IGRZYSKA WIDZIANE Z POLSKI. Świat się zmienił nie do poznania, na szczęście igrzyska nie! I nadal są magnesem [FELIETON]

Adam Godlewski
Adam Godlewski
Michał Kwiatkowski nie zdobył medalu na IO w Tokio, i pewnie jechał niefrasobliwie, ale jakże piękna to była walka!
Michał Kwiatkowski nie zdobył medalu na IO w Tokio, i pewnie jechał niefrasobliwie, ale jakże piękna to była walka! fot. anna kaczmarz / dziennik polski / polska press
Wszystkim polskim kibicom życzę odkrywania sportowców, których mamy okazję oglądać w zasadzie tylko przy okazji igrzysk. I emocjonalnego angażowania się w ich występy. Gdyż bez dwóch zdań, olimpiada to nadal faja odskocznia od rzeczywistości – każdej, nie tylko pandemicznej. Nawet jeśli trzeba zerwać się o czwartej nad ranem, a potem żona zrzędzi, że w moim wieku to już średnio poważne, i jeszcze mniej potrzebne - pisze w felietonie Adam Godlewski.

Moje pierwsze w pełni świadome sportowe wspomnienia wiążą się z igrzyskami w Moskwie. Był rok 1980, zatem świadomość miałem inną, a i rzeczywistość była nieporównywalna do dzisiejszej. W wymiarze politycznym, społecznym, i każdym innym. Przez 41 lat świat zmienił się nie do poznania, Polska przeszła transformację, komercja jest wszechobecna, a konsumpcyjny styl życia – obowiązujący. Na szczęście igrzyska pozostały. OK., niezupełnie takie same, można je już nawet określać olimpiadą (dopuszcza to słownik PWN), mimo że kiedyś był to błąd, i to z gatunku niewybaczalnych, ale najważniejsze, że wciąż są magnesem. Tak mocno przyciągającym, że człowiek nawet po ciężkim tygodniu zrywa się w środku nocy na mecz Igi Świątek w pierwszej rundzie, a później śledzi ponad 6-godzinny wyścig kolarski.

Jasne, pandemiczne okoliczności sprawiają, że igrzyska są inne od wszystkich poprzednich. Zdarzało się, że politycy w imieniu sportowców bojkotowali olimpijską rywalizację, zabijając marzenia całych generacji sportowców, ale nigdy wcześniej organizatorzy nie zbojkotowali kibiców. Teraz w Tokio – musieli. Wybrali mniejsze zło, którym jest rywalizacja przy pustych trybunach; znacznie większym byłoby przecież, gdyby to areny były puste, jak to miało miejsce rok temu w pierwotnym terminie. Nie będę ściemniał, że oglądanie tenisowych popisów Igi na tle niezajętych krzesełek na widowni było niezapomnianym doznaniem, ale zapamiętam raczej fakt, że mecz skończyła asem przy drugim podaniu, zaserwowanym z prędkością 160 kilometrów na godzinę po 68 minutach gry. I zupełnie inny niż na Wielkich Szlemach strój Świątek. Skromny, w narodowych barwach, adekwatny do rangi zawodów i reprezentowania kraju. Takie będą moje pierwsze skojarzenia.

Dlaczego Kwiatek zrobił mi dzień?

A jeszcze bardziej w pamięci utkwi mi zapewne 11. lokata Michała Kwiatkowskiego. I nie dlatego, że akurat jedenasta, tylko z uwagi na piękną walkę, jaką nasz reprezentant podejmował na trasie. Nie jestem naiwny, mam świadomość, że na arenach olimpijskich dziś wcale nie liczy się udział, zaś zawodowcy rywalizują o premie wypłacane w twardej walucie. I jeszcze, jak nasi, o olimpijskie emerytury, które także są nie do pogardzenia. Karmiony przez lata ideą barona Pierre’a de Coubertina, głównego pomysłodawcy nowożytnych igrzysk, nigdy Michałowi nie zapomnę jednak tego, jak bardzo starał się na olimpijskiej trasie w Japonii. Jak był aktywny, jak kasował ucieczki, a chwilę później inicjował następne. Przygwoździł mnie do fotela przed telewizorem na kilkaset minut, i zapewnił świetną rozrywkę, w której końcówce moja sympatia przesunęła się w kierunku Richarda Carapaza. Ekwadorczyk okazał się mistrzem strategii, dwukrotnie zaatakował w najlepszych momentach i wygrał zasłużenie. Brawo!

Pewnie specjaliści od kolarstwa aż tak mocno nie docenią Kwiatkowskiego, zapewne jazdę Michała określą mianem niefrasobliwej, a romantyczne szafowanie siłami – kiepską taktyką lub nawet jej brakiem. W efekcie przecież tych wszystkich harców, na kilkunastu ostatnich kilometrach zupełnie odcięło naszemu reprezentantowi prąd, i nie miał siły załapać się nawet do drugiej grupy, która wyłoniła ze swego grona srebrnego i brązowego medalistę. Mnie jednak Kwiatek zrobił dzień, sprawił, że zapomniałem się jak dzieciak, że wróciły wspomnienia z roku 1980, gdy Czesław Lang wygrywał srebro „o szprychę” z Jurijem Barinowem. I za to dziękuję.

Uwaga na Karolinę Koszewską! Już zyskała nowego fana

O ile Michała podziwiam od dawna, o tyle Karolinę Koszewską „odkryłem” dopiero dzięki relacjom z Tokio. Mam nadzieję, że nasza utytułowana bokserka nie będzie miała mi tego za złe, ale na co dzień akurat ta dyscyplina sportu – zarówno w wydaniu pań, jak i panów – niespecjalnie mnie zajmuje. Kiedy jednak zobaczyłem, jak sprawna jest w ringu, i z jakim wdziękiem uprawia tę swoją szermierkę na pięści, i jeszcze usłyszałem jej niecodzienną historię, z miejsca zostałem jej fanem! Niezależnie od pory, o jakiej przyjdzie Karolinie walczyć w kolejnej rundzie, będę robił frekwencję przed telewizorem. Czego… i wam życzę! To znaczy odkrywania naszych sportowców, których mamy okazję oglądać znacznie rzadziej niż tych najpopularniejszych, a w zasadzie to tylko przy okazji igrzysk. I emocjonalnego angażowania się w ich występy. Gdyż bez dwóch zdań, olimpiada to nadal faja odskocznia od rzeczywistości – każdej, nie tylko pandemicznej. Nawet jeśli trzeba zerwać się o czwartej nad ranem, a potem żona zrzędzi, że w moim wieku to już średnio poważne, i jeszcze mniej potrzebne…

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

A
AB
Igrzyska Olimpijskie Tokio 2020 to całkowity upadek i dno.

Pozbawione publiczności, z podłożonymi odgłosami kibiców, puszczanych z głośników.

Mężczyzna dopuszczony do startu w kobiecej konkurencji.

Wszyscy w tych gówno wartych maseczkach, które są symbolem skundlenia osób je noszących (wyłamały się trzy kraje).

Zawodnicy niczym więźniowie obozu koncentracyjnego.

I jeszcze do tego pojawił się tam prezydent Juda, który – gdzie by nie przyjechał – przynosi pecha.
G
Gość
Brednie, trzeba być nieźle nawalonym by pisać o "pięknej walce". Kwiatkowski odpadł z grupy uciekinierów na zjeździe. Odpadł bo już ma mentalność pomocnika, który jedzie wyścig o 10, 15 km krótszy niż lider.
A
Andrzej
Brawo Kwiato!
Dodaj ogłoszenie