały się komentarze dotyczące nawet nie samej rezygnacji (bo ta była już powszechnie spodziewana), co faktu, że Kidawa występowała sama, bez nikogo z partyjnych władz, tak jakby Platforma się jej wyparła, wypychając przed kamery na ostateczne pożarcie.

Otóż wszystkie nasze źródła są tu zgodne - to Kidawa-Błońska odmówiła występowania u boku kogokolwiek z partyjnych kolegów. Czy dlatego, by ich pogrążyć? - Ja widzę w tym raczej wielką odwagę samej kandydatki, wzięła tę sytuację kryzysową na własne barki, nie obciążała partii ani jej władz tą porażką - mówi nam polityk Platformy, którego trudno posądzać o szczególną sympatię dla Kidawy-Błońskiej.

W każdym razie stało się to, co musiało się stać. W miejsce kandydatki, która zdawała się już nie mieć specjalnych szans nawet na walkę o drugą turą, Platforma wystawi prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego licząc na to, że w wyborach prezydenckich w konfrontacji z Andrzejem Dudą uzyska on wynik choć w części tak dobry, jak półtora roku temu, w wyborach samorządowych w starciu z Patrykiem Jakim.
W pierwszej kolejności Trzaskowski będzie musiał odrobić straty. Te zaś są naprawdę znaczne.

Pierwsze poważniejsze myśli o wymianie kandydatki zaczęły krążyć po Platformie jeszcze wczesną wiosnę - gdy Małgorzatę Kidawę-Błońską zaczął najpierw doganiać w sondażach a następnie nawet wyprzedzać Władysław Kosiniak-Kamysz.
- Proszę popatrzeć na historię polityczną Polski ostatnich 20 lat. Czy kiedykolwiek dotąd wyobrażaliśmy sobie choćby, że kandydat PSL mógłby mieć szansę na wyprzedzenie kandydata Platformy? No właśnie - to był ostateczny sygnał, że tym razem coś jest z nami bardzo, bardzo nie tak. - mówi nam polityk Platformy.

Oczywiście sporo było nie tak. Wcale niekoniecznie z samą Platformą. Wtedy - pod koniec marca i w kwietniu - epidemia stanowiła w Polsce zarówno realne zagrożenie, jak i sporą niewiadomą. Zaczynały się masowe zakażenia w służbie zdrowia, jednocześnie nasz kraj był w stanie wykonywać zaledwie po kilka tysięcy testów na dobę. Rząd wprowadzał kolejne - coraz bardziej drakońskie - restrykcje sanitarne, paraliżując zarówno gospodarkę, jak i życie polityczne - w tym oczywiście możliwość prowadzenia jakiejkolwiek kampanii prezydenckiej, przynajmniej we względnie tradycyjnym rozumieniu. Jednocześnie jednak partia rządząca otwarcie i nie oglądając się na nic parła do wyborów w maju - najpierw miały się odbyć w pierwotnym terminie, następnie tydzień lub dwa tygodnie później według zmienionych w ostatniej chwili na korespondencyjne zasad.
To, że ewentualność przeprowadzenia wyborów podczas epidemii budziła sprzeciw opozycji, jest całkowicie zrozumiałe. Platforma przyjęła tu jednak taktykę, która okazała się zabójcza dla Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Kandydatka PO na przemian bowiem albo wzywała do całkowitego bojkotu koronawyborów, albo też, jak gdyby nic, zabiegała o poparcie. Powstał w ten sposób dość osobliwy, jak na walkę o prezydenturę, przekaz - kandydatka przecież równolegle namawiała wyborców i do oddania głosu na siebie, i do nieoddawania głosu w ogóle.

Sondażowe wyniki tej nie-strategii były łatwe do przewidzenia. Część elektoratu opozycji twardo deklarowała ankieterom już na wstępie badania (od tego zawsze się one zaczynają), że na koronawybory nie pójdzie. Trudno przesądzić, jaka część z nich robiła to sama z siebie, przejęta sytuacją epidemiczną lub zniesmaczona zachowaniem PiS, a jaka została przekonana przez kandydatkę Platformy. Efekt w obu wypadkach był w każdym razie taki, że ankieterzy już nie zadawali kolejnych pytań o preferencje wyborcze, w sondażach bierze się pod uwagę bowiem wyłącznie opinie tych ankietowanych, którzy twierdzą, że na wybory idą. W konsekwencji w sondażach przy kiepskiej (za sprawą rezygnacji wyborców opozycji) frekwencji miażdżąco wygrywał Andrzej Duda - niektóre badania dawały mu nawet zwycięstwo w I turze. Wyborców deklarujących, że oddadzą głos na Kidawę-Błońską było coraz mniej. Na koniec wyprzedzał ją zaś już nie jeden kandydat opozycyjny, lecz dwóch.
Czas kwarantanny okazał się najmniej szkodliwy dla kampanii prowadzonej przez Szymona Hołownię. Nic w tym dziwnego - Hołownia, jak każdy współczesny kandydat bez partyjnego zaplecza, od początku bardzo mocno stawiał na media społecznościowe i inne formy dotarcia do wyborców za pośrednictwem sieci. W warunkach kwarantanny okazało się to wyjątkowym atutem. Gdy inni kandydaci silili się na naturalność lajfując na Facebooku z przydomowego ogródka, Hołownia wypadał na ich tle najbardziej przekonująco. Z kolei im bardziej żenującą postać przybierała awantura o koronawybory, tym chętniej wyborcy zwracali się w stronę kandydata spoza znanego im świata polityki.

W efekcie w momencie, w którym Małgorzata Kidawa-Błonska rezygnowała, to właśnie Szymon Hołownia wysuwał się na prowadzenie w rywalizacji wśród nie-PiS-owskich kandydatów. Dodatkowo sprzyjają mu bardzo obiecujące szacunki dotyczące II tury - to on ma największe szanse na najbardziej efektywne skonsolidowanie wyborców pozostałych kandydatów opozycji, a nawet realne szanse na przejęcie pewnej niewielkiej części elektoratu Andrzeja Dudy - rzecz dla kandydatów Lewicy czy Platformy niemal nieosiągalna.

Rezygnacja Kidawy-Błońskiej nastąpiła w momencie, w którym reprezentantka najsilniejszej w parlamencie partii opozycyjnej notowała w sondażach zaledwie jednocyfrowe poparcie. Oskarżenia o to, kto jest za to w największym stopniu odpowiedzialny, będą powracać w Platformie jeszcze długo. Przed poważniejszym konfliktem o rozliczenie tych wyborów może uchronić Platformę przede wszystkim dobry wynik Rafała Trzaskowskiego.
Na to zaś szanse są. O ile Platformie udał się jedynie sam start kampanii Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, później zaś popełniano błąd za błędem, o tyle wymiana kandydatki zakończyła się bardzo racjonalnym wyborem. Platforma nie ma w tej chwili polityka, który w wyborach miałby większe szanse niż Trzaskowski.

W zeszłorocznych prawyborach - czy może raczej w procesie nominacyjnym, bo członkowie partii nie mogli głosować bezpośrednio, to prawo mieli jedynie delegaci na konwencję krajową - oprócz Małgorzaty Kidawy-Błońskiej startował jeszcze Jacek Jaśkowiak, prezydent Poznania. Ale tym razem, gdy potrzeba zresetowania kampanii stawała się coraz bardziej paląca, jego nazwisko wróciło już tylko na moment. Niezbyt długo zastanawiano się też nad możliwością wystawienia Tomasza Grodzkiego, marszałka Senatu.
- Powiedział, że jest gotów, jeśli partia będzie go potrzebować. Ale chyba sam też dobrze wiedział, że to nie jest idealny pomysł - mówi polityk Platformy. Grodzkiego szersza publiczność poznała dopiero jesienią, gdy objął funkcję marszałka przejętego przez opozycję Senatu. Wtedy przez moment przymierzano go do roli kandydata - szybko jednak porzucono ten pomysł, uznając, że musi jeszcze minąć trochę czasu, zanim z mało dotąd w polityce znanego profesora medycyny da się zrobić politycznego frontmana.
Dlatego teraz odkąd zaczęły się myśli o wymianie Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, dość konsekwentnie przeważał w Plaformie pomysł postawienia na kandydata, który był już bardzo poważnie brany pod uwagę na przełomie lata i jesieni zeszłego roku, czyli od czasu gdy PO dopiero przymierzała się do uruchomienia kampanii prezydenckiej po zakończeniu tej parlamentarnej. Wtedy wszystkie zamawiane przez partię badania potencjału ewentualnych kandydatów wskazywały, że to Rafał Trzaskowski może mieć największą zdolność do przejmowania elektoratu pozostałych kandydatów, co byłoby kluczowe dla zwycięstwa w II turze.
Badania prowadzono w warunkach, w których jeszcze nikt - nawet w plotkach - nie słyszał o możliwości kandydowania Szymona Hołowni, i w których relatywnie niebezpiecznym rywalem zaczynała się wydawać skonsolidowana i prąca tym razem w sondażach do Sejmu Lewica. To Trzaskowski był wtedy wśród możliwych kandydatów Platformy tym o największym potencjale. Ale nie wystartował. Nie, nie było w tym żadnego spisku.

- To nie jest tajemnica. Rafał po prostu kategorycznie odmówił - bez żadnych scen, ale bardzo stanowczo. Tłumaczył, że dopiero zaczął swoją misję w Warszawie i nie może zawieść wyborców. - mówi polityk Platformy. Dodaje, że te same argumenty krążyły też w partii. Wyjaśnia, że po odmowie Trzaskowskiego odłożono wyłanianie kandydata PO na czas po wyborach, Platforma zresztą szybko pogrążyła się w wewnętrznej walce o przywództwo nad samą partią. Jednym z jej elementów były prawybory, rzucone partii przez broniącego jeszcze wtedy swej pozycji Grzegorza Schetynę.
Dziś o prawyborach nikt już nie pamięta. Z jednym wyjątkiem. Bo przecież i tym razem powracało nazwisko Radosława Sikorskiego, który nieco ponad 5 lat temu przegrał w partyjnych prawyborach z Bronisławem Komorowskim, potem był zaś przymierzany do udziału w tych, w których wygrała Małgorzata Kidawa-Błońśka, by w końcu trafić na giełdę nazwisk towarzyszącą pogłoskom o jej rezygnacji z kandydowania.

- Sikorski? O tak, tym razem to on już zamawiał krawca na zaprzysiężenie - szydzi polityk Platformy. Nasi rozmówcy są zgodni. Radosław Sikorski rzeczywiście znów bardzo chciał zostać kandydatem Platformy - problem jednak w tym, że władze partii przyjęły ten pomysł z niemal zerowym entuzjazmem. Przeważało przekonanie, że jedynym efektem wystawienia tego kandydata będzie pogłębianie efektu politycznej polaryzacji - coraz mocniej męczącego wyborców.
- Zdaje się, że nie minął tydzień od momentu, w którym Sikorski obnosił się ze swym prezydenckim formatem, a już wywołał kolejną jatkę na Twitterze, prawda? - pyta retorycznie polityk Platformy, którego pytam o powody, dla których pomysł z Sikorskim tak szybko upadł. Rzeczywiście - „zamknij się, wariatko” napisał Sikorski na Twitterze do Krystyny Pawłowicz, skądinąd także niesłynącej e szczególnych zdolności do powściągania emocji w debacie publicznej.
- Właśnie, otóż nie chodzi nam o kandydata, który by się ścigał z Krystyną Pawłowicz - mówi nasz rozmówca z Platformy.

Po polityczno-dziennikarskim światku krążą pogłoski, jakoby PiS (albo raczej zależne od partii rządzącej media) szykował materiały mające pogrążyć Trzaskowskiego w oczach wyborców. W roli skruszonego informatora miałby tu powrócić Michał Dzięba, niegdyś znacząca postać w gronie tzw „złotej młodzieży” Platformy - to on miałby przedstawić informacje kompromitujące kandydata PO.
Problem w tym, że takie same plotki intensywnie krążyły po Warszawie również w apogeum kampanii samorządowej 2018 roku. Wydaje się bardzo mało prawdopodobne, żeby PiS dysponując „bombą” mogącą zniszczyć Trzaskowskiego, nie użył jej już wtedy. W tamtych wyborach Trzaskowski dosłownie zdeptał dwojącego się i trojącego Patryka Jakiego - swego kontrkandydata ze Zjednoczonej Prawicy - i wziął prezydenturę Warszawy już w pierwszej turze. Właśnie o Warszawę toczył się wtedy najbardziej zawzięty bój, PiS-owi niezmiernie zależało na przejęciu stolicy z rąk Platformy, byłby to bardzo wymowny symbol zwycięstwa i dominacji nad opozycją - najbardziej jednoznaczny spośród wszystkich zwycięstw możliwych do uzyskania w wyborach samorządowych.

Gdyby bomba mogąca zmieść Trzaskowskiego była wówczas naprawdę dostępna, PiS by jej użył. Zresztą - z jej braku użyto wtedy kapiszona. Objawił się wówczas właśnie wspomniany już Michał Dzięba, były działacz Platformy. Ogłosił, że był świadkiem zażywania narkotyków przez Trzaskowskiego - oskarżył go tez o korzystanie z nielegalnych form finansowania kampanii wyborczej. Trzaskowski pozwał Dziębę - skończyło się na ugodzie, wycofaniu oskarżeń i przeprosinach.
Czy coś podobnego miałoby się powtórzyć i teraz? Nie wnikając w to głębiej warto jedynie odnotować, że latem zeszłego roku prokuratura w Piotrkowie Trybunalskim mocno nieoczekiwanie ogłosiła, że wszczyna śledztwo w sprawie rewelacji Dzięby. Od tego czasu w tej sprawie panowała cisza.

***

To paradoks, ale przy kilkunastoprocentowych startowych notowaniach w pierwszych sondażach Trzaskowski, ma w tej chwili realne szanse na walkę o zwycięstwo w wyborach prezydenckich. Na tym etapie największym wyzwaniem, które przed nim stoi, jest wyprzedzenie i zdystansowanie pozostałych kandydatów opozycji ze szczególnym uwzględnieniem Szymona Hołowni. Ten bowiem z kandydatów opozycji, który zdoła wejść do drugiej tury, z dużym prawdopodobieństwem pokona słabnącego obecnie w błyskawicznym tempie wraz z całym obozem rządzącym Andrzeja Dudę.

Przed nami rekordowa waloryzacja emerytur

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie