Jacqueline Kennedy o sekretach Białego Domu, JFK i samotności na szczytach elit [FRAGMENTY ROZMÓW]

Redakcja
Fot. materiały promocyjne
Przez całe życie Jacqueline Kennedy nie chciała rozmawiać o swoim mężu. Tylko raz, po tragicznej śmierci JFK, zgodziła się na nagranie kilku rozmów, które po pół wieku ujrzały światło dzienne. Publikujemy ich fragmenty.

Podczas kampanii wyniknęła kwestia Kuby. Czy Prezydent bardzo niepokoił się o Castro? Czy pamięta pani, co myślał w '59, kiedy Castro doszedł do władzy?
O ile się nie mylę, uważał, że to straszne, że dopuszczono go do władzy. Znaliśmy wtedy Earla Smitha, który był w tamtym czasie ambasadorem Eisenhowera. Kiedy byliśmy na Florydzie, Earl nie był w stanie mówić o niczym innym. Właśnie - później Jack był załamany, że administracja Eisenhowera pozwoliła mu wjechać do kraju, a potem "New York Times"... jak on się nazywał - Herbert Matthews?

Zgadza się.
Pamiętam wiele rozmów na ten temat - czy przypadkiem nawet Norman Mailer czegoś nie napisał?

Norman Mailer był wielkim zwolennikiem Castro, to prawda.
Tak, pamiętam, że Jack...

Czy Earl mógł w tamtym czasie o komunistach, o Castro jako o komuniście, czy jako o tym, który współpracuje z komunistami? Jak pani wie, napisał książkę...
Tak. "The Fourth Floor"? Zawsze omawiał swoje problemy z Departamentem Stanu - pamiętam, że stale rozprawiał o człowieku nazwiskiem Rubottom. I o tym, jak trudno... ostrzegał przed Castro i mówił, że to jak, nie wiem, rzucanie grochem o ścianę. Nie mógł przebić się do Departamentu Stanu. Więc chyba uważał go za komunistę, owszem.

A Prezydent był wtedy zdania, że - jak pani mówi - nasza polityka była błędna. Ale z drugiej strony nie darzył sympatią Batisty.
Nie. Nie, pamiętam tylko rozmowę na ten temat, ale wie pan, nie jestem zbyt dobra w...

Potem zaczęła się kampania, a po niej - pamięta pani, kiedy Allen Dulles przybył do...
Allen Dulles przyjechał do Hyannis po… zgadza się. Pierwsze dwie osoby, o których Jack pomyślał, że musi je zatrzymać, to byli J. Edgar Hoover i Allen Dulles, a ten drugi, jakkolwiek sympatyczny… cóż, okazał się niezbyt... (chichot).

Nixon napisał w swojej książce, że Prezydent został o tym poinformowany w czasie kampanii, co jest nieprawdą, gdyż zarówno Dulles, jak i Prezydent twierdzili, iż nie wiedział aż do listopada, że potajemnie szkolimy kubańskich...
Nigdy nie powiedział mi, że coś wiedział, więc ja w to wierzę.

Kiedy dowiedziała się pani o tym, że coś się szykuje?
O samym problemie kubańskim wiedzieliśmy od początku. Czy nie było tak, że na wiele tygodni przed tym, jak to się zaczęło, mówiono o Kubie na każdej konferencji prasowej, tydzień w tydzień?

Doniesienia o tym, że możliwa jest inwazja czy coś podobnego, zaczęły pojawiać się w marcu.
Później na konferencjach prasowych Jack musiał powtarzać, że amerykańscy żołnierze nie wezmą w tym udziału, w pewnym sensie uchylać się od odpowiedzi na wszelkie pytania. A potem dowiedziałam się, że ci wszyscy żołnierze przechodzą szkolenia. Pamiętam jednak, było to chyba za drugim razem, kiedy Keating co tydzień opowiadał, że nie ma pocisków albo że sprowadzili więcej pocisków. Chodzi mi o to, że stale słyszeliśmy to czy tamto o Kubie.
Czy pamięta pani, jaki był wcześniej stosunek Prezydenta do tej inwazji? Ostatnio wspomniała pani na przykład o spotkaniu z Fulbrightem.
Oczywiście w miarę zbliżania się kryzysu coraz bardziej się niepokoił. Najlepiej pamiętam ostatni weekend, czyli 13 i 14 kwietnia. Byliśmy w Glen Ora z Jean i Steve'em Smithami, a po południu - pan będzie wiedział, czy była to sobota czy niedziela - około siedemnastej, Jack odebrał w sypialni telefon. Byłam przy nim, siedział na skraju łóżka - dzwonił Dean Rusk - rozmawiali bardzo długo, a kiedy skończyli, wyglądał na okropnie przybitego. Zapytałam, o co chodziło. Wydaje mi się, że Dean Rusk musiał mu powiedzieć... albo też zdecydowanie się za tym opowiadał... czy może Jack powiedział: "Zaczynajcie"? Chyba był to decydujący telefon.

Sądzę, że dotyczył ataku z powietrza.
Dean Rusk chciał to załagodzić, tak mi się wydaje. Zgadza się. Tak czy inaczej Jack siedział dalej na łóżku, kręcił głową i przechadzał się po pokoju, wyglądał jak obolały, potem zszedł na dół i było widać, że zdarzyło się coś złego. Ale myślę też, że… wie pan, to było coś okropnego. Cóż. Zazwyczaj, jak już mówiłam, łatwo podejmował decyzje, przemyśliwał je, a gdy już raz coś postanowił, był zadowolony ze swego wyboru. Ten jeden raz widziałam go strasznie, okropnie przybitego. Tamten weekend był straszny.

Sądzi pani, że to przygnębienie miało związek z konkretną decyzją odwołania nalotu czy też z ogólną decyzją przeprowadzenia inwazji, czy może...
Myślę, że jedno i drugie, nie sądzi pan?

Tak.
Chodzi mi o to, że najpierw inwazja, a potem rezygnacja z ataku powietrznego - połowiczne wykonanie planu, a nie przeprowadzenie go do końca... Nie wiem, czy to właściwy sposób postępowania. Zrzucono mu na barki taką straszną rzecz. Nie miał czasu się wycofać. A potem to wszystko, co mówił mi o Kubie - nie pamiętam, czy to było wtedy, czy później - ale na spotkaniach skarżył się: "Mój Boże, ależ odziedziczyliśmy bandę doradców!". A kiedy Taylor został szefem sztabu, mawiał: "Wiesz, przynajmniej jego przekażę w schedzie następnemu prezydentowi" - albo: "Gdyby tylko Eisenhower zostawił mi kogoś takiego. Wyobrażasz sobie, jak można pozostawić kogoś takiego jak Lyman Lemnitzer?", i wie pan, wszystkich innych. To była banda nieudaczników. Przypominam sobie, jak któregoś dnia - czy to było po fiasku, czy przedtem? W Białym Domu? Byłam na trawniku z dziećmi, a on wyszedł specjalnie z doktorem Cardoną...

Ponieważ zostałem wysłany na Florydę we wtorek wieczorem i - razem z Adolfem Berle'em - sprowadziłem doktora Cardonę, przyjąłem go w środę późnym popołudniem, a on, jak sądzę, wyprowadził go i przedstawił pani.
Kręcił głową i powtarzał, że Cardona był wspaniały. Ale jeśli chce pan cofnąć się w czasie w chronologii Kuby, był jeszcze ten straszny… tamten weekend. W poniedziałek wróciliśmy do Waszyngtonu. We wtorek mieliśmy przyjęcie dla kongresmenów, w trakcie którego Jack dostał wezwanie, poszedł do swojego biura i wrócił dopiero, kiedy już leżałam w łóżku. To zabawne, bo w następnym roku został wywołany z przyjęcia dla kongresmenów w sprawie innego kryzysu. W zeszłym roku zdawało się, że w wieczory tych przyjęć zawsze wydarzało się coś okropnego. Mówi pan zatem, że to wydarzyło się w środę. A ja myślę, że w środę musieliśmy zrobić sobie zdjęcia… a może to był czwartek. Sesję robił Shaw - Jack przyszedł i został koło dziesięciu minut - nie mieliśmy zdjęcia nas dwojga, które nadawałoby się do rozesłania. Był to straszny czas i on też wyglądał strasznie (...).

"Jacqueline Kennedy. Historyczne rozmowy o życiu", Znak, Kraków 2012, cena 54,90 zł

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie