Jacek Dewódzki: Pytam fanów na koncertach, co chcieliby...

    Jacek Dewódzki: Pytam fanów na koncertach, co chcieliby usłyszeć. Jest nowa płyta zespołu. Bartek Wójcik w składzie

    Tomasz Dereszyński AIP, Twitter: @TomDeresz

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    [b]Jacek Dewódzki, lider grupy Revolucja, pisze piosenki, gra w filmach, uczył przysposobienie obronnego. W rozmowie z dziennikarzem AIP opowiada o nowej płycie i karierze rockowca. W przesłuchaniu brał udział Bartosz Wójcik, gitarzysta zespołu.[/b]
    Wydaliście płytę “Bida z nędzą”. Dlaczego taki tytuł?
    Jacek: Szczerze powiedziawszy najpierw chciałem, by płyta nazywała się “Supernowa”. Nie chodzi mi o sytuację konkretną w Polsce, tylko bardziej ogólnie. Na okładce widać to trochę, choć ostatecznie nie ma na niej półksiężyca i krzyża. Symbole te znalazły się w pierwszej wersji. Znalazł się na niej stojący chłopek roztropek z krzywą miną. Całą “bidę z nędzą” widać moim zdaniem na każdym kroku. Ona z nas wyłazi, tylko nie chcemy jej zauważyć.

    A mnie zaciekawiło to UFO na okładce.
    Jacek: W pewnym sensie to takie nawiązanie do tych wszystkich teorii spiskowych. Z jednej strony Amerykanie, z drugiej Ruskie. Takie spotkanie dwóch technologii, które rządzą światem, a pod tym wszystkim stoi ktoś, komu za chwilę bomba może spaść na głowę.

    W tekstach ten niepokój starasz się przekazać.
    Jacek: To nie jest takie oczywiste, bo nie ma w nich widocznych czołgów, choć muzycznie można się domyślać, że dany fragment to taki atak kawalerii pancernej czy czegoś w tym stylu (śmiech).
    Bartosz: Momentami jest ostro. Cała płyta jest swego rodzaju podsumowaniem ostatnich piętnastu lat, choć nie możemy jej nazwać The Best Of…

    Dlaczego zatem tak długo trzeba było na ten krążek czekać?
    Jacek: Myśmy nie czekali. To nasza czwarta płyta. Mam taką koncepcję, że myśl z pierwszego i ostatniego utworu na płycie przewija się cały czas. I w tekstach, i muzycznie. Mnie i Revolucji zarzucano, że ma niespójne utwory, że one są różne. Raz jest reggae, raz straszny metal, raz coś innego. Ja uważam, że powinno być różnie. Jednakowo znaczy nudno. Jak opowiadał kiedyś Jan Himilsbach, w każdym wywiadzie opowiada coś innego, inaczej byłoby nudno.

    Nawiązując trochę do polityki, to nie macie żadnego programu…
    Bartosz: Nawet na koncertach nie mamy setlisty. Gramy spontanicznie.
    Jacek: Nie cierpię sytuacji w której ktoś chce ode mnie spisaną kolejność granych na koncercie utworów. Gramy jak bluesmani po prostu. Patrzymy jak reaguje publika i dostosowujemy nasz repertuar do aktualnej sytuacji. Nawet zdarza się nam zapytać publikę, co by chcieli usłyszeć.

    Jak na to patrzy młodszy obywatel Revolucji?
    Bartosz: gram w zespole ok. pięć lat. Popieram grę na tzw. spontan. Powinno się grać to, co aktualnie się czuje, lubi, uwzględniając odczucia publiczności.

    Teksty piosenek. Jak powstają?
    Jacek: Pisząc zastanawiam się o czym są, o czym powinny być. Czasami pomaga melodia i nucąc ją wiem, czy piosenka będzie smutna, czy wesoła.

    Koledzy z Revolucji wnoszą jakieś poprawki?
    Bartosz: Mnie interesuje muzyka. Tekstów nie słucham mówiąc szczerze. To jest broszka Jacka. Nigdy nie przywiązywałem do tego, co jest napisane, może poza jednym wyjątkiem na tej płycie.
    Jakim?
    Bartosz: Chodzi o ostatni utwór “Janek”, którego słucham.
    Jacek: Jednak jest siła tekstu. Zainteresowałeś się, o czym piszę (śmiech).

    Jacku, pamiętasz, ile napisałeś tekstów?
    Nie. Czasami zdarza się, że nie pamiętam i nie rozpoznaję, że jakiś utwór napisałem. Tak było w przypadku mojej grupy 230 Volt. Śmieszna sprawa jest taka, że członkowie i jej fani wyjechali do Anglii. I zespół przestał istnieć. Poza tym, w tym wieku wielu rzeczy się już nie pamięta.

    Jak syna wciągnąłeś w muzykę?
    Wcale nie trzeba było wciągać. Wcześnie zaczął grać. Dostał ode mnie keyboard i jakoś poszło. Pierwszy występ miał mając 11 lat. Wystąpił na wieczorze galicyjskim. Któregoś dnia wziął do ręki gitarę i mu się spodobała.

    Ma jakieś geny po tacie?
    Jacek: Piec i gitara leżały u mnie w domu. On wziął i zaczął grać. I gra do tej pory. Gra coraz lepiej, do tego jest wykształconym muzykiem.

    Jesteś Jacku znany z działalności na wielu polach. Które z tych pól uważasz za najdziwniejsze w kontekście muzyki?
    Jednym z moich traumatycznych przeżyć był udział w filmie science-fiction. To historia stalkera z Czarnobyla. Gram w nim głównego bohatera. A traumatyczne przeżycie polega na tym, że uszyli mi za ciasny płaszcz, do tego strasznie cisnący plecak. Przy okazji zdjęć było potwornie zimno, jakieś 10-15 stopni mrozu, a musiałem chodzić w podkoszulki i tym za ciasnym płaszczu. Do tego mam cały czas gila w nosie, przy okazji chodząc przez pół filmu w masce przeciwgazowej. Dramat kompletny. Ten film wciąż jest w tzw. produkcji, może się kiedyś ukaże. Brakuje pieniędzy na efekty specjalne. One są ważne w takim filmie.

    A ten epizod z pracą jako nauczyciel przysposobienia obronnego? Jak na muzyka to dość nietypowa historia.
    Jacek: Czy ja wiem. W naszym krakowskim świecie muzycznym wszyscy kiedyś gdzieś poszliśmy na studia. Grając już w liceum po klubach mieliśmy jedno w głowie: nie iść do wojska. Znalazłem dla siebie właśnie kierunek PO. Miało być łatwo i było łatwo. Pracowałem w szkole. Oprócz zakładania maski przeciwgazowej uczyłem też grać na gitarze. Mam zatem kilka sukcesów pedagogicznych.

    Bartek, wyobrażasz sobie Jacka jako nauczyciela PO?
    Szczerze, tak. Ja też jestem nauczycielem, ale nauczycielem gitary. Prowadzę zajęcia w moim mieście. Lubię to, co robię. Jacek też lubił uczyć.
    Jacek: Pewnie. I dalej uczę.

    Masz talent pedagogiczny?
    Jacek: Musiałbyś się zapytać moich uczniów. Chyba mnie lubili bardzo. Mówiłem swoim uczniom, że sprawa jest prosta. Wychodzimy z założenia, że na starcie każdy ma szóstkę, a kto sobie “naszmaci”, to jego sprawa.

    Nauczyciel “idealny”...
    Jacek: Wymagałem tylko posiadania zeszytu w którym musiały być moje rysunki z tablicy. Te wszystkie czołgi, rakiety, samoloty. maski przeciwgazowe. Jak wspomniałem, lubię rysować. No i musieli mieć kredki, by było wesoło, kolorowo.

    Okładka najnowszej płyty jest tego przykładem.
    Bartosz: Waśnie. Ciekawa historia. Mówiłem do Jacka, że naszemu wydawcy nie spodoba się projekt okładki do “Bidy z nędzą”.
    Jacek: Chciałem zrobić okładkę prostą, bo teraz wszyscy kombinują, wynajmują firmy przygotowujące okładki, trwa to bardzo długo. Przypominam sobie sytuację, w której kiedyś mieliśmy papierowe torebki z produktami. Nie patrzyło się na nią, tylko na jej zawartość, na cukierki. To był sens tego wszystkiego. Do tego myślenia wróciłem przy okazji płyty “Bida z nędzą”.

    Interesuje mnie grupa Dżem. Jak to było z tym namawianiem przez żonę do zgłoszenia się na wokalistę grupy? Bo krążą różne wersje.
    Jacek: Miałem kolegę, który jak opowiadał rzeczy, które działy się w mojej obecności, to się zastanawiałem, czy one miały miejsce. Wiem tylko jedno, że one miały miejsce, tylko wszystko było zupełnie inaczej.

    Rozumiem, że udział w projekcie Dżem, był dla ciebie przeżyciem?
    Jacek: Phiii. Mój kolega jeszcze ze studiów był wielkim fanem Dżemu a ja grałem na gitarze na imprezach. Wszyscy chcieli przy okazji tych moich występów, bym zagrał kawałki tej grupy. Ja nie chciałem. Zespół nawet średnio mi się podobał. A jak widziałem ich teledysk do “Pawia” to się zastanawiałem, dlaczego tam stary dziad chodzi a nie jakaś baba. Czy to jest rock’n’roll czy co. Ten mój kolega zawsze chciał być wokalistą Dżemu, a ja z kolei Lady Pank. Dla mnie Janusz Panasewicz jest idolem, dodatkowo mnie często mylą z Januszem.

    A spotykacie się czasem z Januszem czy Jankiem?
    Jacek: Nie ma specjalnie okazji tak szczerze mówiąc. Dawno temu się widzieliśmy. To jest tak, że mijamy się na co dzień, koncertując w różnych miejscach. Częściej z Perfektem nam się udaje spotkać. A wracając do Dżemu, idąc do grupy, nie wiedziałem, czego się spodziewać. Nie miałem pojęcia, w co ja trafiam. By było ciekawiej, do wstąpienia do tego szacownego zespołu namówiła mnie żona.

    To był konkurs, dobrze pamiętam?
    Jacek: Tak. Zresztą menadżer grupy przesłuchując nagrania, uważał, że ja podesłałem nie siebie a Joe Cockera. I nawet pojechał do swojego znajomego posiadającego wszystkie płyty artysty, by odnaleźć ten mój fragment.

    Ciekawi mnie ta historia z filmem “Wataha”. Byłeś gwiazdą filmu.
    Jacek: Film “Wataha” jest pracą dyplomową dwóch moich kolegów, braci Kiełczykowskich. To są tacy polscy “Quentiny Tarrantino”. Na razie połowy filmu nie ma. On chyba tylko “trójkę” dostał niestety, bo się okazało, że dźwiękowiec zapomniał włączyć nagrywanie przez cały plan filmowy, więc wyszło jak wyszło. Kontynuacją jest “Szlak jabłoni czyli historia stalkera”. Wtedy też było zimno. Przyciągam chyba zimno.
    Bartosz: Przyciągasz. Czerwone światła na skrzyżowaniach na pewno.
    Jacek: Umiem wywołać deszcz. To inna sprawa. Mam na to dowód nagrany.

    Koncerty to dla muzyka rzecz ważna. Jakiś szczególnie zapamiętaliście?
    Jacek: Tak. Rolling Stones’ów. Graliśmy z Dżemem przed ich koncertem jako support. Powiem ci, że ja nie chodzę na koncerty, bo jak widzę grę innych, to jest mi żal, że sam nie gram w tym momencie. Przy Stonesach to było szaleństwo, co zobaczyłem.

    W którym to było roku?
    Jacek: Chyba w 1997 roku. To były czasy, w których coca-cola to był wynalazek, a batony marsa najsłodszą rzeczą na świecie. Dla mnie wydarzeniem było zobaczyć 8-pietrową scenę, wybuch płomieni i w ogóle sam event. Stałem też za ich stołem mikserskim, widzieć ich wszystkich i pomyśleć, że wreszcie zahaczyłeś o Amerykę. Heja, jesteś w tym momencie gwiazdą. To najbardziej pamiętam. No i ten wybieg dla Micka Jaggera na którym można było pobiegać. Co prawda nie dali mi wtedy mikrofonu bezprzewodowego i musiałem ciągnąć za sobą kabel. Byłem z ograniczonym zasięgiem jak piesek na łańcuchu, ale wrażenie było niesamowite.

    Pytanie do Bartka. Jak oceniasz szefa?
    Jestem bardzo wdzięczny, że mogę grać z taką osobą jak Jacek Dewódzki. Dla mnie jest jednym z najlepszych wokalistów w Polsce. Dla mnie to nobilitacja. Mogę powiedzieć, że Jacek mnie odkrył w pewnym sensie. Wielki ukłon.

    Jacek. Co ty na to?
    Jak się jest nauczycielem, to cieszy fakt kontaktu z uczniami. Do tej pory mam kontakt z nimi. Jeden z szacunku dla mnie wciąż mówi mi per panie profesorze, choć ja preferuję kontakt na ty. Młodsi mają zawsze jakieś ciekawe pomysły. To jest fajne.

    Uczysz się od młodszych?
    Jacek: Tak, zdecydowanie. Revolucja nie jest zespołem, który ja wymyśliłem. Od samego początku idea była taka, że to grupa szukająca znajomych chcących sobie pograć i stworzyć coś fajnego. Nigdy nie narzucam tego, co moi koledzy mają zagrać. Wymyślam numery, tu zgoda, ale solówki, pochody, zostawiam im. Ja gram na basie, wymyślam melodię, takim Stingiem jestem. Oni robią całą resztę.
    Bartosz: Fajne jest to, że Jacek akceptuje nasze pomysły.
    Jacek: Dewódzki junior, nasz perkusista, był kiedyś technicznym. Od tego patrzenia na to, jak gramy, się nauczył. Startował mając 17 lat. W ciągu dwóch następnych nauczył się grać na bębnach i teraz gra w Revolucji. Robi to tak jak być powinno. Mówimy sobie o wszystkim i od razu wiemy, że coś nie gra. Poza tym nasze kompozycje są banalnie proste. Komu by się chciało uczyć (śmiech)...

    W studiu vivi24 rozmawiał Tomasz Dereszyński AIP

    Czytaj treści premium w Polsce Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    W związku z ciszą wyborczą komentarze zostały wyłączone, zapraszamy z powrotem w niedzielę wieczorem.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Nie przegap

    Wideo