Jak kryminał retro pobił serca polskich czytelników, czyli od Mocka do Witkowskiego

Redakcja
Marek Krajewski
Marek Krajewski TOMASZ HOLOD / POLSKAPRESSE
Sprawdziło się proroctwo: kryminał jako gatunek wspiął się nad Wisłą na literacki parnas. Odsuwając w cień romanse, historię, powieść obyczajową i sensację. A wśród kryminalnych gatunków prym wiedzie ten z etykietką "retro" - pisze Bożydar Brakoniecki.

Niepostrzeżenie minęły czasy, gdy kryminał kojarzył się przede wszystkim z książeczkami z logo złotego kluczyka lub makulaturową powieścią milicyjną. Słowem z literaturą gorszego sortu, którego szanujący się inteligenci PRL-owskiego chowu nie brali do ręki. Dziś powieść kryminalna, zróżnicowana we wszystkich gatunkach i odcieniach, święci prawdziwy triumf. I co ciekawe, najpoczytniejsze okazują się tzw. kryminały retro.

Czytaj także: Tajemnice Ossendowskiego. Skarb Krwawego Barona wciąż czeka na odkrycie

Spora w tym zasługa Marka Krajewskiego, ojca chrzestnego powieści detektywistycznej, której akcja toczy się w historycznych realiach. Na temat Krajewskiego wylano w Polsce ocean atramentu, jego powieści sięgnęły setek tysięcy nakładów, trafiły za granicę, a on sam stał się mentorem rzeszy naśladowców. Nic dziwnego, poruszył lawinę, która zalała nie tylko księgarnie, ale też domowe biblioteki i radykalnie ukształtowała czytelnicze gusta. Podstawowym powodem powodzenia powieści Krajewskiego jest wyjście naprzeciw potrzebom czytelnika i wykreowanie silnego bohatera, który czasem może wydawać się odstręczający, ale nosi znamiona samca alfa i dobrze prezentuje się na stronicach książki. W przypadku Krajewskiego jest to Eberhard Mock, pracownik wrocławskiego Prezydium Policji w czasach, gdy nic nie wskazywało jeszcze, że miasto wróci do piastowskiej macierzy. Ów Mock to heros ulepiony ze sprzeczności: barczysty, lubiący kobiety, wódkę i dobre jedzenie, przy tym brutal, który nie zawaha się dać w mordę, a jednocześnie wrażliwiec płaczący przy lekturze Plauta w oryginale.

Komisarz Mock, w którym nietrudno dostrzec dalekiego kuzyna Lwa Archera czy Filipa Marlowe'a, gwarantuje to, o co autorom tego typu powieści chodzi najbardziej: klarowność poczynań i moralny wektor akcji. Nużące wydają się alkoholowo-seksualne ekscesy Mocka, ale ani przez moment nie zwątpimy, że okaże się on przeniewiercą, oszustem albo pójdzie w stronę wątpliwego etycznie kompromisu. To współczesny błędny rycerz, z zasadami, których nie wyzbędzie się nawet wtedy, gdy z jednej strony grozić mu będą fanatyczni esesmani, z drugiej zaś barbarzyńscy komuniści, jak to miało miejsce w "Festung Breslau".

Ale wyrazisty bohater to tylko połowa sukcesu pisarstwa Krajewskiego. Druga to umiejętność wprowadzenia czytelnika w nastrój przedwojennego Wrocławia czy też - jak w przypadku serii o komisarzu Popielskim - Lwowa. Jeśli Mock wcina pieczeń z kluskami śląskimi w jednej z wrocławskich knajp, to mamy pewność, że takie danie faktycznie tam serwowano. Gdy idzie się zabawić do burdelu na Grabenstrasse - jesteśmy przekonani, że taki przybytek tam istniał.

Podobnie z Popielskim: gdy pije wódkę w spelunkach Zamarstynowa, wiemy, że Krajewski wcześniej sprawdził przedwojenną mapę lwowskich wyszynków i nie wciska nam literackiego kitu.
Akcja plus dobry background, a całość podana w ekscytującej formie. Pierwszą swoją powieść "Śmierć w Breslau" Krajewski wydał w 1999 r., dziś można już przebierać w jego naśladowcach.

Czytaj także: Polskie filmy 2011 roku: ''Sala samobójców" sukcesem, ''Wyjazd integracyjny" porażką

Jednym z najciekawszych wydaje się pochodzący z Lublina Marcin Wroński, który też zafundował literaturze swojego pupila. To komisarz Zygmunt Maciejewski, którego od Mocka różni tylko scenografia miasta, w którym ściga przestępców. Lublin lat 30. jako arena pojedynku dobrego gliny ze złem to koncept, który okazał się wielkim marketingowym sukcesem.
Maciejewski wydaje się jednak ciut bardziej miękki niż Mock. Może to wpływ słowiańskiego pochodzenia, może okoliczności, w których przyszło mu działać? Potrafi pomóc, nawet bez własnej korzyści, nie dba o dobra materialne, gnieżdżąc się w obskurnym lokum na Rurach Jezuickich, bardziej niż kolega po fachu z Wrocławia przywiązuje się do kobiet, nawet gdy te ewidentnie go kiwają. Ale to sprytny chwyt Wrońskiego, który uwodzi nas słabością swego literackiego herosa. W "A na imię jej będzie Aniela" każe mu nawet służyć w granatowej policji pod nadzorem Niemców, a w zapowiadanej na luty 2012 r. "Skrzydlatej trumnie" wsadzi go do ubeckich kazamat i podda wyrafinowanemu kuszeniu przez okrutnego towarzysza majora Grabarza, symbol nowej władzy.

Czytaj także: Tajemnice Ossendowskiego. Skarb Krwawego Barona wciąż czeka na odkrycie

Z elity kryminałotwórców retro warto wspomnieć także Ryszarda Ćwirleja rodem z Poznania, który z kolei znalazł swoją literacką niszę w latach 80. XX w., za czasów siermiężnego i nieubłaganie chylącego się do upadku PRL. Jego bohaterami są wyjątkowo ciamajdowaci milicjanci, którym tylko cudem udaje się cokolwiek rozwiązać. W "Ręcznej robocie" szukają mordercy, który przed zabójstwem okrutnie okalecza swoje ofiary, w "Mocnym uderzeniu" fanatyka zaś, mszczącego się na bliźnich. Na groteskowego antybohatera cyklu wyrasta tu zwłaszcza niejaki chorąży Teofil Olkiewicz, którego życiowe potrzeby nie wykraczają poza perspektywę pełnego kielonka.

Czyta się to smakowicie, ale najważniejszą wartością kryminałów Ćwirleja jest umiejętność przywołania klimatu, który panował w ostatnich latach przed upadkiem komuny. Cinkciarze, sprzedajni milicjanci, do których doskonale pasuje poznańskie gwarowe określenie "szkieły", cyniczni esbecy, szemrane interesy, półlegalne spelunki - Poznań sprzed dziesięcioleci jest tu bohaterem swoistej ballady obyczajowej, w których walutą jest flaszka wypita pod stołem przed trzynastą, zaś motorem przeżycia cinkciarskie biznesy przed bankami PKO.

By zamknąć panoramę twórców kryminałów retro, warto wspomnieć resztę peletonu. Choćby olsztynianina Pawła Jaszczuka specjalizującego się w powieściach kryminalnych z akcją osadzoną w przedwojennym Lwowie. W 2004 r. ukazała się "Foresta Umbra", a ostatnio do księgarń trafiły jego "Marionetki". On też ma swego ulubieńca - to dziennikarz Jakub Stern, gość wścibski i przebiegły, przed którym nie ostanie się żadna, nawet najbardziej krwawa tajemnica. Na uwagę zasługuje też Bartłomiej Rychter, który dwa lata temu z górą błysnął "Złotym wilkiem" osadzonym w XIX--wiecznym Sanoku, i Krzysztof Maćkowski, autor "Raportu Badeni", barwnego dramatu rozgrywającego się w CK Krakowie w 1900 r. Z kolei przedwojennej Warszawie powieści poświęca Konrad T. "Przewodas" Lewandowski. Spod jego ręki wyszły m.in. "Magnetyzer", "Elektryczne perły" i "Bogini z labradoru".

Wyśrubowane nakłady polskich powieści retro nie znaczą jednak, że kryminalna współczesność ma się źle. Tu bowiem na pisarskiego protagonistę wyrasta Zygmunt Miłoszewski, który debiutował co prawda na niwie pisarskiej horrorem i książką dla dzieci, ale od kilku lat konsekwentnie ukazuje czytelnikom losy warszawskiego prokuratora Teodora Szackiego. Poznaliśmy go już w "Uwikłaniu", a całkiem niedawno przypomniał się nam w "Ziarnie prawdy" i natychmiast wyrósł na największego twardziela powieściowego wymiaru sprawiedliwości.

Czytaj także: Polskie filmy 2011 roku: ''Sala samobójców" sukcesem, ''Wyjazd integracyjny" porażką

Jednak nie bez powodu: przystojny (cecha wyróżniająca - szopa siwych włosów), niestroniący od płci pięknej, szykownie odziany w markowe garnitury i - co najważniejsze - obdarzony komputerowym umysłem. W "Uwikłaniu" rozpracowywał morderstwo dokonane w niekonwencjonalnej grupie terapeutycznej, w "Ziarnie prawdy" przeniósł się do Sandomierza i wśród tamtejszych zabytków szukał seryjnego mordercy, który - zasugerowawszy się mordem rytualnym pokazywanym w tamtejszej katedrze - postanowił urządzić sandomierzanom Sądny Dzień. Szacki to bezwzględny tropiciel, choć i jemu zdarza się popełnić błędy, na przykład niebezpiecznie zadrzeć z wciąż wszechwładnymi nad Wisłą esbekami. Ale właśnie dlatego natychmiast zyskuje naszą sympatię. Wszak kto z nas jest bez grzechu? Poza tym jako jedyny literacki bohater trafił na srebrny ekran. W "Uwikłaniu" Jacka Bromskiego sprzed roku zagrał go Marek Bukowski.
Do miana komentatora współczesnej kryminalnej Polski pretenduje również Mariusz Czubaj, autor powieści "21:37", "Kołysanki dla mordercy" oraz napisanych wspólnie z Markiem Krajewskim "Alei samobójców" i "Róż cmentarnych". Czubaj ma przy okazji zdolność multiplikowania swoich bohaterów - raz jest to profiler Rudolf Heinz ze Śląska, raz podstarzały śledczy Jarosław Pater z Pomorza. Łączy ich bardzo wiele: obaj są scyniczali, zmęczeni, lubiący zalać pałę i popsioczyć na niewdzięczną, niedoceniającą ich wyczynów ojczyznę. Czubaj wart jest jednak uwagi miłośników kryminalnej muzy jeszcze z innego powodu: jest oto autorem tomu "Etnolog w Mieście Grzechu", antropologicznej rozprawy o tym, jak ważnym źródłem wiedzy o świecie jest powieść kryminalna. Czyli o tym, o czym - szanowny czytelniku - właśnie czytasz.

Czytaj także: Tajemnice Ossendowskiego. Skarb Krwawego Barona wciąż czeka na odkrycie

Odnotujmy więc jeszcze innych pisarzy kryminałów spod szyldu "współczesność": Wiktora Hagena ("Granatowa krew", "Długi Weekend" i ich bohater komisarz Nemhauser); Tomasza Konatkowskiego ("Przystanek Śmierć", "Wilcza wyspa" i firmujący cykl warszawski śledczy Adam Nowak), a także Marcina Świetlickiego, który - choć poeta - także, jak się okazuje, nie gardzi kryminałem. To on zaserwował fanom trylogię "Dwanaście" - "Trzynaście" - "Jedenaście", w której godnych podziwu intelektualnych śledztw podejmuje się podwawelski dżentelmen o charakterystycznym pseudonimie Mistrz. Jeśli wierzyć krytykom, w nurzającym się z upodobaniem w alkoholu detektywie amatorze można dopatrzyć się cech autora trylogii. Co tylko potwierdza zasadę, że rasowy bohater kryminalny nie może być impotentem oraz - nie daj Boże! - abstynentem.

Kryminał charakteryzują też powieści paragatunkowe: humorystyczne, pastiszowe, zahaczające o sensację, fantastyczne, a nawet zawierające w sobie przekazy światopoglądowe. Wymieńmy kilka przykładowych tytułów z ostatniego czasu: "Gwałt" Joanny Chmielewskiej (wyprawa w świat PRL-owskiego sądownictwa); "Łowcy głów" Roberta Ziółkowskiego (sensacja w przeżartych korupcją szeregach policji); "Biały kruk" Andrzeja Kowalskiego (horror erotyczny z elementami akcji); "Muszę kończyć, umieram" Grzegorza Sobaszka (czarny humor wpleciony w intrygę familijną); "Zabójczy spadek uczuć" Katarzyny Gacek i Agnieszki Szczepańskiej (kobiecy kryminał w wersji light) oraz "Zielony trabant" tych samych autorek (melodramat z warstwą obyczajową). Wszystkie odwołują się do klasyki, choć są zwykle jedynie mniej lub bardziej udanymi wariacjami na jej temat.

Już z tego widać, że to, co dawniej wyznaczało kryminalną konwencję - czyli, jak podają słowniki, "fabuła zorganizowana wokół zbrodni, okoliczności dojścia do niej, dochodzenia oraz ujawnienia osoby sprawcy", traktowane jest czasem przez autorów z przymrużeniem oka. Odpowiedzi czy to źle, czy może wręcz przeciwnie, nie szukajmy jednak u wszystkowiedzących krytyków literackich, lecz u czytelników, których gust decyduje o powodzeniu lub klęsce książki. Ostatecznie cóż komu po arcydziele, które zalega skład przecenionych książek?

Czytaj także: Polskie filmy 2011 roku: ''Sala samobójców" sukcesem, ''Wyjazd integracyjny" porażką

Na koniec wspomnijmy i o literackich eksperymentach. W 2010 r. Paweł Goźliński wydał "Jula", powieść dziejącą się w 1845 r. wśród popowstańczych emigrantów w Paryżu, którą autor ochrzcił pierwszym polskim kryminałem romantycznym, kilka miesięcy temu zaś Michał Witkowski opublikował "Drwala", splot intrygi kryminalnej i obyczajowej powieści gejowskiej. Już z tego widać, że kryminał niejedno ma imię i czasami wyjątkowo daleko odchodzi od standardów, które wyznaczyli mu ongiś Dashiell Hammett, Raymond Chandler i Ross Macdonald.

Wideo

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

k
kinoman

Moim zdaniem Bromski zrobił z Szackiego Szacką, którą zagrała Maja Ostaszewska...ale może oglądałem inny film ;)

K
Kasia

kto jest autorem tego artykułu? nie mogę się dopatrzeć...

n
nell

Chyba raczej "podbił serca polskich czytelników" miało być. Eh, ten ciągły brak korekty. To już chyba jakaś plaga jest.

Dodaj ogłoszenie