Ile życie jest warte, gdy honor stracony

    Ile życie jest warte, gdy honor stracony

    Zdjęcie autora materiału

    Aktualizacja:

    Polska

    Co teraz może zdziałać samotny kontrtorpedowiec? O komandorze Stefanie de Waldenie, dowódcy legendarnego "Wichra", obrońcy polskiego Wybrzeża w pierwszych dniach września 1939 roku, opowiada Barbara Szczepuła.
    Jeszcze wiele lat po wojnie wspomnienie tamtej nocy nie dawało mu spokoju. Co stałoby się, gdyby zlekceważył rozkaz? Ale czy odpowiedzialny dowódca okrętu może zmienić samowolnie polecenie przełożonych - i to podczas wojny? Czy jednak, z drugiej strony, nie zdarzają się sytuacje, gdy nie tylko może, ale nawet powinien tak postąpić? Rozkaz był wyraźny: tej nocy, z pierwszego na drugi września 1939 roku, niszczyciel - albo jak się kiedyś mówiło - kontrtorpedowiec "Wicher", którym dowodzi komandor Stefan de Walden, ma osłaniać od strony Pilau, czyli niemieckiego portu wojennego w Piławie, stawiającego zaporę minową "Gryfa".
    "Wicher" kryje się w ciemności, nagle księżyc wychodzi zza chmur i oczom polskich marynarzy ukazują się przepływające nieopodal dwa niemieckie niszczyciele. Widzą je wyraźnie, sami pozostając w cieniu. Co za okazja! De Walden wysyła do dowództwa trzy zaszyfrowane depesze z nadzieją, że otrzyma zgodę na atak. Czeka nie tylko dowódca, paląc papierosa za papierosem, czeka cała gotowa do walki załoga. Przez tyle lat przygotowywali się do obrony kraju, dawali z siebie wszystko, wyciskali ostatnie poty, a teraz, gdy Niemcy napadli na Polskę, a oni widzą nieprzyjacielskie okręty jak na dłoni i jest okazja, by wrogowi przyłożyć, czekają i czekają.
    Napięcie jest ogromne.
    I wtedy z mroku wyłania się niemiecki krążownik...

    Komandor de Walden czeka więc niecierpliwie na odpowiedź z dowództwa, a jego żona w tym czasie dojeżdża do Wilna. Maria jest nowoczesną kobietą, niewiele pań miało w latach trzydziestych prawo jazdy, a ona znakomicie prowadziła auto. W fiaciku obok niej siedzi matka, a z tyłu, na walizkach i neseserach, malutka Krysia. Przeciskają się zatłoczoną szosą, byle dalej od Niemców.

    Pobrali się w 1934 roku i wkrótce potem zamieszkali w Wolnym Mieście Gdańsku, bo Stefan de Walden został mianowany zastępcą komisarza ds. morskich w Komisariacie Generalnym RP. Z zamiłowania był jednak nie dyplomatą, ale marynarzem. "Służba na morzu, podobnie jak służba w świątyni, odrywa od marności i błędów tego świata, który nie rządzi się surowymi regułami" - chętnie cytował Josepha Conrada, swojego ulubionego pisarza. Starał się żyć według kodeksu moralnego wyznawanego przez Conradowskich bohaterów. Absolwent petersburskiego Korpusu Morskiego władający swobodnie kilkoma językami, odważny i twardy, egzekwujący regulamin, wymagający w stosunku do podwładnych i samego siebie, zawsze opanowany, pod pokerową maską skrywał duszę romantyka. W pierwszy rejs popłynął, z wyboru, bo jako prymus mógł wybierać, za krąg polarny na krążowniku "Askold". Właśnie wtedy wybuchła w Rosji rewolucja i rozentuzjazmowana załoga wybrała go, żółtodzioba, na dowódcę okrętu! Wraz ze swoją załogą broni Helu do ostatniej godziny. Potem próbuje uciec do Anglii, by walczyć dalej. Omijają linię blokady i pole minowe. Już na pełnym morzu dopadają ich niemieckie okręty

    Z rewolucyjnego chaosu pośpieszył bez wahania do odradzającej się Polski. Był w Pucku w orszaku generała Hallera podczas zaślubin z morzem. W wojnie polsko-bolszewickiej skierowano go do Flotylli Pińskiej. Dowodził łajbą obitą pośpiesznie blachą, z jednym tylko działem, zadając bolszewikom bobu w zakolach Prypeci. Order Virtuti Militari świadczy o tym, że zwierzchnicy docenili odwagę i zasługi Stefana de Waldena.

    Już jednak pod koniec maja w wyniku bolszewickiej kontrofensywy Polacy utracili ujście Prypeci, a okręty stacjonujące w Kijowie zostały odcięte. Część zdołała się przedrzeć na Prypeć, resztę zatopiono, by się nie dostały w ręce bolszewików.

    Gdy Stefan de Walden rozpoczął pracę w Komisariacie Generalnym RP, młodzi małżonkowie zajęli willę przy Ziegelstrasse, nieopodal Akademii Lekarskiej, tuż obok rezydencji ministra Kazimierza Papée i domów innych wyższych urzędników polskiej placówki. Tak było bezpiecznej i wygodniej. Komisarz de Walden miał pod sobą polskie organizacje i stowarzyszenia działające w Wolnym Mieście jawnie lub pod różnymi przykrywkami.
    1 3 »

    Czytaj treści premium w Polsce Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Nie przegap

    Wideo