Inne oblicze stanu wojennego, czyli bimber i marihuana w celi na Białołęce

Redakcja
Internowani przemycili do więzienia aparaty fotograficzne. Na zdjęciu Marcin Frybes, wykładowca Collegium Civitas Stowarzyszenie Internowani.pl
Ktoś przemycił marihuanę, wmawiając strażnikowi, że to ziółka na wątrobę. Eugeniusz Lipczyc jest dobrze zaopatrzony w kartoniki japońskiej sake, którą przynosi mu żona, tłumacząc, że to mleko skondensowane. Strażnicy nie znali japońskiego, kartoniki z mlekiem też były im obce i miały posmak wielkiego świata. Nie próbowali ich otwierać. W zderzeniu z tą nowoczesnością i pomysłowością internowanych zwyczajnie głupieli. O innym obliczu stanu wojennego pisze Anita Czupryn.

Do mieszkania rodziców Marcina Frybesa, studenta ostatniego roku matematyki UW, esbecy przyszli nocą z 12 na 13 grudnia. Marcin znalazł się na liście internowanych, bo był szefem samorządu studenckiego, współpracownikiem Nowej i KOR. Nie zastali go. Kilka godzin wcześniej jego kolega Kuba Sufin, pracownik Regionu Mazowsze, wyciągnął go na wódkę.

W Warszawie trwają aresztowania, przestają działać telefony, na rogatkach ulic stają wozy pancerne. Marcin wraca podchmielony do domu, niczego nie zauważa. Rano budzi go głos generała Jaruzelskiego, który w radiu i telewizorze ogłasza stan wojenny. Marcin goli brodę. Kraciastą koszulę i wyciągnięty sweter zamienia na elegancką marynarkę z muszką. Zamiast sfatygowanej czapki wkłada kapelusz. Ucharakteryzowany na dostojnego, młodego człowieka, jak gdyby nigdy nic, zjawia się 14 grudnia w gmachu Rektoratu Uniwersytetu Warszawskiego. - Długo się pan nie ukryje, złapią pana - mówi mu rektor Henryk Samsonowicz. I sugeruje: - Dobrze by było, aby znalazł Pan kogoś, komu przekaże wszystkie kontakty i wiedzę dotyczącą samorządu, ale kogoś, kogo trudno z Panem skojarzyć.

Jajka, które z domu przychodziły do więzienia na Białołęce dla przyszłego posła Gabriela Janowskiego, faszerowane były czystym spirytusem

Obaj dochodzą do wniosku, że idealną kandydatką jest studentka filologii hiszpańskiej, członkini komitetu strajkowego. Delikatna blondynka o niezwykłej sile charakteru. Marcin spotyka się z Joanną, z czasem konspiracyjne spotkania przeradzają się w miłe randki, idą nawet razem do kina na film "Piknik pod wiszącą skałą" Petera Weira, a potem na spacer do Puszczy Kampinoskiej. W najśmielszych marzeniach nie podejrzewali, że po latach spotkają się ze słynnym reżyserem w Los Angeles i osobiście będą mogli mu opowiedzieć, że to dzięki jego filmowi ich znajomość nabrała romantycznego charakteru.

Przez kilka tygodni Marcinowi udaje się uniknąć zatrzymania. Gra z esbekami w kotka i myszkę. - Z czasem to ukrywanie się przestaje być zabawne. Zresztą spotkałem się już wtedy kilkakrotnie z Jankiem Skórzyńskim, którego tuż przed Nowym Rokiem wypuścili z Białołęki. W jego sprawie interweniował chyba sam arcybiskup Józef Glemp. Janek miał 25 grudnia wziąć ślub z Kasią Zarańską, ale 13 zamknęli. Jego ojciec wywiesił kartkę na parafialnej tablicy ogłoszeń, że ślubu nie będzie, bo przyszłego pana młodego internowali. Z opowieści Janka wiedziałem, że internowanie da się przeżyć - opowiada Marcin Frybes. Zwłaszcza, co często podkreśla, że nie był obciążony pamięcią stalinowskich prześladowań, a dzięki temu nie miał w sobie tych obaw, jakie miało starsze pokolenie.

Wpada 21 grudnia. Tego dnia decyduje, że będzie spał u siebie - w kamienicy przy ul. Sędziowskiej. Dziwnym zbiegiem okoliczności jest to ta sama kamienica, w której w czasie wojny ukrywał się Władysław Szpilman, znany z filmu Romana Polańskiego pianista. W 68 roku ukrywał się tam pisarz Paweł Jasienica. - Wchodzę po schodach i widzę, że czekają na półpiętrze. Jest ich dwóch. Miałem trzy wyjścia: uciekać, ale byłem bez szans. Pójść na górę do sąsiadów, ale tam był skład bibuły, nie chciałem robić kłopotów. Wybrałem ostatnie wyjście: "Panowie do mnie?". Wiedziałem, że muszą mieć nakaz internowania. Zapomnieli zabrać z komendy. "Bez nakazu się nie ruszam" - opowiada. Uradzili, że jeden z nich pojedzie po nakaz, drugi poczeka z Marcinem w mieszkaniu. - Życzliwy był z niego esbek - wspomina Marcin Frybes. - Poradził, abym spakował ciepłe skarpety, kalesony. Pozwolił się wykąpać. Wesoło to wyglądało: ja nagi w wannie, on - ubrany, siedzący na sedesie i gadamy o dziewczynach.

CZYTAJ TEŻ:
* Chris Niedenthal, autor słynnych zdjęć ze stanu wojennego: PRL był ciekawszy niż Londyn (GALERIA)
* Nie cały Zachód poparł Wałęsę. Przegląd prasy sprzed 30 lat
* ''The Times'' z 14 grudnia 1981 r.: Z Niemiec do Polski na własną odpowiedzialność

Noc spędza na dołku w Pałacu Mostowskich, razem z więźniami kryminalnymi. - Białołęka przy innych więzieniach to prawie Hilton. Są prysznice, spacery i ciepłe jedzenie - pocieszają go. 23 grudnia Marcin Frybes ląduje w celi nr 26 - najweselszym miejscu na Białołęce. Jest tu Eugeniusz Lipczyc, tłumacz z japońskiego, obecny podczas wizyty premiera Piotra Jaroszewicza w 1979, następnie tłumacz Lecha Wałęsy w Japonii w 1981. Jest Andrzej Łopiński, młody, zaledwie 19-letni student ASP. Są działacze NZS, wśród nich Tadeusz Nowicki (za kilka lat będzie świadkiem na ślubie Marcina i Joanny) i Robert Czarnota, określany przez kolegów pistoletem z NZS. Ktoś przemycił marihuanę, wmawiając strażnikowi, że to ziółka na wątrobę. Eugeniusz Lipczyc jest dobrze zaopatrzony w kartoniki japońskiej sake, którą przynosi mu żona, tłumacząc, że to mleko skondensowane. Strażnicy nie znali japońskiego, kartoniki z mlekiem też były im obce i miały posmak wielkiego świata. Nie próbowali ich otwierać. W zderzeniu z tą nowoczesnością i pomysłowością internowanych zwyczajnie głupieli.

Zresztą z alkoholem i marihuaną było mnóstwo zabawnych historii. Na przykład taka, że do więzienia przemycano ją w ciasteczkach. Przynosił je brat jednego z internowanych. Działanie ciasteczek z trawką uzależnione było od wielu czynników: soków trawiennych, od tego, co internowany zjadł. Trudno było przewidzieć efekty, czasem marihuana zaczynała działać dopiero po kilku godzinach. - Bywały sytuacje, że ktoś najadł się ciasteczek i nic nie czuł, wzywano go na przesłuchanie i wtedy trawa zaczynała działać - śmieje się Marcin Frybes.

W okolicach Wielkanocy na Białołęce pojawiły się wielkanocne baby, do których strażnicy nic nie mieli, bo nie wiedzieli, że w środku ciasta ukryta była sprasowana trawa, zapakowana szczelnie w folię aluminiową. Wszystkich przebił przyszły poseł Gabriel Janowski, który miał stałe dostawy jaj. Zachwalał: - Świeże jajeczka, prosto ze wsi. Koledzy dziwili się, dlaczego żona tak chętnie mu te jaja wozi, zwłaszcza że w białołęckim więzieniu jaj było pod dostatkiem. Prawda wyszła na jaw wtedy, gdy przypadkiem jedno z tych świeżych jajeczek się zbiło. Po celi rozniósł się zapach czystego spirytusu. Wydało się, że wydmuszki szprycowane były spirytusem za pomocą igły.

Kiedy internowani otrzymali w darze od Czerwonego Krzyża mnóstwo rodzynków, w sąsiedniej celi ktoś wpadł na pomysł, aby zrobić z nich bimber. Wiadro ukradziono z łaźni, nastawiono zacier, a potem zapraszano kolegów z innych cel na degustację. Strażnicy w głowę zachodzili, jak to możliwe, że przy takiej kontroli internowani chodzą ululani. Latem udało im się zrobić bimber ze śliwek, które rosły w okolicy.

Któregoś dnia bimbrownicy zostali uprzedzeni, że na drugi dzień wywiozą ich do innego miejsca. Zapakowali alkohol w co tylko mogli i podczas podróży zaczęli degustować. Im więcej degustowali, tym głośniej śpiewali, a w końcu wszystkim zachciało się siusiu. Strażnicy zorientowali się, że czterdziestu więźniów, których przewożą, jest zalanych w trupa. Bali się afery, zdecydowali więc wjechać ciężarówką na zamknięty teren więzienia w jednej z miejscowości po drodze, aby internowani skorzystali z toalety w sposób kontrolowany.

CZYTAJ TEŻ:
* Chris Niedenthal, autor słynnych zdjęć ze stanu wojennego: PRL był ciekawszy niż Londyn (GALERIA)
* Nie cały Zachód poparł Wałęsę. Przegląd prasy sprzed 30 lat
* ''The Times'' z 14 grudnia 1981 r.: Z Niemiec do Polski na własną odpowiedzialność

Oczywiście alkohol i używki, jedna z form przeżycia internowania, choć wesoła, to nie najważniejsza. Prócz rżnięcia w karty i nastawiania zacieru więźniowie prowadzili wzajemnie kursy doszkalające, uczyli się języków obcych, czytali książki. W jednej z cel znalazł się nawet zakazany Aleksander Sołżenicyn, dzięki temu, że był w wersji angielskiej.

W kilku celach internowani mają małe tranzystorowe radyjka, przemycone w kostce masła. Słuchają zagranicznych agencji, a na podstawie usłyszanych informacji tworzą własna gazetkę, Białołęcką Agencję Solidarności. Rozchodzi się w pięciu egzemplarzach, wędruje po celach, trafia do pawilonów, gdzie siedzą najbardziej znani opozycjoniści. - Robiliśmy dowcipy kolegom, pisząc np.: "Jak podaje BBC, internowani w Białołęce działacze Solidarności postanowili zorganizować w dniu 8 marca solidarnościowy strajk głodowy, prócz celi, która zapowiedziała, że jeśli będą klopsiki, to się do strajku nie przyłączą" - opowiada Frybes.

On w tym czasie kończył swoją pracę magisterską z matematyki. A że w oparach trawy i spirytusu ze świeżych wiejskich jaj trudno było się skupić, napisał do komendanta prośbę o możliwość korzystania z izolatki. - Dostałem odpowiedź, że izolatka jest karą, a nie nagrodą - mówi Frybes. Postanowił zarobić na karę. Kiedy strażnik zabrał go na spacerniak, skorzystał z okazji i rozpalił ognisko. Zrobiła się afera, ale Frybes nie tracił animuszu: - Nie chrzańcie, tylko przynieście kiełbaski - przywitał nadbiegających strażników.

- Dostałem tydzień tzw. kabaryny, jak się mówiło na izolatkę - wspomina. A że w Niedzielę Wielkanocną przypadał piąty dzień jego kary, jego cela zagroziła władzom więzienia strajkiem głodowym. Koledzy domagali się, aby wypuścić Frybesa na świąteczne śniadanie. Komendant nie chciał awantury. - Jeśli jedna cela mogła zagrozić strajkiem głodowym, to też pokazywało, że na Białołęce całej tej grozy stanu wojennego, jaka była gdzie indziej, nie przeżyliśmy - mówi Frybes. Ważną rolę w więzieniu odgrywali księża, zwłaszcza ksiądz kapelan Jan Sikorski. - Co tydzień wszyscy biegaliśmy do księdza Sikorskiego na spowiedź. Nie dlatego, że tacy byliśmy święci, ale dlatego, że to była droga do przekazania listu na wolność. Miał pełne rękawy w sutannie tych naszych liścików i strażnicy dobrze o tym wiedzieli, jednak do duchownych mieli respekt - przypomina Frybes.

Dowcipy to było jednak to, co internowani z celi 26 lubili najbardziej. Raz wchodzi do nich komendant z apelem, czyta obecnych, podsumowując: - Jedenaście! - Dwanaście! - oponują internowani. - Jedenaście! - nie ustaje komendant. - Dwanaście! - upiera się cela. A jeden z więźniów dodaje: - Jest przecież Malutki. - Jaki Malutki? - dziwi się komendant, ale czując, że więźniowie chcą go wkręcić, zmienia taktykę: - Ach, rozumiem. Malutki.

W ten sposób Malutki zaistniał na dobre. Więźniowie pisali podania do komendanta w sprawie Malutkiego. A to z prośbą o malutką menażkę, a to o "malutkie" widzenie. Któregoś dnia do więzienia zjechała wysoka szyszka. Komendant oprowadza gościa po celach. Wchodzi do celi 26 i gromko woła: - Jak tam Malutki? - Jaki malutki? - pytają więźniowie. Miny poważne, a patrzą tak, jakby sugerowali, że komendant zwariował. Jeden rzuca: - O co panu komendantowi chodzi? Malutki zniknął tak samo nagle, jak się pojawił.

CZYTAJ TEŻ:
* Chris Niedenthal, autor słynnych zdjęć ze stanu wojennego: PRL był ciekawszy niż Londyn (GALERIA)
* Nie cały Zachód poparł Wałęsę. Przegląd prasy sprzed 30 lat
* ''The Times'' z 14 grudnia 1981 r.: Z Niemiec do Polski na własną odpowiedzialność

Jedną z metod walki z systemem i dokuczenia władzy było też wysyłanie listów do ministra Czesława Kiszczaka. Więźniów z celi 26 zainspirował Antoni Pawlak, poeta, publicysta, obecnie rzecznik prasowy prezydenta Gdańska. Marcin Frybes wpadł na pomysł, aby napisać do Kiszczaka list w sprawie widzenia się ze swoim psem Porterem. Argumentował, że nie wie, jak ma wytłumaczyć swojemu 11-letniemu pieskowi, że nie może z nim pójść na spacer. Tymczasem pies się niepokoi, a przecież w dekretach stanu wojennego nie ma mowy o tym, aby stresować psy. - Na takie listy, które szły drogą oficjalną, nadawano im specjalny numer, urzędnicy musieli odpowiadać. Czasem załatwiał to komendant. Wezwał mnie i powiada: - Niech pan sobie nie robi jaj.

Wiosną do Białołęki trafił solidarnościowy bard Jan Krzysztof Kelus za piosenkę, którą rozpoczynały się audycje podziemnego Radia Solidarność. Na spacerniaku dopadł Frybesa. - Mam pszczołę - oznajmił. To nie było dziwne, bo pszczołami interesował się od dawna, a dziś na Warmii prowadzi pasiekę. - Masz pszczołę - zgodził się uprzejmie Frybes. - Co z tego? - To, że ja ci teraz tę pszczołę przyłożę do oka, ona cię użądli, będziesz miał taaaką gulę, wezmą cię do szpitala, a stamtąd już niedaleko wolność - powiedział podekscytowany Kelus.

- Nie kupiłem tego pomysłu - uśmiecha się Marcin Frybes. Ale starania o jego zwolnienie podejmowane były od dawna. W jego sprawie interweniowali Wiesław Chrzanowski, wicemarszałek Halina Skibniewska, radca ambasady francuskiej. Próbowano załatwić mu zwolnienie z powodu podejrzenia białaczki. Na władze podziałał inny argument. Do kierownictwa MSW przyszły prośby od trzech różnych par narzeczeńskich, które umyśliły sobie, że Marcin Frybes ma być świadkiem na ich ślubie. Decyzja o tym, że wyjdzie na przepustkę, przyszła nagle. Była niedziela, 6 czerwca 1982 roku. Depozyt był zamknięty, Marcin zostawił dokumenty, książeczkę wojskową.

Miał wrócić 20 czerwca. Nigdy na Białołękę nie wrócił. Do dziś nie ma książeczki wojskowej. Na wolności pierwsze kroki skierował do Joanny i... już u niej został. Wyjechali do Francji na zaproszenie jednej z francuskich uczelni i tam wzięli ślub. Do Polski wrócili dopiero w sierpniu 1989 roku. Dziś Joanna Kozińska-Frybes jest polskim konsulem w Los Angeles. Marcin Frybes - matematyk i socjolog - wykłada w Collegium Civitas.

Anita Czupryn

CZYTAJ TEŻ:
* Chris Niedenthal, autor słynnych zdjęć ze stanu wojennego: PRL był ciekawszy niż Londyn (GALERIA)
* Nie cały Zachód poparł Wałęsę. Przegląd prasy sprzed 30 lat
* ''The Times'' z 14 grudnia 1981 r.: Z Niemiec do Polski na własną odpowiedzialność

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

P
Paweł

Coś Ty z siebie zrobił Marcinie ?
Paweł G.

D
Dziemba

No ładnie, dowiadujemy się, że solidarnościową rewolucje robili nam palacze marihuany. Teraz rozumiem dlaczego władze III RP rzadzą tak, jakby były na haju.

Dodaj ogłoszenie