Jacek Pałkiewicz. Obywatel świata i jego odkrywca

Anita Czupryn
Anita Czupryn
Jacek Pałkiewicz. Jego porywające życie można zaliczyć do dzieła sztuki Archiwum J. Palkiewicza
Ukazała się na rynku nowa książka pogromcy Atlantyku i Amazonki - „palkiewicz.com” (Wydawnictwo Świat Książki). To obraz wielobarwnej podróży życia Jacka Pałkiewicza, rozrachunek z samym sobą oraz chłodne refleksje nad schyłkiem pewnej epoki.

Co chciałby Pan powiedzieć czytelnikom poprzez tytuł swojej ostatniej książki „pałkiewicz.com”?

Łączę tytuł książki ze stroną internetową, bo tam można dowiedzieć się jeszcze dużo więcej o autorze.

Warto przypomnieć, jak zaczęła się Pana przygoda z wielkim światem.

Podróżniczy chrzest przeszedłem prawie pół wieku temu w Indochinach, chociaż wcześniej miałem okazję podziwiać i rodzime perły przyrody, spływając z biegiem rzeki Krutyni, Kanałem Augustowskim czy klucząc w Bieszczadach lub po biebrzańskich bagnach – dziś jest to już Biebrzański Park Narodowy. Od tamtej pory przemierzyłem bezlik dróg i ścieżek pośród szczytów Bhutanu, pól ryżowych na Bali i tajemniczych świątyń Angkoru, wtedy jeszcze kompletnie nieodkrytych dla turystyki. Poznałem Dajaków – legendarnych „łowców głów” na Borneo, jak też dyskryminowaną przez rząd komunistyczny w Hanoi, zaprzeszłą grupę etniczną Jarai. Odwiedziłem palarnię opium w Laosie i sale hazardowe w Makau. Jadłem koniki polne w Birmie i psie mięso w Wietnamie. Rzutem na taśmę trafiłem do jeszcze autentycznej Papui Zachodniej. Nad Górnym Orinoko w Wenezueli stanąłem oko w oko z Janomami, plemieniem, które nie miało wcześniej kontaktu z białym człowiekiem. Na archipelagu andamańskim widziałem arcyagresywnych Jarawa, strzelających z łuków do nachodzących ich terytorium intruzów. Wreszcie nad rzeką Madre de Dios zetknąłem się ze złowrogimi Huapakores, strażnikami Paititi, legendarnego Eldorado.

W swoim życiu doświadczył Pan wielu krańcowych sytuacji. Która była najgorsza?

Dużo było chwil, kiedy próbując nie myśleć́ o najgorszym, oddawałem się̨ w ręce Stwórcy. Do dziś wspominam z przyśpieszonym biciem serca jazdę w 1986 roku po tzw. Karakorum Highway pośród wiecznych śniegów „dachu świata”, gdzie stykają się górskie giganty: Himalaje, Karakorum, Pamir i Hindukusz. Podczas karkołomnej jazdy kamienisto-szutrową nawierzchnią mocno wysłużonym jeepem z paraliżującym lękiem obserwowałem, jak kierowca wymija się̨ w wykutych w skale półkach na centymetry z kolorowymi ciężarówkami. Wprawdzie pewnie pokonywał ostre serpentyny zawieszone setki metrów nad czeluścią̨, na dnie, której leżały roztrzaskane i spalone wraki różnych pojazdów, ale nie był w stanie ustrzec się̨ poślizgów, tym bardziej że opony były łyse i lata świetności dawno miały za sobą. Setki, tysiące razy brawurowy szofer dotykał kołami skraju szosy pozbawionej barierek zabezpieczających.

Jaką cenę musiał Pan zapłacić za taki komfort życia, jaki sobie wymarzył?

Żal ściska mi serce, że nie znalazłem niezbędnej równowagi między karierą a rodziną. Przegapiłem dzieciństwo synów, bo byłem gościem w domu. Nie poświęciłem wystarczająco dużo czasu mojej żonie Lindzie, kobiecie inteligentnej o niebywale bogatym wnętrzu, wielkim wyczuciu artyzmu i wrażliwości. Śródziemnomorska ponadczasowa piękność była ozdobą każdego towarzystwa. Nie zmęczę się powtarzać, że składam jej hołd za to, że stworzyła mi doskonałe warunki do pracy i potrafiła być wyrozumiała dla moich częstych nieobecności w domu. Nasza przyjaciółka z Wrocławia Monika Kwiatosz utrzymuje, że gdyby nie Linda, nie byłbym tym, kim teraz jestem. Kiedyś powiedziała: „Swoją mądrością, miłością i determinacją skrywaną w jego cieniu wyniosła go na wyżyny, bo za każdym sukcesem mężczyzny stoi wyjątkowa, mądra kobieta”.

Poznałam panią Lindę i mogę to potwierdzić! Wracając do Pana podróży – zawsze postrzegany był Pan jako ambasador Polski na wszystkich kontynentach; zawsze stał Pan ponad politycznymi podziałami i szukał wspólnego języka. Jak dziś widzi Pan nasz podzielony, pęknięty kraj?

Z żenadą obserwuję dziś „wojnę polsko-polską” oraz antagonizmy „my–oni”. Rozumiem takie batalie w Papui Zachodniej, gdzie żyje kilkaset plemion uwikłanych w etniczne niesnaski. Mogę pojąć niezgody społeczne u wschodniego sąsiada, gdzie czysty genetycznie Rosjanin jest rzadkością. Albo kłótnie narodowościowe, które rozbiły Jugosławię. Czy nawet zjednoczone ponad 150 lat temu, zdawałoby się, homogeniczne Włochy, dziś podzielone na Północ i Południe i zdominowane przez separatyzmy i regionalizmy, podnoszące hasła autonomiczne. Wszędzie tam awantury wewnętrzne można sobie wyjaśnić, bo wynikły z antagonizmów narodowościowych. U nas zaś szaleństwo podziału zafundowali nam politycy. Nie pozostając biernym wobec głębokiego sporu politycznego jaki dzieli nasz kraj, zamierzam szukać wspólnego języka, by podjąć temat patriotycznej misji zaangażowania w dzieło społecznego pojednania skłóconych aktorów sceny politycznej i kruszenia murów między rodakami na wskroś podzielonymi na dwa zwalczające się fronty. Mam poparcie mężów stanu, dostojników Kościoła, wybitnych osobistości i rzeszy anonimowych obywateli. Moralnego wsparcia przysparza mi Krzyż Pro Ecclesia et Pontifice (Dla Kościoła i Papieża), który otrzymałem od Benedykta XVI w dowód ‘zaangażowania dla wartości bonum commune, dobra wspólnego’”.

W 2011 roku Pana inicjatywę wspierało trzech prezydentów: Bronisław Komorowski, Lech Wałęsa i Aleksander Kwaśniewski. Myśli Pan, że tym razem będzie podobnie?

Ta trójka przyszła mi z pomocą, kiedy jako ambasador Mazur zaangażowany byłem w globalnym plebiscycie „7 Nowych Cudów Natury”. Kampania zakończyła się sukcesem: Kraina Wielkich Jezior znalazła się w prestiżowej drugiej siódemce światowych ikon przyrody. Rozgłos w konkursie, w którym uczestniczyło kilkaset milionów internautów, miał niebywałą siłę rażenia i zapewnił wysoką rozpoznawalność. Brand Mazur z jego unikatowym majestatem przyrodniczym zwrócił na nas uwagę świata. Tym razem Wałęsa, z którym łączy mnie 40 lat przyjacielskich stosunków, kategorycznie odmówił. Straciłem do niego zaufanie. Na moich oczach runął pomnik legendarnej wizytówki Polski. Odnoszę wrażenie, że się obraził na wszystkich rodaków i nie ma ochoty bezinteresownie użyczać swojego autorytetu do jej naprawy. Doznałem zawodu także ze strony pewnej zaprzyjaźnionej celebrytki, która dała do zrozumienia, że dzisiaj takich rzeczy nie robi się bezpłatnie.

Ale też zdjęcia Pana ostatniej książki widziałam w rękach Jerzego Owsiaka, kardynała Kazimierza Nycza, Ryszarda Terleckiego, Borysa Budki, Aleksandra Kwaśniewskiego czy ambasadorów Włoch albo Rosji. Co za zdumiewająca panorama!

To dla mnie duży zaszczyt, że darzą mnie zaufaniem w szerokich kręgach, również na prawicy, jak i na lewicy. Jako człowiek niezaangażowany politycznie, mogę się z nimi zgadzać, a często i się nie zgadzam. Ale ze wszystkimi mogę pójść na kawę czy kolację.

Potrafiłby się Pan przyznać do jakiejś klęski?

Zawsze powtarzałem jak mantrę, że musimy reagować na szaleńczą agresję cywilizacji przemysłowej. W 1994 roku postanowiłem wnieść swój wkład, wykorzystując kontakty z bohaterami kosmosu, którzy ze stacji orbitalnej oglądali ślady niszczycielskiej działalności człowieka i zaangażować ich do misji ratowania Ziemi. Nasz temat przewijał się w mediach, był tematem wielu dyskusji, a potem wszyscy o nim zapomnieli. Byłem naiwny, podobnie jak Don Kichot z La Manchy walczący o wzniosłe cele, który pozbawiony poczucia rzeczywistości, naraził się na śmieszność. Ja też przegrałem wierząc, że w interesie ludzkości wielkie koncerny zrezygnują ze swoich zysków. To wszystko mnie przerosło. Zdałem sobie sprawę, że nie mam wpływu na zmianę globalnego porządku. Przegrałem z potężnym lobby, które posiada klucz do naszego losu.

Chyba też przegrał Pan na Jedwabnym szlaku? Dobrze pamiętam Pana ówczesne przygotowania.

To było potężne wyzwanie. Zamierzałem przemierzyć trasę z Szanghaju do Warszawy, by propagować rozpoznawalność Polski, jej dorobek, gospodarkę, otwartość i chęć współpracy, jak również atrakcyjność turystyczną. To miała być promocja naszego kraju jako bramy do Europy dla Chin i intensyfikacja kontaktów gospodarczo-handlowych między dwoma krajami. Pomyślałem sobie, że tak jak w czasach Jedwabnego szlaku wielkie cywilizacje wymieniały się zdobyczami techniki, wiedzą, spotykały się, tak i dzisiaj jego dziedzictwo kulturowe może być płaszczyzną do budowania szerokiej współpracy. Małostkowość, krótkowzroczność, a pewnie i zwykła prywata uprawiana przez pewnych polityków pogrzebała plany zorganizowania ekspedycji, która miała przyczynić się do kreowania pozytywnego obrazu Polski we współczesnym świecie. Pozostały niesmak i gorycz porażki. W życiu nie zawsze się wygrywa.

Ale też nieczęsto szkoły wybierają na swojego patrona osobę żyjącą.

Nie wiem czy często, ale nie ukrywam, że ubiegłoroczna uroczystość nadania mojego imienia Szkole Podstawowej „Azymut” w Mostach, na przedmieściach Lęborka, po prostu mnie wzruszyła. Jestem dumny z tego patronatu i cieszyć się będę, jeśli uczniowie szkoły będą mieli swoje pasje i słuchając głosu mentora, w kłopotliwych sytuacjach pokażą pazury, spełnią swoje marzenia i osiągną wyznaczony cel. Przypomnę jeszcze, że w Lęborku od 30 lat istnieje 33. Alternatywna Drużyna Starszoharcerska „Wapniaki” im. Szkoły Przetrwania i Przygody Survival Jacka Pałkiewicza, kierowana przez niestrudzonego harcmistrza Dariusza Groszewskiego.

Dlatego zdumiewa mnie, że w książce wyraża Pan tak surowy osąd na temat mężczyzn.

W dzieciństwie byłem wiernym fanem twórczości Jacka Londona. Jego bohaterowie zmagali się z przeciwnościami losu, walczyli o przetrwanie w nieprzychylnym środowisku, stawiali czoła odwiecznym, nieposkromionym siłom natury. Ci twardziele bardzo mi imponowali, bo promowali istotne wartości: dobro, poczucie własnej godności i odwagę. Dzisiaj lojalność, prawda czy szacunek dla starszej osoby wyszły z mody na rzecz egoizmu, arogancji i agresji. A przewrót cywilizacyjny, który dowartościował kobiety w życiu społecznym i politycznym, całkowicie zmienił tradycyjny podział ról między mężczyzną a kobietą. Agresywna ekspansja kobiet wyzwolonych, prowadzących aktywne życie seksualne, dowartościowanych, lepiej zarabiających, bez kompleksów, śmiało patrzących mężczyznom w oczy i sięgających po wszystko, na co mają ochotę, zdominowała płeć brzydką. Feminizacja życia odebrała im nie tylko spodnie, ale i poczucie pewności siebie, godność i siłę. W efekcie mamy mężczyzn sfrustrowanych, pozbawionych charyzmy i mentalnie wykastrowanych, nieprzygotowanych do nowej roli.

I to wszystko wina kobiet? Na szczęście nie wszyscy mężczyźni są sfrustrowani. Wracając do książki, to zaskakujące było dla mnie, że tak bez ogródek pisze Pan, że już wkrótce będzie się ewakuować z ziemskiej wędrówki.

Czeka to każdego. Ze zgrozą odkryłem, że moja metryka jest nadszarpnięta zębem czasu. Denerwuje mnie, że zegar tak szokująco szybko teraz tyka i że w pośpiechu muszę zrywać kartki kalendarza. To znak a zarazem przestroga, że czas pędzi nieubłaganie. Każdy rok jest krótszy od poprzedniego. Nie będę się oszukiwać, moja pora minęła. Dziś liczy się powszechna afirmacja młodości, urody i tężyzny fizycznej. Sędziwy wiek zaczyna być́ postrzegany jako ułomność́ czy wręcz osobista klęska Trzeba zrobić miejsce dla młodszego pokolenia.

Nie zgadzam się! Seniorzy ze swoją mądrością i doświadczeniem są darem dla młodszego pokolenia. Tyle, że obecna sytuacja – pandemii – wszystkich nas zaskoczyła i zdezorientowała. Strach przed koronawirusem zmienił nasze widzenie świata.

Covid-19 przewrócił do góry nogami nasze codzienne nawyki i zwyczaje. Uwięził i spotęgował obsesje, przejął niepewnością i frustracją. Pokazał, że wszyscy jesteśmy dla niego jednakowi, wszyscy tak samo bezbronni i bezradni. Zmusił wszystkich do zabawy w chowanego, gdzie wygrywa ten, który nie da się złapać. Ale jedyną dla niego nagrodą jest przymusowość kontynuowania tej diabolicznej, nierównej gry. Ten wirus ma duży potencjał do „cichego” rozprzestrzeniania się wśród chorych asymptomatycznych, czyli zarażonych, ale nie prezentujących żadnych objawów klinicznych. Dlatego nie ukrywam tego, że się boję. Każde wyjście na ulicę to rzucenie wyzwania przypadkowi i przeznaczeniu, które naraża na igranie ze śmiercią. Istna loteria, gra losowa przypominająca rosyjską ruletkę. To tak jak po załadowaniu jednego pocisku do rewolweru i zakręceniu obrotowym bębenkiem, przyłożyć lufę rewolweru do własnej skroni i po naciśnięciu spustu, ze zgrozą czekać, aby iglica głośno szczęknęła o puste gniazdo.

Takie porównania bliskie są twórcy survivalu w Europie, który na dodatek ma na koncie elitarne szkolenia kosmonautów i antyterrorystów. Jakby tego było mało, jest Pan dziennikarzem, pisarzem, odkrywcą źródła Amazonki. Innymi słowy – człowiek instytucja.

Przypomniała mi pani, że bazując na specjalistycznych umiejętnościach, prowadziłem zajęcia dla kosmonautów na wypadek awaryjnego lądowania w ekstremalnym środowisku. To nie był lekki chleb. Ciężkie chwile przeżyłem podczas zajęć w rejonie Workuty, wśród mroźnych pustkowi Arktyki, gdzie słupek rtęci wskazywał tylko minus 30 stopni, ale przy wściekłym wichrze 45 kilometrów na godzinę temperatura odczuwalna wynosiła jeszcze raz tyle. W tym skrajnie surowym świecie mieliśmy wykazać, że nawet przy szczupłym zasobie środków, można przeżyć. W 1997 roku, w okresie umiędzynarodowienia terroryzmu, przyjąłem propozycję przygotowania jednostek antyterrorystycznych do działań daleko poza krajem, w głębokiej dżungli, w piaskach pustyni, czy w arktycznym zimnie. Najtrudniej było w Centro de Instrução de Guerra na Selva, centrum szkoleniowym do walki w selvie w Manaus. To najbardziej wymagający na świecie specjalny ośrodek przygotowujący do działania we wrogim dla człowieka „zielonym piekle”. Kilkanaście lat wcześniej zdobywałem tam pierwsze szlify jako kursant, dobrnąłem wtedy do bram piekła i jeszcze musiałem stamtąd wrócić. Potem wraz z miejscowymi instruktorami prowadziłem zajęcia dla typowych ludzi bez twarzy. Katorżnicze marsze w zabójczym klimacie dżungli, pełnej pełzającego robactwa, pijawek i dokuczliwych insektów żądlących przez przylepioną do ciała koszulę, wydawały się nie mieć końca. Pomimo godnej podziwu kondycji fizycznej u jednego z oficerów zawiodła psychika, złamał się na finiszu. Innych dwóch przeżyło dramat, bo podupadli na zdrowiu i wypadli ze szkolenia.

Określa się Pan wrogiem numer jeden islamskiej inwazji na naszym kontynencie.

Proszę dodać inwazji nielegalnej. Islam nie jest zgodny ze świeckim prawem państwowym ani modelem naszej egzystencji. Europa musi się obudzić i głośno to powiedzieć. Paranoiczna political correctness brukselskich biurokratów okazała się atakiem na rodzime tradycje, kulturę i europejską demokrację. Ten dyktat tolerancji, farsa wielokulturowości, kłamstwa o integracji wywołują wściekłość zwykłych ludzi. Niemcy, Francuzi, Holendrzy i Brytyjczycy, choć odżegnują się dziś od chrześcijańskich korzeni i generalnie zaakceptowali zjawisko masowej imigracji, w sondażach na temat muzułmanów od lat nieodmiennie wykazują negatywne nastawienie. Ustępstwa w imię wyniesionej na ołtarze poprawności politycznej i tolerancji wobec islamu, pozwoliły muzułmanom wywalczyć sobie w Europie nieracjonalne przywileje. Trzeba naprawdę być szalonym, aby okazać nieproszonym gościom tyle atencji.

Pisze Pan, że przyszłość Europy stoi pod wielkim znakiem zapytania.

Po szalonych globalnych przemianach, które zmieniły oblicze świata, dotknęła nas deprymująca niestabilność. Teraz nadchodzi era nowej rzeczywistości, której nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. Stary Kontynent przestał wierzyć w swoje wartości, tradycje, dlatego świadomość tożsamości jej mieszkańców, niezdolnych oprzeć się kompletnej zmianie społecznej, powoli się zatraca. To marzenie o zjednoczonej wspólnymi ideałami wspólnocie, jakie miała uosabiać Unia Europejska, rozpływa się na naszych oczach niczym wiosenny sopel lodu. Społeczeństwo, które już doświadczyło rosnących nierówności i wielu lat kryzysu oraz złego zarządzania polityką gospodarczą, w końcu natknęło się na wszelkie egoizmy narodowe, które obróciły się przeciwko niemu, przyczyniając się do nieśpiesznej agonii Unii.

Europa traci instynkt samozachowawczy, stając się politycznym zakładnikiem islamu?

Nie mam wątpliwości. Społeczeństwo, przesiąknięte chroniczną niepewnością, obawia się o przyszłość, bo nie znajduje odpowiedzi na swoje problemy i wewnętrzne rozdarcie. Wielokulturowość zbudowana na tle zapaści demograficznej, odradzające się nacjonalizmy, masowa dechrystianizacja i odrzucanie własnej kultury prowadzą do fragmentacji Zachodu. Niestety, nie widzę większej nadziei na poprawę sytuacji. Europejskie elity nie potrafią zaradzić kryzysowi, nie mają żadnej rozsądnej i kuszącej wizji do zaoferowania. Postępuje proces dezintegracji. Wiele krajów zaczyna znów postrzegać swoje bezpieczeństwo przez pryzmat silnej tożsamości i odgraniczania się od świata zewnętrznego. W efekcie otwartość, integracja, globalizacja i współzależność - wartości, którym hołdowała Unia – przestają mieć znaczenie, a czasami wręcz wywołują konflikty.

Martyna Wojciechowska o nowym sezonie "Kobiety na krańcu świata"

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie