reklama

Iwan Konwicki, z domu Iwaszkiewicz. Kot Tadeusza Konwickiego w opisie jego właściciela

Tadeusz KonwickiZaktualizowano 
Tadeusz Konwicki i jego rodzina byli bardzo związani z ich kotem Wanią. Do tego stopnia, że pisarz poświęcił mu całą książkę Fot. archiwum rodziny Konwickich
Najsłynniejszy kot wśród celebrytów, największy celebryta wśród kotów - mówiono o kocie Tadeusza Konwickiego. Jaki był Wania? Poniżej jego sylwetka skreślona piórem autora „Małej apokalipsy”.

Od razu następnego dnia po zakwaterowaniu się w naszym mieszkaniu kot zginął. Przepadł absolutnie i bez śladu. Zrewidowaliśmy całe mieszkanie, odsunęliśmy wszystkie meble, zajrzeliśmy do wszystkich schowków. Kota Iwana nigdzie nie było. Ale było otwarte na oścież okno w pokoju Ani, gdzie denat ostatnio przebywał. Z lupą przy oku zbadałem blaszany parapet. Tak, znalazłem jakieś ryski. Mogły być dziełem pazurów lecącego w przepaść Iwana, mogły też powstać przypadkowo. Słyszałem już przedtem, że spadające koty, szczególnie młode, żeglują w powietrzu jak wiewiórki i wychodzą z opresji cało. Więc obleciałem z góry na dół wszystkie klatki schodowe. Bezskutecznie. Przesłuchałem panią z kiosku na okoliczność podwórkowych dzieci. Nie, żadne dziecko nie znalazło bezdomnego kota. Wlazłem zatem do piwnicy, gdzie żyją bezpańskie kocury. I tam nie było Wańki. Jak detektyw z angielskiego filmu na klęczkach zbadałem beton pod naszymi oknami. Oprócz gołębich, obfitych kupek nic nie znalazłem. Przeszukałem w końcu kubły ze śmieciami w tragicznej nadziei, że tam będą zwłoki małoletniego samobójcy. Jeszcze jedno rozczarowanie. Więc zaczęliśmy rozpaczać z żoną, jęliśmy wyobrażać sobie, co to będzie, kiedy wrócą dzieci ze szkoły. Ze łzami w oczach poszedłem na miasto szukać otuchy u dobrych ludzi. „No nie martw się - mówili bez przekonania - kot zawsze się znajdzie”. Wyżalałem się długie godziny, objaśniając szczególnie drażliwą sytuację. Bo wcale nie chciałem kota, zawsze byliśmy z żoną uprzedzeni do kotów, ale skoro już się pojawił, skoro dzieci kochają, to jak żyć dalej.

Wróciłem załamany do domu. Żona cała w żałobie stała przy oknie, patrząc na ulicę w oczekiwaniu, że może zdarzy się cud i nagle zza rogu, od tej strony, gdzie jest piwiarnia, wyjdzie kot Wania i pozdrowi ją przyjaźnie łapą. Umówiliśmy się zdławionym, cichym głosem, że żona weźmie na siebie ciężar ostrożnego, delikatnego poinformowania dzieci o nieszczęściu.

Rychło wpadła Ania z tornistrem na plecach, który w pośpiechu rzuciła na podłogę korytarza. Tak jej było śpieszno do kota. Podniecona, zdenerwowana, jąkając się, oświadczyła, że nie mogła doczekać końca lekcji.

- Gdzie jest kot?

- Wejdźmy do twego pokoju - powiedziała żona, zdobywając się bohatersko na żałosny spokój.

Stuknęły drzwi, a ja zamarłem w korytarzu, czekając na wybuch tragicznej rozpaczy dziecka.

Tymczasem po krótkiej chwili rozległy się wrzaski, ale rozdzierające wrzaski radości.

- Ty, ty brzydki, ty kochany, najukochańszy, maleństwo słodkie, jak ty mogłeś, ale dobrze, że już jesteś, och najdroższy, gdzie jego mleczko, och, och!

Potem odezwały się szaleńcze cmokania i bliski zawału resztką sił wpadłem do pokoju, gdzie kot Iwan stał pośrodku z wyprężonym grzbietem w geście przeciągania się, z przebiegłym i cynicznym uśmiechem, jaki pojawia się na jego pysku w momencie ziewnięcia.

Okazało się, że żona powiedziała Ani o nieszczęściu, a biedne dziecko runęło jak długie na swoje łóżko. Wtedy coś pisnęło i z cienkiej fałdy narzuty wyskoczył zaspany i obrażony Wania.

Kot Iwan jako dziecko wcale nie przypominał koteczka z obrazkowych książeczek. I dziś, kiedy osiągnął wiek dojrzały, wcale nie jest podobny do normalnych kotów.

Oczy ma Wańka może raczej jak siarka, i w tych oczach nie uświadczysz współczucia ani serdeczności

Bo patrzcie, jak wygląda kot Wania. Przede wszystkim ma wcale nie okrągłą, ale mocno pociągłą i chudą twarz. Nad tą twarzą bardzo męską, bardzo surową, zupełnie wyzutą z kociej dobroci i wręcz okrutną, sterczą do góry uszy dość długie, szpiczasto zakończone, bez mała z pędzelkami, co to sami wiecie, a ja rozumiem. Oczy ma Wańka jaskrawoseledynowe, może raczej jak siarka, i w tych oczach nie uświadczysz współczucia ani serdeczności. Cała postać jest dość olbrzymia, raczej przerażająca, nogi jego są tak grube jak moje ręce w przegubach. W każdym razie kot Iwan najczęściej budzi podziw i grozę.

Usadowił się w tej swojej pozycji, która doprowadzała nas do szaleństw zachwytu. Mianowicie siedzi on wyprostowany, przednie łapki zestawił akuratnie i otoczył je bardzo schludnie ogonem troszeczkę zdefektowanym, bo wsadził go kiedyś do płomyka pod czajnikiem z gotującą się wodą na herbatę. Na szczęście ja byłem obok i w dzikim szoku ugasiłem błyskawicznie naszego ulubieńca, naszego tyrana i dobroczyńcę.

Kot nas bije

Otóż mieszkam w stołecznym mieście w dość elitarnej dzielnicy, która popularnie zwie się „na tyłach Nowego Światu”. Ściśle mówiąc, mieszkam na ulicy Górskiego, na drugim piętrze, w lokalu o powierzchni 60 m2 , który zajmuję wraz z żoną, dwiema córkami i kotem Iwanem. Wymieniłem kota na końcu, ale to jest niesłuszne, ponieważ kot Iwan powolutku przejmuje kompetencje i przywileje głównego lokatora, dość nieprzyjemnego i nieżyczliwego dla swoich sublokatorów.

Od razu wyznam rzecz wstydliwą. Kot Iwan nas często bija. Moją żonę, moje córki i mnie. O coś raptem obrażony zaczaja się w korytarzu i biada temu, kto tam wejdzie. Podskoczy, walnie łapami po nodze zamachowymi ciosami, a bywa, że i ugryzie. W stosunku do mnie stara się miarkować, ale też swoje odbieram. Bije mnie jak bokser, po męsku, chowając pazury. Czasem, kiedy nie jest zły, ale przychodzi na niego dziwna drapieżna fantazja, nagle przeleci obok i kopnie mnie wzgardliwie z obu tylnych nóg. Jest to nasza wstydliwa tajemnica rodzinna. Przed światem udajemy, że nasz kot kocha nas ślepą, szaloną miłością.

Trzeba przyznać, iż jego gniew jest w zasadzie usprawiedliwiony. Kot Wania panicznie lęka się mężczyzn z torbami albo z pakunkami. Kiedy przyjdzie pan hydraulik, wesoły, pogodny, nieświadom grozy, jaką budzi, kot Iwan zamienia się w malutką białą myszkę i chowa się w najdalszym kącie pod łóżkiem Ani. Pełen współczucia wpełzam do niego, żeby wyjaśnić sytuację. Lecz Wańka słucha mnie chyba końcem ogona, cały zamieniony w słuch pacjenta, który słyszy ostatnie uderzenia swego serca. Wańka w takim stanie to kupka wstrząsającego, metafizycznego przerażenia.

Ale gdy tylko pan hydraulik wyjdzie z mieszkania, Iwan w postawie tak zwanego niskiego kota biegnie, szorując brzuchem, do łazienki czy kuchni, obwąchuje krany, brzegi wanny i wszystkie te miejsca, których dotknął Bogu ducha winny rzemieślnik, i wtedy się zaczyna. Całe swoje tchórzostwo, całą swoją małoduszność, całe swoje upokorzenie wyładowuje na nas. Gania nas po całym mieszkaniu, znowu zuchwały i pyszny, znowu arogancki i pogardliwy, gania nas tak wszystkich, gryzie, kopie, boksuje. A my chowamy się po kątach, ekskuzujemy się płaczliwymi głosami, prosimy o przebaczenie.

Tadeusz Konwicki „Iwan Konwicki, z domu Iwaszkiewicz”, wyd. Znak, Kraków 2019
Tadeusz Konwicki „Iwan Konwicki, z domu Iwaszkiewicz”, wyd. Znak, Kraków 2019

POLECAMY W SERWISIE POLSKATIMES.PL:

Szczerze o muzyce: Paprodziad

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie