Jak nieistotne czyny zmieniają świat

Agaton Koziński
Agaton Koziński
Agaton Koziński Polskapresse
Japończycy czują się zmanipulowani - Agaton Koziński podsumowuje tydzień w świecie idei.

Waszyngton, USA
Piętą achillesową Baracka Obamy jest polityka zagraniczna - zauważają Karl Rove i Ed Gillespie na łamach prestiżowego magazynu "Foreign Policy".

Rove i Gillespie byli prominentnymi członkami administracji George'a W. Busha - Rove był bliskim doradcą byłego prezydenta (mówiono o nim nawet "mózg Busha"), z kolei Gillespie był analitykiem politycznym w Białym Domu w czasach jego rządów. Obaj we wspólnym artykule skupili się na analizie trwającej w Stanach Zjednoczonych kampanii wyborczej. I podkreślili, że na razie przybrała ona niekorzystny obrót - koncentruje się wokół takich tematów jak bezrobocie czy gospodarka. Tymczasem najłatwiej obecnego prezydenta byłoby zaatakować na polu polityki zagranicznej.

Według byłych doradców Busha Obama źle zdefiniował sposób, w jaki należy działać na arenie międzynarodowej. Podkreślają, że Amerykanie swoją wyjątkowość traktują jako powód do dumy, uważają się za siłę dobra na świecie. Tymczasem obecny prezydent zachowuje się jakby "USA były gigantem ze skazą". Ten błąd należy wykorzystać, udowodnić naiwność myślenia, jaka się za nim kryje, a także zaznaczyć, że taki sposób postępowania stanowi poważne zagrożenie dla interesów całego kraju.

Wizji polityki zagranicznej zdefiniowanej przez Obama kandydat Republikanów w wyborach prezydenckich powinien przeciwstawić koncepcję własną. Jak twierdzą Rove i Gillespie, powinna ona opierać się na czterech filarach. Po pierwsze, na walce z radykalnym terroryzmem islamskim (najpoważniejsze wyzwanie). Po drugie, na niebezpieczeństwie, jakie niosą ze sobą głębokie cięcia w budżecie obronnym USA. Po trzecie, na zagrożeniach ze strony państw zbójeckich, przede wszystkim Korei Północnej i Iranu. Po czwarte wreszcie, na niedostosowaniu amerykańskiej gospodarki do wymagań globalizacji.

Rove i Gillespie zaznaczają jednocześnie, że Obama ma mocną kartę w ręku - w końcu to za jego kadencji zabito Osamę bin Ladena. "Pod koniec kampanii wyborcy pewnie będą mieli wrażenie, że Obama zastrzelił go niemal własnoręcznie" - piszą. I dodają, w jaki sposób Republikanie powinni rozbroić ten argument. "Za pomocą pochlebstw. Należy go za to chwalić, ale jednocześnie podkreślać, że Osamę zabiły oddział SEAL" - podkreślają.

Obaj doradcy zaznaczają, że sondaże jednoznacznie wskazują, że według Amerykanów za kadencji Obamy USA straciły dominującą pozycję na świecie. "Głównie dlatego, że prezydent nie zajął pozycji silnego przywódcy świata. Kandydat Republikanów musi zmienić ten stan rzeczy" - zaznaczają.

Teheran, Iran
"Rozstanie" łączy USA z Iranem - uważa irański reżyser Persheng Vaziri.

Vaziri jest filmowcem, który tworzy w Iranie i USA. Chętnie zajmuje się także krytyką filmową. W swoim ostatnim artykule odniósł się on do filmu "Rozstanie" w reżyserii Asghara Farhadiego. Ten dramat sądowy święci triumfy na całym świecie. Niedawno otrzymał Oscara dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego (pokonał m.in. polskie "W ciemności"), wcześniej otrzymał Złotego Globa, a także wygrał festiwal w Berlinie. Swój triumfalny pochód po przeglądach filmowych na całym świecie rozpoczął od zwycięstwa w festiwalu irańskiego kina.
Według Vaziriego te wszystkie triumfy i zaszczyty były możliwe ze względu na uniwersalny przekaz "Rozstania". Dlatego właśnie Irańczycy są dumni z tego, że ich film odniósł sukces także w USA. Pisano o tym dużo w lokalnych mediach. Choć nie można też wykluczyć, że było to możliwe ze względu na interpretację tego dzieła, jaka się pojawiła w Iranie. Jedna z nich mówi, że obrazuje on sankcję, jakimi został objęty ten kraj, co owocuje samonakręcającą się spiralą nienawiści.

Vaziri tej interpretacji nie podziela. "Film każe nam uświadomić sobie, jak wielki wpływ na nasze życie mogą mieć niezbyt istotne decyzje podjęte pod presją. To właśnie one kształtują nasze życie. Ta prawda dotyczy osób religijnych i niewierzących, biednych i bogatych, muzułmanów i mieszkańców Zachodu" - zaznacza.

Osaka, Japonia
Mimo zakrojonych na szeroką skalę działań rządu Japończyków ogarnęło poczucie bezradności - uważa prof. Masahiro Matsumura, politolog.

11 marca mija rok od katastrofy w elektrowni atomowej w Fukushimie. Matsumara porównuje ją do zamachów na USA z 11 września 2001 r. W tych przypadkach natychmiast po tragedii władze z całej mocy zaangażowały się w działania mające przywrócić stan pierwotny. Wykładano duże pieniądze na rekonstrukcję budynków, a także na odbudowę samopoczucia obywateli. "W amerykańskiej telewizji do znudzenia pokazywano film z walącymi się wieżami World Trade Center. W japońskiej nieustannie pokazywano zdjęcia ze zniszczonej elektrowni. W ten sposób próbowano zjednoczyć naród w obliczu tragedii, a jednocześni uniknąć brutalnych podziałów i prób rozliczeń" - uważa politolog.

W Japonii nie do końca się to udało. W ciągu roku w tym kraju trzy razy zmienił się premier. Ale każdy z nich dążył do przywrócenia sytuacji, w której sprawy miałyby biec własnym torem. To jednak nie przekonywało Japończyków. "Ogarniało ich poczucie bezradności wobec tych prób politycznej manipulacji. Potrzebne będzie wiele lat, zanim w kraju uda się odbudować poczucie zadowolenia, Japończycy przestaną się czuć oszukani. Bez tego kraj nie zdoła wrócić na szybką ścieżkę wzrostu i rozwoju" - przewiduje profesor Matsumura.

Agaton Koziński

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie