Wyszukiwarka wyborcza

Wybory Parlamentarne

Sprawdź wyniki wyborów w Twoim okręgu

Jacek Magiera: Kiedyś zapisywałem ćwiczenia nawet na serwetce, dziś w domu chcę się wyciszyć

Tomasz Biliński
Tomasz Biliński
Jacek Magiera jako piłkarz trafił do Legii w 1997 r. Łącznie jest już w niej ponad 18 lat. Po zakończonej karierze był asystentem kolejnych szkoleniowców. Szymon Starnawski /Polska Press
Legia Warszawa. - Ostatnie trzy, cztery miesiące kosztowały moją rodzinę utratę spokoju, ale nie narzekamy - zapewnia Jacek Magiera, który opowiada nam też m.in. o swojej pracy, dziennikach z przebiegu kariery, a także czasie spędzanym z rodziną. Odkąd "Magik" został trenerem Legii Warszawa, jej gra zmieniła się nie do poznania. Odrobiła część strat do pierwszego miejsca w Lotto Ekstraklasie, przede wszystkim zajęła trzecie miejsce w fazie grupowej Ligi Mistrzów, dzięki czemu wiosną zagra w Lidze Europy.

Wierzył Pan w świętego Mikołaja i pisał do niego listy?
Jako dziecko - pewnie tak. Choć nie pamiętam już tamtych czasów. Natomiast z listami do świętego Mikołaja wciąż mam styczność, bo moja córka do niego pisze. Jej życzenia się spełniają, więc wierzę.

W tym roku jakieś życzenie dotyczyło Legii?
Nie, to jeszcze nie ten etap. Małgosia, choć Legii już kibicuje, to ma dopiero cztery i pół roku. Janek niedawno skończył dwa.

A jakby Pan miał napisać list do świętego Mikołaja, to o co poprosiłby z myślą o Legii?
Nie zastanawiałem się nad tym. Pewnie o zdrowie dla każdego z zawodników. Chociaż dla Mikołaja to jest najtrudniejsze do spełnienia. Nie ma na nie wpływu. A zdrowie jest najbardziej potrzebne, by móc pracować i się rozwijać. Tego bym chciał. Natomiast z takich spraw namacalnych... Chciałbym, żeby w klubie zostali wszyscy zawodnicy, którzy w nim są.

O to może być trudno. W przerwie zimowej w polskich klubach zwykle dzieje się najwięcej. Pan czego w niej oczekuje?
To prawda, że najwięcej się dzieje, ale rewolucji w Legii nie będzie. Nic na to nie wskazuje. Jest zainteresowanie dwoma, trzema zawodnikami Legii. Jednym z nich jest Nemanja Nikolicia, który już przeszedł do Chicago Fire. Ale akurat o nim wiedzieliśmy od jakiegoś czasu. Co będzie dalej, zobaczymy. Na razie są tylko zapytania, wstępne rozmowy, ale konkretów nie ma. Kadra Legii jest szeroka. Gwarantuje rozwój. Pozostanie w drużynie wszystkich zawodników, mam już na myśli kadrę bez Nikolicia, gwarantuje to, że zespół będzie się rozwijał.

Pan chce być pierwszym polskim trenerem, który odniesie sukces za granicą, czy zostać sir Aleksem Fergusonem Legii, a przy Łazienkowskiej spędzić tyle czasu co Pan Lucjan Brychczy?
Nie wybiegam aż tak daleko w przyszłość. Jest takie powiedzenie: człowiek planuje, pan Bóg się śmieje. To wielokrotnie się sprawdziło. Przez rok w moim życiu wydarzyło się tyle rzeczy, że trudno byłoby sobie to wymyślić. Dwanaście miesięcy temu nie przypuszczałem, że dziś będę pierwszym trenerem Legii i prowadził ją w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Oczywiście wierzyłem, że kiedyś to nastąpi, natomiast nie sądziłem, że stanie się to tak szybko. Ale byłem na to przygotowany, bo wiele czasu poświęciłem na to, by wchodząc do szatni Legii, mieć gotowy plan, jak pracować. I to była kwestia zaufania zawodników, które od nich otrzymałem.

Dużo Pan ryzykował. Gdyby Legia nie odpaliła, przy Łazienkowskiej mógłby Pan zostać spalony na kilka lat.
Nie podchodziłem do tego w ten sposób. Uważam, że w ogóle nie ryzykowałem. Przede wszystkim przez moją głowę nie przeszła ani jedna myśl, że się nie uda, bo po co? Nie warto zaśmiecać sobie głowę negatywnymi myślami. Rzeczy, których nie lubię, od razu wyrzucam z głowy, by mieć ją czystą i zawsze myśleć pozytywnie. Wtedy lepiej się żyje.

Ogromne zaufanie otrzymał Pan też od kibiców. Od czasów trenera Pawła Janasa nie było szkoleniowca, który mógłby liczyć na takie wsparcie. Niewykluczone, że gdyby wystartował Pan w wyborach na prezydenta Warszawy, to wygrałby w cuglach.
Uspokajam i zapewniam, że nie mam pomysłu, by zostać prezydentem Warszawy. Cała sytuacja jest miła. Z tymi gestami spotkałem się jeszcze przed pierwszym meczem. W rozmowach z kibicami prosiłem, by to wsparcie było przede wszystkim dla zawodników, żeby im zaufać, bo to jest najważniejsze. Dziś wiem, że poprzeczkę zawiesiliśmy bardzo wysoko. Wyniki, które drużyna osiągnęła w ostatnim czasie są imponujące. Ale trzeba dalej pracować i być czujnym. To w sporcie bardzo istotne.

Może wsparcie wzięło się choćby z tego, że spędził Pan już ponad 18 lat. 19 września 2003 r. Pamięta Pan tę datę?
Strzeliłem gola z Wisłą Kraków. Przebiegłem z piłką kilkadziesiąt metrów skrzydłem przy „Żylecie” i strzałem pod poprzeczkę pokonałem Adama Piekutowskiego. Do swoich meczów, treningów, ogólnie pracy, starałem się przygotowywać najlepiej jak potrafiłem. I to w szczegółach. Mam nawet rozpisane akcje, które rozgrywaliśmy w szczególny sposób. Zwykle w grudniu, w czasie świątecznym, gdy przychodzi pora na refleksje, przeglądam, co robiłem.

Legendą owiane są Pana dzienniki. Ponoć prowadzi Pan zapiski od czasów, gdy był piłkarzem.
Podstawa to systematyka. Nigdy nie odkładam pracy na jutro. Dzięki temu to powstało. Tak zostałem nauczony i nie widzę w tym nic dziwnego. Jako zawodnik mam 22 tomy, jako trener - z każdego półrocza od 2006 roku. Uzbierało się zatem 20 tomów. W drodze są kolejne dwa - z pracy w Zagłębiu Sosnowiec i teraz Legii. Do tego dochodzą następne dwa, gdy byłem asystentem w reprezentacji Polski do lat 18. Ponadto trzy albo cztery ze spotkań, w których prowadziłem drużynę TVN. Wszystko mam oprawiam u introligatora. Objętość książek jest różna, jedna ma 300 stron, druga 150. W zależności od długości rundy, sezonu i tego co trzeba zanotować.

Często Pan z tego korzysta?
Jak wspomniałem, najczęściej w grudniu. Czasami częściej, gdy chcę sobie przypomnieć jakiś mikrocykl albo mecz. Wszystko jest zanotowane i bardzo pomocne.

Wracając do Pana kariery piłkarskiej, w tamtych czasach jedna z przyśpiewek kibiców została przerobiona i fragment „Legia Warszawa” został zmieniony na „Jacek Magiera”. Jest Pan znany jako skromny człowiek, ale wtedy sodówka nie odbiła nawet na moment?
Nie, nawet trochę. Zawsze starałem się twardo stąpać po ziemi. Myślę, że mi się udało, choć to mogą ocenić inni. Ale nie słyszałem od mojego otoczenia, że coś złego się ze mną dzieję. Nie zmieniłem się i się nie zmienię. Wiem, co robić i jak pracować. Najważniejsze jest, by otaczać się dobrymi ludźmi. Wtedy ma się świadomość i podstawy do tego, by stąpać bezpiecznie po twardym lądzie.

I to przekłada Pan na pracę z zawodnikami. Ci, którzy z Panem pracowali, mówią, że jest Pan trenerem, którego interesuje nie tylko piłkarz, ale też człowiek. Ten styl jest Pana autorskim pomysłem, czy u kogoś go zauważył?
Miałem takie oczekiwania wobec trenera i tak widzę tę rolę. Piłkarzem jest się kilka, kilkanaście lat. Człowiekiem jest się całe życie. Wartości, które zaszczepi się w młodzieńczych latach spowodują, że będzie się żyło lepiej w późniejszych latach. Dla mnie to się liczyło, liczy i będzie liczyć, kto jakim jest człowiekiem. Często zadaje pytanie: kim wolisz być, dobrym człowiekiem czy dobrym piłkarzem? Niektórzy wybierają opcję drugą, inni obie, bo to można połączyć. Także na wysokim poziomie. Dlatego dbam o to, bo to wizytówka klubu i moja. Zawsze młodym piłkarzom powtarzam, że reprezentują nie tylko siebie, ale też ludzi, z którymi współpracują, klub i swój dom.

Robi to Pan dla nich, czy zdobyte informacje wykorzystuje też Pan w strategii na mecz? Na przykład jeżeli jakiś piłkarz rozstał się z dziewczyną, to on w najbliższym meczu nie zagra, bo nie ma do tego głowy.
To nie tak, przede wszystkim patrzę na formę sportową. Chociaż trudne sytuacje życiowe odbijają się na formie zawodnika. Dużo na ten temat rozmawiamy. Chcę żebyśmy w drużynie byli ze sobą szczerzy, bo to szansa na to, żeby się rozwijać. Wielokrotnie tak bywało, że ktoś myślami był gdzieś indziej i grał słabiej. Staraliśmy się te sytuacje rozwiązywać jak należy. Głowa jest w piłce bardzo ważna. Spokój i możliwość pracy na wysokim poziomie są gwarancją tego, że idziesz do przodu.

Sytuacja Tomasza Jodłowca jest bardzo zła?
Tomek musi odpocząć. To jest jedyny zawodnik, który tak naprawdę nie miał urlopu. Prosto z mistrzostw Europy pojechał z Legią na obóz. Zaczął grać już w eliminacjach Ligi Mistrzów, bo był bardzo potrzebny. W pewnym momencie, niestety, ale zabrakło mu zdrowia, swobody i Tomek to bardzo przeżywa. Dlatego nie pozwoliłem, żeby dalej się „męczył” na boisku. Wcześniej otrzymał wolne, ma się zresetować, odpocząć i 9 stycznia rozpocząć przygotowania z czystą głową i nowymi siłami do tego, by wywalczyć miejsce w podstawowym składzie.

A jego pozaboiskowe problemy?
O prywatnych sprawach nie będę rozmawiał. Jego słaba forma wynika z braku odpoczynku.

Poznał Pan już wszystkich piłkarzy?
Tak, każdego starałem się poznawać. Patrzeć jak się zachowuje w drużynie, na wyjazdach, podczas treningów, meczów. Z każdym zamienić kilka zdań na temat rodziny, co robi w życiu, czym się interesuje. Normalne. Nie ze wszystkimi był czas, by porozmawiać dłużej, z niektórymi bariera językowa nie pozwoliła wejść w szczegóły, inni muszą też mnie bardziej poznać, bo to działa w obie strony. Zaufanie buduje się latami. Swoją postawą trzeba robić wszystko, żeby go nie stracić. Bo można to zrobić w chwilę, jak pstryknięcie palcami, a odbudować je jest bardzo trudno. Staram się mieć jak największy kontakt z piłkarzami. Na razie ten największy mam z tymi, z którymi pracowałem w poprzednich latach, miałem kontakt, gdy byli jeszcze nastolatkami. To dziś procentuje i mamy wobec siebie jeszcze większe zaufanie.

Szkoda, że ta runda się skończyła, czy dobrze, bo przyda się odpoczynek po tym rollercoasterze w ostatnich miesiącach?
Przyda się odpoczynek. Nawet koniec rundy jesiennej był takim czasem, gdy w klubie coraz więcej myślało się o świętach. Wprawdzie nie bałem się ostatniego meczu, z Górnikiem Łęczna, ale wiedziałem, że otoczka może wpłynąć na dekoncentracje. Dlatego w ostatnim tygodniu dużą uwagę przykładaliśmy do odpowiedniej koncentracji. Podpisywanie koszulek, bombek, nagrywanie życzeń, śpiewanie kolęd... Rozprężenie mogło się pojawić, ale ogromnie się cieszę, że nic takiego się nie stało i ten udany rok zakończyliśmy efektowną wygraną 5:0. Natomiast urlopy każdemu z nas się przydadzą. Terminarz był bardzo napięty, przez co zaniedbaliśmy życie rodzinne. Najważniejsze jest więc teraz, by w tej przerwie nadrobić ten czas. Ja spędzę go z dziećmi, żoną, rodzicami i teściami. Tak, aby odpocząć i wyluzować.

Wspominał Pan też, że ta przerwa zimowa to czas, gdzie drużyna może sobie pozwolić na więcej luzu.
W naszym przypadku zawodowym sportowcem powinno się być 11 miesięcy w roku. Ten 12 podzielony jest na dwie części. Większy to ta przerwa świąteczno-noworoczna, podczas której nie trzeba patrzeć co się je i pije, bo czasami potrzeba takiego spokojnego nastawienia, które pozwoli później intensywniej pracować. Druga przerwa jest latem. Wspólnego imprezowania teraz nie zaplanowaliśmy. Każdy pojechał w swoją stronę. W ostatnim okresie mieliśmy tyle siebie na co dzień, że taka zabawa nie była potrzebna. Choć ja nie mam nic przeciwko temu, aby po sezonie drużyna się spotkała i razem poświętowała.

Odkąd został Pan trenerem Legii, drużyna w Lotto Ekstraklasie średnio zdobywa 2,5 pkt na mecz i strzela 3,3 gola. To efekt odważnej gry w Lidze Mistrzów?
Uważam, że tak. Pokazaliśmy, że możemy rywalizować z najlepszymi. Drużyna nabrała pewności siebie. Od początku taki model gry obrałem. Ta Liga Mistrzów miała nam pomóc. Niektórzy nas krytykowali za ofensywną grę, ale nie przejmowałem się tym. Byłem przekonany, że to nam przyniesie korzystne rezultaty. Zawsze zespół lepiej się czuje, gdy zdobędzie więcej bramek. To buduje pewność siebie i procentuje. Spójrzmy na kilka ostatnich meczów, nie tylko w ekstraklasie - pięć bramek z Górnikiem, pięć z Piastem Gliwice, po cztery ze Śląskiem Wrocław, Borussią Dortmund i Jagiellonią Białystok oraz trzy gole strzelone Realowi Madryt. Na jednym z przedmeczowych zgrupowań policzyłem wszystkie bramki, jakie padły w meczach z udziałem prowadzonych przeze mnie drużyn. Zagłębie Sosnowiec prowadziłem w 11 meczach, Legię w 15. Po ostatnim spotkaniu w tym roku wygląda to tak, że łącznie piłkarze strzelili 108 goli, co daje ponad cztery trafienia na mecz. Oczywiście dużo więcej moje drużyny strzelały, z wyjątkiem Ligi Mistrzów. Wyniki 4:8 z Borussią i 1:5 z Realem znacząco wpłynęły na to, że straconych bramek jest dużo. Ale i tak jest dobrze.

W przypadku rywalizacji w europejskich pucharach jedni uważają, że najlepiej grać z najlepszymi. Drudzy chcieliby mierzyć się z teoretycznie słabszymi przeciwnikami, by mieć choć trochę szans na dobre wyniki. Do której opinii Panu bliżej?
Pierwszej. Rywali Legii poznałem, pracując w Zagłębiu, a relację z losowania śledziłem, słuchając jej w radiu. Chciałem, żeby Legia trafiła na topowe drużyny. W ten sposób dostała okazje, by przypomnieć się w Europie. Zasługuje na to. Dlatego cieszyłem się z tego losowania. To była grupa śmierci. I tym bardziej wielki szacunek dla piłkarzy, że udało się zająć w niej trzecie miejsce i wyjść z niej do Ligi Europy. Przed pierwszym meczem mało kto wierzył w takie rozstrzygnięcia. Natomiast zagrać na takich stadionach jak Santiago Bernabeu w Madrycie, Signal Iduna Park w Dortmundzie, czy Jose Alvalade w Lizbonie to wielkie przeżycie. Dla każdego.

Nie brakuje też opinii, że takie wyniki jak 4:8 w Dortmundzie, to na poziomie Ligi Mistrzów nie wypada.
Dlaczego nie? AS Monaco wygrało 8:3 z Deportivo La Coruna. Celtic Glasgow przegrał 0:7 w Barcelonie. Podchodzę do tego inaczej. To w Polsce można usłyszeć, że to nie wypada, a na całym świecie, jak przeglądałem prasę, to było wydarzenie, hit, bomba, super widowisko. Zapisaliśmy się w historii Ligi Mistrzów na wiele lat i to pozytywnie. Sam fakt, że po tamtym spotkaniu trzech naszych piłkarzy było w najlepszej jedenastce Ligi Mistrzów. To o co chodzi? Szalony mecz, jak najbardziej, taki szybko się pewnie nie powtórzy. Jesteśmy pierwszą drużyną, która strzeliła cztery gole w Dortmundzie, znakomitej drużynie. Ktoś powie, że odważnie graliśmy, ale się z tym nie zgadzam. Oglądałem to spotkanie dwa albo trzy razy i to nie była gra taka, że zapominaliśmy o obronie. Do 17. minuty graliśmy konsekwentnie, potem w trzy minuty straciliśmy trzy bramki, z czego i my, i Borussia byliśmy zaskoczeni. Co to miało spowodować? Że wpuszczam piątego obrońcę i bronimy wyniku? No nie, sygnał był taki, żeby gonić, by weszło nam to w krew. W przerwie było 2:5, ale mówiliśmy sobie, że konsekwentnie gramy swoje i gonimy. Strzeliliśmy dwie, straciliśmy trzy, najbardziej mi żal tej ostatniej, w 94. minucie. To nam pokazało inną drogę, żeby grać do końca. Z Górnikiem Łęczna ostatnią, piątą bramkę zdobyliśmy w doliczonym czasie. Nauka nie poszła na marne.

Ma Pan już plan, jak wykorzystać piłkarzy z drużyny, która bardzo dobrze spisała się w młodzieżowej Lidze Mistrzów?
Bardzo się cieszę, bo zagrała dobre mecze. Jest tam duży potencjał w zawodnikach i w sztabie. Natomiast nie każdy będzie miał szansę, by przebić się do pierwszego zespołu. Wyróżniające się jednostki na pewno dostaną szansę, ale muszą ją wykorzystać. Zawsze powtarzam, że piłkarz nie ma wpływu na to, czy szansę dostanie, ale czy ją wykorzysta. Młodzieżowe rozgrywki są inne niż seniorskie, nie można tego porównywać, ale doświadczenie, które zdobyli, bardzo się przyda. Chciałbym, żeby taka sytuacja miała miejsce co roku.

A jest Pan gotowy na kryzys? Do tej pory chyba tylko nie wyszedł wam mecz z Wisłą Płock, gdy mimo prowadzenia u siebie 2:0, zremisowaliście 2:2.
Wszędzie tak jest. W ten sam weekend w lidze angielskiej będący w czołówce Liverpool prowadził z Bournemouth 3:1 i przegrał 3:4. Real prowadził z nami 2:0, a parę minut przed końcem przegrywał 2:3. Takie sytuacje się zdarzają. Po meczu z Wisłą byliśmy źli, bo daliśmy ciała. Wracając do pytania, czy jestem gotowy na kryzys? Chcemy doprowadzić do sytuacji, żeby nasza gra wyglądała dobrze. Natomiast zawsze trzeba być czujnym. Ta drużyna pokazała, że charakter jest bardzo ważny i na dziś sobie radzimy ze zdarzeniami, które miały miejsce. Trzeba reagować, żeby nie dochodziło do trudnych sytuacji, ale w sporcie jest to nieuniknione. Jest sinusoida. Szykujemy zespół, że cały czas szedł do przodu, ale trzeba być czujnym.

O takich trenerach jak Josep Guardiola, Antonio Conte czy Jose Mourinho można przeczytać, że oddychają futbolem. Pan też żyje nim 24 godziny na dobę?
To jest nieuniknione, ale nie jest tak, że wracam do domu i na kartce czy serwetce rozpisuję ćwiczenia. Choć kiedyś tak było. Doprowadziłem do takiej sytuacji, że pracuję w klubie, a w domu poświęcam się rodzinie. Jeśli trzeba, to siedzę na Legii do późnych godzin nocnych, żeby skończyć swoje, by w domu być wyciszonym i wyluzowanym.

Jest jakiś trener z topowych drużyn, na którym Pan się wzoruje?
Nie ma takiego. Starałem się za to uważnie obserwować każdego szkoleniowca, z którym pracowałem, czerpać z nich inspirację i wyciągać z ich warsztatu jak najwięcej dla siebie.

Potrafi się Pan tak szczerze wyłączyć i poświęcić rodzinie?
Nie. Przyznaję, że niejednokrotnie układając z dziećmi klocki, myślałem o sprawach związanych z klubem. Ale robię co mogę, żeby czasu dla rodziny było jak najwięcej. Telefon jednak nie stygnie. Ostatnie trzy, cztery miesiące kosztowały moją całą rodzinę utratę spokoju. Ale nie narzekamy.

W domu jest Pan spokojny, jak na ławce podczas meczów, a wtedy rolę żywiołowego Aleksandara Vukovicia przejmuje Pana brat - Marek, który szaleje na wizji i w siatkarskich halach?
W święta będziemy śpiewać kolędy, więc będzie spokojnie. Czas dla wyciszenia. Marek rzeczywiście jest moim przeciwieństwem, ale się uzupełniamy. Podobnie jak z „Aco”. Mamy ustalony zakres obowiązków. Wszystkie filmy, które klub pokazuje po meczach, wynikają ze spontaniczności, a po drugie to jest rola Vukovicia. On bardzo dobrze dba o atmosferę. Robił to już jako piłkarz. A radość trzeba okazywać, choć każdy robi to na swój sposób. Do „Aco” powiedziałem jedno, że ma być sobą. I on jest.

Jak według Pana wygląda rola asystenta?
W czasie meczów wiele analizuję. Czasem potrzebuję na to więcej czasu i skupienia. Wtedy siadam na ławce, a pod linię wysyłam „Aco”, by był z zespołem i pilnował tego, co dzieje się na boisku. Tak widzę sztab. Chcę, żeby każdy w nim czuł się potrzebny drużynie. Nie mówmy tylko o Magierze i Vukoviciu, są Tomek Łuczywek, Sebastian Krzepota, Krzysztof Dowhań, Lucjan Brychczy, Piotrek Zaręba, do tego analitycy, sztab medyczny, kierownik i tak dalej. To ludzie, którzy w swoich dziedzinach są fachowcami. Ja jestem tylko osobą, która zarządza. Zawsze chciałem być takim trenerem, który decyduje, pokazuje drogę, ma decydujący głos, ale słucha swoich współpracowników.

Często rozmawia Pan z Lucjanem Brychczym?
Codziennie. Ma bardzo dobre, trafne spostrzeżenia. W krótkich, żołnierskich słowach potrafi określić potencjał zawodnika czy ocenić grę. Na pewno jest nieoceniony.

W rozmowie z serwisem Legia.net, Pana brat wspominał, że podczas świąt sport jest obecny i podsumowujecie rok w różnych dziedzinach. Pan w swojej jakby podsumował?
To jest bardzo dobry rok. Dużo się w nim wydarzyło. Byłem na trzech etapach rozgrywkowych. Pierwsze pół roku w trzecioligowym Motorze Lublin byłem doradcą zarządu i pracowałem blisko drużyny, gdzie mogłem przetestować swoje zachowania, które stosuję jako trener. Podczas Euro 2016 byłem telewizyjnym analitykiem drużyn, co otworzyło mi oczy w wielu kwestiach. Następnie Zagłębie, z którym osiągaliśmy dobre wyniki. I na koniec Legia i Liga Mistrzów. Ale najważniejsze, że było zdrowie. Dzięki niemu można pracować na sukcesy. Oby tak dalej.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie