reklama

Inaki Astiz: Warszawa to mój drugi dom. To będą moje pierwsze święta spędzone w Polsce

Tomasz Biliński
Tomasz Biliński
Inaki Astiz w kuchni radzi sobie równie dobrze jak na boisku. Razem ze swoją narzeczoną Dominiką Fetraś upiekł świąteczne pierniki. - Zabawa była przy tym świetna - przekonuje piłkarz
Inaki Astiz w kuchni radzi sobie równie dobrze jak na boisku. Razem ze swoją narzeczoną Dominiką Fetraś upiekł świąteczne pierniki. - Zabawa była przy tym świetna - przekonuje piłkarz Bartek Syta/Polskapresse
Przyjechał na roczne wypożyczenie, ale w Legii Warszawa gra już od siedmiu i pół roku. Tegoroczne święta Bożego Narodzenia będą jednak pierwszymi, które Inaki Astiz spędzi w Polsce. Opowiada nam o życiu w stolicy i Pampelunie, skąd pochodzi.

Z Inakim Astizem umówiłem się w jednej z kawiarni przy placu Zbawiciela. - Ona teoretycznie jest przy ulicy Mokotowskiej, niedaleko Czerwonego Krzyża, ale jak będziesz szedł z placu Zbawiciela, to skręć w Marszałkowską, w stronę placu Konstytucji - tłumaczył piłkarz warszawskiej Legii. - Gdybyś miał jakiś problem, to dzwoń, pomogę - nie ustępował Hiszpan, gdy zapewniłem, że trafię. Żarty, że po wielu miesiącach nie wie, gdzie jest Nowy Świat albo gdzie stoi palma, to nie o nim (choć w Legii grali w przeszłości tacy, którzy tego nie wiedzieli). Astiz polską stolicę zna jak własną kieszeń.

- Faktycznie można tak powiedzieć. W lipcu będzie osiem lat, jak tu jestem. Warszawa jest moim drugim domem. Czuję to - przyznaje 31-letni obrońca szykujący się do świąt Bożego Narodzenia. Wyjątkowych, bo pierwszych w Polsce.

- To dzięki mojej narzeczonej Dominice. Do tej pory zawsze leciałem - sam czy z nią - do rodzinnego domu w Pampelunie. Bardzo jej jednak zależało, żebyśmy ten niezwykły czas spędzili w końcu w Polsce. Żebym poznał zwyczaje panujące tutaj. Postanowiliśmy więc, że w tym roku zostajemy razem w Warszawie - zdradza Hiszpan.

Jak to zwykle bywa, święta Bożego Narodzenia i sposób ich obchodzenia różnią się w zależności od kraju, a nawet regionu.
- W Pampelunie przede wszystkim nie mamy tradycyjnych 12 potraw. Właściwie to menu co roku może być inne. Zależy od pomysłowości gospodarzy. Wiem, że w Polsce jest karp, raczej mało smaczna ryba. Natomiast w Hiszpanii jest większy wybór ryb, no i zawsze jest gwarancja, że są świeże. W każdym razie ona jest głównym daniem. Do tego dochodzą krewetki i inne owoce morza, sałatki... Poza tym mamy na przykład pinchos, takie przekąski - Astiz zaczyna pokazywać na telefonie zdjęcia i kontynuuje: - Albo spójrz na to, to fritos. Tylko to nie są frytki ani czipsy, a zawijane w ciasto różne rzeczy. Może być kurczak, ser, warzywa. Bardzo fajnie wygląda i jest super w smaku. Bardzo lubię też paprykę czerwoną z beszamelem w środku i z rybą, warto zobaczyć na zdjęciu. Astiz prezentuje kolejne specjały. - Moja ciocia robi je rewelacyjne. Ostatnio z Dominiką takie coś sobie przygotowaliśmy. Wyszło dobre, ale jednak nie wszystkie produkty są tutaj dostępne, a jeśli już, to różnią się w smaku. Po obiedzie czas na deser, czyli na przykład lodowe sorbety i szampan - wymienia Hiszpan, który nie wyklucza, że w przyszłości połączy zwyczaje z obu krajów i stworzy wigilię idealną.

Odkąd przyszedłem do Legii, w klubie zmieniło się niemal wszystko. Co ważne - na plus. Teraz to my dominujemy, choć Lech i Śląsk są mocni

- Mniej więcej wiem, czego się spodziewać, ale dopiero po tych świętach będę mógł powiedzieć, na co najbardziej czekałem, jeśli chodzi o polskie przysmaki. Być może za rok wprowadzimy coś nowego. Choć jak widziałem niektóre dania, to coś czuję, że pozostanę przy delikatnym spróbowaniu wszystkiego, a nie objadaniu się - śmieje się Astiz. No, może z wyjątkiem pierników, które piekł.

- Superzabawa! Wyszło całkiem nieźle, spójrz - piłkarz pokazuje zdjęcia tacy wypełnionej ciastkami przypominającymi dziadków do orzechów, każdy inaczej polukrowany. - Z Dominiką byliśmy u jej rodziców. Oprócz nas była też jej siostra z mężem. Każdy z nas zrobił po kilka ciastek. Zajęło nam to całe popołudnie. Mama Dominiki i jej siostra zrobiły też domek z pierników oblany lukrem. Robi wrażenie. Ja aż tak utalentowany nie jestem, ale pilnowałem, żeby im wszystko wyszło - puszcza oko hiszpański obrońca.

W przeciwieństwie do polskich zwyczajów w Pampelunie świętowanie zaczyna się dużo wcześniej i nie tylko w domu. - Jeszcze przed kolacją mieszkańcy zbierają się przed domami, oczywiście pięknie przystrojonymi z choinkami i tak dalej. Zapewniam, że mój zawsze najładniej - zaznacza wesoło legionista. - No i ulicą idzie taka procesja, dużo ludzi ma na sobie ludowe stroje, nie brakuje też zwierząt. Na czele idą natomiast Święty Mikołaj i Olentzero. W Kraju Basków to taki człowiek z gór, który też roznosi prezenty. Jest wtedy radosna atmosfera. Na koniec uczestnicy zbierają się w jednym miejscu i Mikołaj z Olentzero rozdają upominki. Największą frajdę mają dzieciaki - opowiada Astiz.

- Ja zawsze wierzyłem w Świętego Mikołaja. Jak byłem mały, to po kolacji wychodziliśmy na dwór i z głośnika było słychać jego głos. Zabawa polegała na tym, żeby razem z innymi dziećmi odkryć, skąd on dochodzi. Tam czekały na nas prezenty - wspomina. - Dziś wolę dawać, niż otrzymywać upominki. Nigdy nie wiem, co bym chciał dostać. A i tak najwięcej frajdy sprawiają mi drobiazgi. Lubię natomiast szukać prezentów dla bliskich. Choć odkąd jestem z Dominiką, to idzie mi to znacznie szybciej. Czasem jesteśmy w sklepie i ona mówi, że musimy kupić to czy tamto, już na święta. Mówię: "Zaraz, przecież jeszcze trzy miesiące!" - śmieje się legionista. - Ale to dobre, dzięki temu nie trzeba się później martwić - dodaje.
W Pampelunie inaczej wygląda też sylwester. - Najpierw spotykamy się w rodzinnym gronie na kolacji, a dopiero po niej idziemy na miasto w przebraniach. Coś jak halloween, tyle że bez strasznych kostiumów. Jeszcze nie wymyśliłem, za co się przebiorę w tym roku, ale niedługo będę musiał to zrobić, bo po świętach lecimy do Hiszpanii. Najdziwniejsze przebranie? Raz byłem wilkiem, moja siostra Czerwonym Kapturkiem, a mój kuzyn myśliwym. Kiedy indziej byłem jednym z siedmiu krasnoludków, ale nie pamiętam którym ani też kto był naszą Królewną Śnieżką - wspomina z rozbawieniem Astiz.

Jego rodzinna Pampeluna słynie jednak z innych świąt. Konkretnie fiesta Sanfermines, czyli dni ku czci patrona miasta, świętego Fermina. Trwają one od 7 do 14 lipca. Wtedy m.in. odbywają się gonitwy ulicami miasta byków i ludzi. - Trasa liczy 825 metry. Bierze w nich udział, kto chce, byle nie był pijany. To bardzo niebezpieczne. Ja biegłem dwa razy, ale trzymałem się na uboczu. Taki byk waży kilkaset kilogramów. Co prawda tę zabawę mamy w genach, ale jak cię taki byk weźmie na rogi, to możesz dochodzić do siebie przez tydzień. Wszystko kończy się corridą - opowiada piłkarz Inaki Astiz.

Na YouToube i oficjalnej stronie klubu Legia.com jest opublikowany film z mniejszej corridy. Jej głównym bohaterem jest... Astiz, choć toreadora nie przypomina. - A taka tam zabawa. Ten byk był mały, bez dużych rogów, choć takie są bardziej ruchliwe. Nie robią jednak aż takiej krzywdy. To popularny sposób na spędzenie czasu albo pomysł na wieczór kawalerski. Uczestnicy najpierw pobawią się z bykiem, później idą na obiad, wracają, znowu coś przekąszą i tak dalej - tłumaczy.

- Czy oberwałem kiedyś od byka? Raz. Grając jeszcze w Osasunie. Po zakończeniu sezonu poszliśmy całą drużyną na corridę. Następnego dnia wstałem i strasznie bolał mnie pośladek, a nie przypominałem sobie, żebym sobie coś w niego zrobił. Jeden z kolegów miał kamerę i nas nagrywał. Podczas późniejszego oglądania wszystko się wyjaśniło - śmiał się Astiz, który w Osasunie poznał Jana Urbana. To zresztą późniejszy trener Legii i mistrz Polski z nią ściągnął Hiszpana do Warszawy. Było to latem 2007 r.

- To dla mnie bardzo ważna osoba. Dużo się od niego nauczyłem. Nie tylko, gdy obaj byliśmy już w Warszawie, ale już w młodzieżowej drużynie Osasuny - opowiada hiszpański obrońca. - Później dał mi szansę w Legii. Uprzedzał mnie, że nie wiadomo, jak będzie w Warszawie. Polska piłka różni się od hiszpańskiej, poza tym wiedziałem, że nie będę grał tylko dlatego, że on mnie ściągnął. Zdawałem sobie sprawę, że przyjazd tutaj to dla mnie ogromna szansa, by się pokazać. Początkowo zostałem wypożyczony na sezon, ale szybko wróciłem. A skoro jestem tu już ósmy rok, to chyba tę szansę wykorzystałem - kiwa głową uśmiechnięty Astiz, który jest pierwszym Hiszpanem, który trafił do polskiej ekstraklasy. Szybko w niej się zadomowił. Podobnie jak w Warszawie.

- Na początku mieszkałem na Agrykoli, później w Marinie Mokotów. Niby blisko Centrum, ale to było bardzo fajne, spokojne osiedle. Podobało mi się głównie przez to, że jest tam dużo zieleni. Później poznałem Dominikę i po jakimś czasie postanowiliśmy zamieszkać razem. Trzeba było tylko zdecydować gdzie, bo ona miała mieszkanie przy placu Zbawiciela i nie wyobrażała sobie życia z dala od Centrum. Stanęło na jej i tak tu trafiłem - opowiada Astiz.

- Miejski zgiełk? Przeszkadza może tylko wtedy, gdy są manifestacje, marsze i tym podobne - wzrusza ramionami. - Ale o wszystkich niedogodnościach wiadomo wcześniej, więc spoko. Poza tym to bardzo fajne miejsce. Przede wszystkim wszędzie mam blisko. Jak jest ładna pogoda, to nawet na stadion chodzę piechotą, ewentualnie podjadę rowerem. Nieraz już tak robiłem - zaskakuje pogodny Hiszpan.

- A jak chcę uciec od korków i hałasu, to pięć minut piechotą i jestem w Łazienkach albo na Polu Mokotowskim. To jedne z moich ulubionych miejsc. Z Dominiką bardzo lubimy spacerować. Często bierzemy naszego psa, buldoga francuskiego, i tam chodzimy - mówi. Ale pies to niejedyne ich zwierzę...

- Mamy jeża - śmieje się Astiz, widząc moje zaskoczenie. - Dominika chciała mieć psa, ale akurat był taki czas, gdy często nie było nas w domu. Szukaliśmy więc zwierzątka, które nie potrzebowałoby dużo uwagi. Stąd jeż. Jak ma jedzenie i wodę, to nic więcej do szczęścia mu nie potrzeba - tłumaczy.
- Fakt, trudno się z nim pobawić. Ma lepsze i gorsze momenty. Zwykle jak chce się go dotknąć, to zwija się w kulkę. Ale czasem na to pozwala. Można go wtedy wziąć na kanapę i tupta sobie wokół nas. Zdecydowanie jednak pewniej czuje się w nocy. Ale spokojnie, nikt z nas na niego nie nadepnie, kontuzji więc nie będzie. Mieszka sobie w dużej klatce - zapewnia Astiz, po czym wraca do ulubionych miejsc w stolicy.

- Oprócz parków lubimy odwiedzać Stare Miasto, Muzeum Powstania Warszawskiego, pałac w Wilanowie i oczywiście nasz stadion. To też pierwsze miejsca, które staramy się pokazać bliskim, gdy na odwiedzają. Poza tym jak mamy więcej wolnego, to z Dominiką lubimy zjeść śniadanie w Charlotte albo wyskoczyć do innej restauracji - wymienia piłkarz.

Oglądając zdjęcia na blogu jego narzeczonej (Dominikafetras.com), aż dziwne wydaje się, że Astiz w ogóle odchodzi od stołu. - Bardzo lubi kulinarny świat. Często gotuje w domu i wszystko jest pyszne. Nie ogranicza się tylko do kuchni polskiej czy hiszpańskiej, którą też uwielbia. Czasami sama coś wykombinuje, połączy elementy z różnych kuchni - przekonuje Hiszpan.
Jemu najbardziej smakują… polskie zupy. - Świetne są. W Hiszpanii mamy je takie proste. Tutaj kapitalne są pomidorowa, rosół, grzybowa, jarzynowe. Pierogi też są super, no a na deser obowiązkowo szarlotka - uśmiecha się Astiz, który w kuchni też się odnajduje.

- Mam kilka dań, które - można powiedzieć - są moją specjalnością. To przede wszystkim zupa z soczewicy i… Czekaj… - mówiąc to, Astiz zaczyna szukać czegoś w telefonie. - To! - pokazuje ekran. Ciecierzyca. - Nigdy nie wymówię tego słowa! - wybucha śmiechem. - Robię ją na swój sposób. Wrzucam ją do garnka i zalewam wodą. Tak mniej więcej dwie trzecie do jednej trzeciej. Dodaję por, cebulę, marchewkę i to wszystko gotuję. Później - to już zależy, co kto lubi - jesz takie albo miksujesz. Pycha! - zapewnia legionista, który tajniki kulinarne zaczął poznawać, odkąd trafił do Warszawy. - Wcześniej grałem w Osasunie i klubie niedaleko Pampeluny. Przez ten czas mieszkałem więc w domu, gdzie gotowała mama. Swoją drogą - rewelacyjnie. Dopiero tutaj musiałem się usamodzielnić - wspomina Astiz.

Ale to go nie zniechęciło. Podobnie jak początek w Legii, który mógłby się wydawać mało zachęcający. Pierwszy mecz to wyjazd przeciwko Vetrze Wilno w Pucharze Intertoto. Przerwany po pierwszej połowie ze względu na bijatykę części kibiców z policją.

- Było to zaskakujące, ale nie łapałem się za głowę, zastanawiając się, gdzie ja jestem? Widziałem, że trwa konflikt. Mimo wszystko wrażenia z przyjazdu były pozytywne. Pierwsze rzeczy, jakich dowiadywałem się o Polsce, to że jest tu przeraźliwie zimno. Gdy przyjechałem, akurat było lato, 30 stopni Celsjusza, jak w Hiszpanii! Co prawda zimą jest gorzej, bo aż takich mrozów, jakie czasem są tutaj, w Pampelunie nie ma. Ale z kolei tam są dni, gdy temperatura jest trochę powyżej zera, ale jest silny wiatr. To powoduje, że jest gorzej niż teraz w Warszawie - opisuje Astiz, który w Legii rozegrał już ponad 200 spotkań.

Ważne dla mnie było też poznawanie języka polskiego. Nawet mimo tego, że był wypożyczony. - Na początku wystarczał mi język angielski. Polski wtedy nie różnił się dla mnie od chińskiego. Co prawda są słowa, które są niemal identyczne, ale większość nie. Po kilku miesiącach postanowiłem się go nauczyć. Trener Urban podczas zajęć zawsze mówił po polsku, więc hasła piłkarskie przydatne na boisku szybko załapałem. Już w październiku razem z Kibu [ówczesny asystent Urbana - red.] poprosiliśmy Cesara Sanjuana [wtedy trener w akademii piłkarskiej Legii, później trener przygotowania fizycznego, obecnie pracuje z Urbanem w Osasunie - red.], by nas uczył. Zajęcia mieliśmy mniej więcej dwa razy w tygodniu. Do tego oglądałem dużo polskiej telewizji, czytałem gazety - opowiada.

Pomocne były też dla niego… wycieczki po Polsce, które sam sobie organizował. - To ważne, by poznawać kraj, w którym ma się żyć. Byłem m.in. w Krakowie, Oświęcimiu, Wieliczce, Malborku, Gdańsku i Sopocie, Białowieży. Ciekawiło mnie na przykład, skąd pochodził papież Jan Paweł II. O Oświęcimiu czytałem na historii. Co prawda nie był to mój ulubiony przedmiot, ale II wojna światowa mnie interesowała. Do tego wrażenie zrobiła na mnie książka Johna Boyne'a "Chłopiec w pasiastej piżamie" - mówi. Kiedyś na oficjalnej stronie klubu było zdjęcie z podróży, jak czyta książkę Ryszarda Kapuścińskiego.
- Ale ona też była po hiszpańsku. Dostałem ją od kolegi - Maćka, kibica Legii. Inne książki? Czytam głównie w swoim języku. W polskim przeczytałem chyba tylko autobiografię Michaela Phelpsa, którą dał nam prezes Leśnodorski, jak przyszedł do klubu - stwierdza.

- Najwięcej problemów z językiem polskim mam z tymi "sz", "cz" "rz"... Język można połamać. Mimo to szybko zacząłem sobie radzić. Co prawda na początku trochę się krępowałem mówić, ale stwierdziłem, że będzie, co będzie. A odkąd poznałem Dominikę, ponoć poprawa jest duża - mówi legionista.

Zimowa przerwa to dla Astiza także czas, by zastanowić się, co dalej. W czerwcu kończy mu się kontrakt. - Na temat jego przedłużenia nie rozmawiałem jeszcze z klubem. Pewnie zrobimy to w najbliższych tygodniach - mówi. W obecnym sezonie zagrał w 19 meczach. Wskoczył do składu, gdy kontuzji doznał Dossa Junior. W poprzednich latach to jednak on był podstawowym graczem. Obok Jakuba Rzeźniczaka i Miroslava Radovicia jest w Legii najdłużej.

- Odkąd przyszedłem do klubu, niemal wszystko się w nim zmieniło. Co ważne - na plus. Jest rodzinna atmosfera. Zaczynając od nas, piłkarzy, po pracowników biurowych, w sklepie i na sprzątaczce kończąc. Każdy stara się, żeby każdego dnia było lepiej. I rzeczywiście tak jest, choć nic nie zmieni się pstryknięciem palców. To jest wieloletni proces. Choćby posiłki, które mamy w klubie. To są detale, które tworzą klub bardziej profesjonalnym - twierdzi.

Przez siedem sezonów dwa razy został mistrzem Polski, cztery razy zdobył Puchar Polski i raz Superpuchar. Najbardziej obfite były dwa ostatnie lata.

- I przede wszystkim niezapomniane. Kiedyś dominowała Wisła Kraków, a teraz my. Wiemy, że jesteśmy mocni, to zasługa szerokiej kadry. Dzięki temu wciąż gramy na trzech frontach. Ale nie możemy przysnąć, bo Lech Poznań i Śląsk Wrocław nie odpuszczają. Trener Henning Berg wykonuje jednak kawał dobrej roboty. Wiadomo, że jak są wyniki, to łatwo chwalić, ale naprawdę czuć różnicę. Każdy z nas wie, czego od nas wymaga. Mamy indywidualne zajęcia, rozmowy. Dużo analizujemy, skupiamy się na detalach, do których wcześniej nie zawsze przykładaliśmy wagę. Co też jest niesamowite, to on zawsze szuka pozytywów. Czasami wydaje się, że ich nie ma, ale on je znajduje i nas do nich przekonuje - ocenia Astiz.

Największa zmiana w stosunku do poprzedniego sezonu to gra w europejskich pucharach. Rok temu w fazie grupowej Ligi Europy Legia wygrała tylko raz, a pięć razy przegrała. Teraz jest odwrotnie. - OK, zrobiliśmy ten krok do przodu. Ale moim zdaniem rok temu nie mieliśmy szczęścia do wyników, bo gra nie była zła. Teraz jest jedno i drugie - przekonuje Astiz.

Trudno nie przyznać mu racji. W sierpniu, gdyby nie błąd klubu, drużyna zagrałaby w ostatniej rundzie eliminacji Ligi Mistrzów. - Było, minęło. W szatni już do tego nie wracamy. Po tym wszystkim widzę, że cała ta sytuacja nas wzmocniła. Mam też wrażenie, że inne drużyny w Europie czują do nas większy respekt - twierdzi obrońca, mając nadzieję, że w nowym sezonie dostaną kolejną szansę i tym razem ją wykorzystają.

- Mistrzostwo Polski to nasz cel. Przejazd przez miasto w ostatnich dwóch latach to coś niesamowitego. Lubię wracać do zdjęć czy filmów z tych wydarzeń. Mam nadzieję, że na koniec tego sezonu będzie tak samo - mówi.

FLESZ: Elektryczne samoloty nadlatują.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie