W PiS zaostrza się spór o imigrację. Oficjalnie rząd głosi, że postawił na granicy szczelny mur chroniący nas przed falą uchodźców i imigrantów zarobkowych. Tymczasem dane europejskiego urzędu statystycznego mówią co innego: w ciągu ostatnich trzech lat staliśmy się głównym w Europie celem migracji zarobkowej, dystansując Niemcy i Wielką Brytanię.

- Przyjmowanie cudzoziemców jest naturalnym i powszechnym sposobem uzupełniania braków na rynku pracy. Nie powinniśmy się tego obawiać. Trzeba usprawnić ten proces – przekonuje Marek Piwowarczyk, szef Business Centre Club w Małopolsce.

Marek Malec, sekretarz Małopolskiego Porozumienia Organizacji Gospodarczych, największego w Polsce zrzeszenia drobnych przedsiębiorców, zauważa, że odpowiedzialni za gospodarkę urzędnicy robią, co mogą, by ściągnąć do Polski wykwalifikowanych pracowników. Pracodawcy sięgają już nie tylko po Ukraińców, których migracja powoli się wyczerpuje, ale i Białorusinów oraz Azjatów.

Tabu

- W pierwszej połowie tego roku wydano kilkanaście tysięcy pozwoleń na pracę dla obywateli państw azjatyckich. Ale urzędnikom nie wolno mówić o tym na głos, jeden z wiceministrów stracił przez to posadę – mówi Marek Malec. Jego zdaniem, ta schizofrenia władzy wynika z kalkulacji wyborczej.

- Czołowi przedstawiciele partii rządzącej przekonują Polaków od trzech lat, że imigranci to wszelkie zło, choroby, gwałty, ogólna przestępczość. Na antyimigranckich hasłach oparli swój przekaz i umocnili elektorat – opisuje przedsiębiorca. Jego zdaniem, ta narracja mocno utrudnia dziś Polsce racjonalną debatę o potrzebach rynku pracy i roli, jaką mogą w tej kwestii odegrać imigranci.

- To jest dzisiaj temat tabu – uważa Marek Maj z Małopolskiego Związku Pracodawców Lewiatan. Zwraca uwagę, że w Krakowie i niemal całym województwie małopolskim mamy do czynienia z granicznym, minimalnym bezrobociem.

- Osoby przychodzące ze skierowaniem z Urzędów Pracy jako potencjalni pracownicy tak naprawdę proszą jedynie o pieczątkę z wpisem, że nie ma dla nich pracy – opisuje Marek Maj.

Jego kolega, Włodzimierz Leszczyński, prezes krakowskiej firmy Biuro Plus, uważa, że w tej sytuacji powinny zostać zdecydowanie uproszczone warunki zatrudniania obcokrajowców. - Nasze państwo powinno się w pierwszym rzędzie prawdziwie otworzyć na obywateli innych państw posiadających polskie korzenie i chcących przenieść się do Polski – uważa prezes Leszczyński.

Zasoby

Marek Maj dodaje, że przy nikłych szansach na powrót młodych Polaków, którzy wyemigrowali w latach 90. lub ostatnim czasie, rząd winien się skupić na jak najszerszym otwarciu drzwi dla obywateli Ukrainy, Białorusi i innych bliskich nam krajów. - Jeżeli tego nie zrobimy, zrobią to za nas Czesi i Słowacy, a następnie Niemcy – ostrzega Marek Maj.

Jego zdaniem, obecne trzymiesięczne pobyty dla obywateli z Ukrainy, często posiadających polskie korzenie, to problem nie tylko dla nich samych, ale również dla zatrudniających ich polskich pracodawców. - Kobiety z Ukrainy stanowią świetną kadrę opiekunek do dzieci i starszych ludzi. Podobnie jak Polki w niemieckich i brytyjskich domach, Ukrainki prowadzą domy dla zapracowanych rodziców. To niezwykle pracowici ludzie. Pomagając im, pomagamy polskiej gospodarce, której zasoby pracownicze praktycznie się wyczerpały – przekonuje działacz MZP Lewiatan.

Cel

W PiS dyskusja na ten temat była do niedawna w miarę otwarta, a tworzeniem nowej polityki migracyjnej zajmowało się równolegle kilka ministerstw. Wszystko skończyło się we wrześniu, gdy Paweł Chorąży, wiceminister inwestycji i rozwoju, cytując zapisy Planu Morawieckiego podczas debaty krakowskiego Klubu Jagiellońskiego, powiedział głośno o zamiarze masowegop przyciągania cudzoziemców, w tym ich osiedlania się w Polsce wraz z rodzinami. Jeszcze tego samego dnia został ostro zaatakowany przez narodowców, a potem także część czołowych działaczy PiS. Mateusz Morawiecki osobiście zdymisjonował Chorążego, podkreślając, że wygłoszone przezeń opinie sa rozbieżne z poglądami i planami rządu.

- Resorty gospodarcze dostały z Nowogrodzkiej zakaz mówienia o przyjmowaniu imigrantów, może to robić tylko minister spraw wewnętrznych Joachim Brudziński – mówi nam jeden z rozczarowanych urzędników pracujących nad kształtem nowej polityki. Zakaz ma obowiązywać do końca maratonu wyborczego w 2020 r., „żeby nie szkodzić partii”.

Tymczasem, jak wynika z danych Eurostatu, władze w Polsce wydały w zeszłym roku 683 tys. pozwoleń na pobyt imigrantów spoza UE. To 22 proc. pozwoleń wydanych w całej Unii. Dwukrotnie większe od nas Niemcy wydały o 150 tys. pozwoleń mniej (17 proc. ogółu), a Francja prawie trzy razy mniej. Wyprzedziliśmy wyraźnie także inne słynące z przyjmowania imigrantów kraje, jak Wielka Brytania i Hiszpania. Przytłaczająca większość przyjętych przez nas to Ukraińcy.
Blisko 90 proc. zezwoleń związanych było z podjęciem pracy w naszym kraju (w Anglii przeważają względy edukacyjne, w RFN – rodzinne). Staliśmy się w ten sposób głównym celem migracji zarobkowej w całej Europie.

- Mimo tak dużej fali imigrantów, z deficytem pracowników borykało się w III kwartale 2018 r. aż 53 proc. przedsiębiorstw w budownictwie i 45 proc. w przemyśle – podkreśla Sonia Buchholtz, ekspertka ekonomiczna Konfederacji Lewiatan.

Dodaje, że brak pracowników jest przez przedsiębiorców wskazywany jako główna bariera rozwoju firm, a więc i całej gospodarki.

KONIECZNIE SPRAWDŹ: