reklama

Hola, Dżerzi! Nasz człowiek w Realu pokazuje Madryt

Marcin ZasadaZaktualizowano 
Marcin Zasada
Mieszkańcy Madrytu mawiają o swoim mieście: "Z Madrytu tylko do nieba". Złośliwi Katalończycy dodają: "To niebo to pastwiska La Manchy". Niebo czy niebieskie pastwiska - jak zwał, tak zwał, i tak można się zakochać. Na spacer po hiszpańskiej stolicy oraz na partyjkę golfa w ekskluzywnym klubie na przedmieściach z piłkarzem rodem z Knurowa, Jerzym Dudkiem, naszym człowiekiem w wielkim Realu Madryt pofatygował się Marcin Zasada

Choć w lecie gorąco tu jak w piekle, kierowcy jeżdżą, jakby opętał ich lucyfer, a z Hiszpanami dogadasz się tylko po hiszpańsku, życie w Madrycie to wybór wyśmienity. Każdy upał lepszy od kapryśnych mżawek, bez samochodu można się obejść, bo metro dojeżdża wszędzie, a hiszpański język piękny i łatwy w rozumieniu. No i wystarczy znać dwa zwroty: "Que tal?" ("Jak się masz?"), na który odpowiada się: "Bien" (czyli "Dobrze") oraz "Una cana, por favor" ("Jedno piwo poproszę"), by ułożyć sobie życie. A jeśli jest się piłkarzem Realu, życie układa się samo. Czasem tylko brakuje szczygłowicko-knurowsko-rybnickich sentymentalnych swojskości. Nawet jemu.

W tym golfie ci do twarzy, Dżerzi

Zacznijmy od tego, że Jerzy w Madrycie nie jest Jerzym, tylko Dżerzim. Przekona się o tym każdy polski turysta nawiązujący kontakt z miejscowym.

Taksówkarz na pytanie o Jerzego tylko uprzejmie udawał, że wie, o kogo mi chodzi. Dżerziego skojarzył natychmiast: "Dżerzi? A! Dżerzi Dudek, Polonia, muy bien!". To zresztą jedna z cech prawdziwego madrytczyka: zapytany na przykład o drogę, prędzej wskaże złą niż powie, że nie wie. Bo przede wszystkim trzeba być miłym i pomocnym, a dopiero później można myśleć o tym, kto gdzie wsadzi sobie bezużyteczne wskazówki.

Z Dżerzim umówiliśmy się na polu golfowym na zachodnich przedmieściach miasta. Żeby dostać się na jego teren, trzeba przejechać przez strażnicę, większą od tej na granicy polsko-białoruskiej. Wjazd tylko dla członków klubu, a członkowie takich klubów nie przepadają za grą w tłoku. Jerzy nie tylko jest członkiem, ale i wybornym golfistą. Nie mam szans najmniejszych, choć drzewiej nieźle mi szło na komputerowym symulatorze.

- Golfa polubiłem przez przypadek. W swoim przydomowym ogrodzie w angielskim Liverpoolu znalazłem kiedyś w zaroślach stary kij. Przymierzyłem do ręki i kilka razy uderzyłem piłkę. Mój ogrodnik stwierdził, że mam nerw golfowy i muszę spróbować zagrać naprawdę. No to spróbowałem - opowiada Jerzy.

Gdybym miał ogrodnika, może też znalazłby u mnie jakiś talent, którego odszukać nie było mi dane. A Dżerzi? No, polski Tiger Woods: przymiarka, zamach i szast-prast, piłeczka leci z 300 kilometrów na godzinę. Jedno moje uderzenie też było efektowne: szast-prast, piłeczka pędzi jak Kaddafi do bunkra. Po drodze mija malowniczy stawik... yyy... nie mija. Plum! Rybki będą miały zabawkę.
Znacznie lepiej radzę sobie za kierownicą meleksa, wspominając naszych drogich posłów, którzy z tymi sympatycznymi samochodzikami urządzili sobie off-roadowe igrzyska. Okolica cudna, dokoła zielone pagórki i doliny, trawa jak malowana na wizytę Jerzego Buzka w Piekarach Śląskich, drzewek szum, ptaków śpiew...

Z tą dyscypliną sportu Jerzy ma też dalekosiężne plany - chce zdobyć dla Polski mistrzostwo Europy piłkarzy grających w golfa. Ma tylko problem jak Franz Smuda w reprezentacji na Euro 2012 - skompletować skład. W Liverpoolu Jerzy miał kilku partnerów do golfa, bo grali też m.in. Igor Biscan i Vladimir Smicer. W Realu golfista na razie jest jeden. - Ale namawiam Kakę. On jedyny ma jako takie doświadczenie - wyjaśnia Dudek.

W samym Madrycie jest 26 pól golfowych. Jak zaznacza Dżerzi, tylu nie ma nawet w całej Polsce. Ale wszystko w swoim czasie. Odwiedzając rodzinny Śląsk, Jerzy chętnie zagląda do Siemianowic, gdzie według niego rozciąga się jedno z lepszych, obok Paczółtowic pod Krakowem mieści się najepsze pole w tej części kraju.

- To świadectwo przemian, jakie zachodzą na Śląsku, który z roku na rok coraz mniej przypomina zniszczone, przemysłowe zagłębie węgla i stali - uważa bramkarz Realu. - Widać to też po tym, jak pięknieją centra śląskich miast. Tak jest w moim ulubionym Rybniku, tak jest też w Katowicach czy Gliwicach.

Robota w Realu
Tak już jest, i to od dawna, w Madrycie. Ale praca w Realu, i nie chodzi o robotę w kasie w supermarkecie, ma plusy i minusy.

Zwykły człowiek, żeby oszczędzić sobie zgryzoty, może wmawiać sobie, że te plusy nie przesłaniają minusów. Przecież żeby tam trafić, trzeba być piłkarzem wyjątkowym, harować całe życie, a i tak z tej grupy wyjątkowych i harujących zaproszenie do Madrytu dostają pojedyncze nadludzkie przypadki. Taki Cristiano Ronaldo to ma klawe życie? Facet równie dobrze mógłby mieszkać na Księżycu, bo Madryt może zwiedzać co najwyżej przy pomocy Google Earth. Gdyby, ot tak wybrał się na przechadzkę po ulicy, w kilka minut skończyłby jak Jean-Baptiste Grenouille, bohater "Pachnidła". Zostałby zjedzony do ostatniej kosteczki i wypity do ostatniej kropli żelu.
Dżerzi wie, ile ryzykuje jako człowiek z pocztówek sprzedawanych w każdym sklepie z pamiątkami, gdy wychodzi pospacerować po mieście. Dzień wcześniej emocjonującą tylko dla mnie partyjkę golfa przerwał nam deszcz. Tak, deszcz. W zimie.

Świętują w fontannie

Tej zimy w Madrycie bodaj dwa razy spadł śnieg. Właściwie śniegiem nazywano go tylko w hiszpańskiej telewizji.

W polskim styczniu nikt by takiego mikroopadu nie zauważył. A tu ludzie wychodzili z samochodów, robili zdjęcia komórką, niektórzy śnieg jedli, a władze Madrytu ogłosiły żółty alarm na drogach. Zapomniałem zapytać, jak to jest mieszkać w mieście, w którym to drogowcy zaskakują zimę, a nie odwrotnie.

Dość dygresji. Więc dnia następnego umawiamy się w śródmieściu. Pogoda wraca do normy. W Polsce minus 15, w Madrycie plus 20.

I jeszcze jedno - definiowanie hasła śródmieście w stolicy Hiszpanii jest cokolwiek karkołomne. Sama Gran Via, reprezentacyjna aleja Madrytu, nazywana "Hiszpańskim Broadwayem" ciągnie się przez dwa kilometry, które na każdym kroku biją przyjezdnych po oczach przepychem, majestatem i architektoniczną ekstrawagancją.

Umawiamy się na Plaza de Cibeles, miejscu szczególnym dla każdego piłkarza i kibica Realu.

W centralnym punkcie placu znajduje się XVIII-wieczna fontanna z posągiem frygijskiej bogini płodności i urodzaju Kybele. W tej właśnie fontannie Królewscy z Madrytu świętują każde mistrzostwo kraju.

Ostatnie, wywalczone niespełna trzy lata temu, celebrował w wodzie również sam Dżerzi. Jeśli w tym roku chłopcy Jose Mourinho wrócą na szczyt La Ligi, być może po raz pierwszy centrum Madrytu zobaczy Cristiano Ronaldo.
- To jedno z tych miejsc, które chce zobaczyć każdy turysta podczas pierwszego pobytu w mieście. W tle fontanny rozpościera się bowiem imponujący Palacio de Comunicaciones, czyli prawdopodobnie najbardziej wystawny budynek poczty na świecie. Kawałek dalej wspaniały park Retiro, idealne miejsce do spacerów, biegania i odpoczynku - zachwala Dżerzi.

Widok w jakości HD

Kierujemy się w stronę Passeo de la Castellana. Jakieś sześć kilometrów dalej, przy tej samej ulicy wznosi się Estadio Santiago Bernabeu, bodaj najsłynniejszy stadion piłkarski na świecie. Kilku przechodniów rozpoznaje Jerzego, choć ukrywa się za szybkami okularów słonecznych. Jedno jest pewne - na pewno nie kibicują Atletico.

- Santiago Bernabeu to architektoniczna perełka. Z zewnątrz arena sprawia wrażenie kompaktowej, ale nigdzie indziej 80 tysięcy widzów nie ma takiego widoku na murawę z dowolnego miejsca na stadionie - podkreśla Dudek. Potwierdzam, oglądałem mecz Realu z Malagą i wszystkie siedem bramek dla gospodarzy widać było w jakości HD.

Inne ulubione miejsca Dżerziego w Madrycie? Są punkty obowiązkowe, jak plac Puerta del Sol (Brama Słońca), skąd dumni Madrilenios od lat odmierzają odległości do innych miejsc w i poza Hiszpanią. Tak jak we Włoszech wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, tak na "Solu" mieści się iberyjski "kilometr zero". Po drugiej stronie placu przyjezdni fotografują się przy posągu niedźwiadka zjadającego owoce z drzewa poziomkowego.

- Każdy musi też trafić na Plaza Mayor. Choć to madrycki rynek, ludzi znacznie mniej niż na Puerta del Sol. Ale ma swój klimat. A zaraz dalej rozpoczyna się dzielnica Latina z niezliczoną liczbą restauracji, piwiarni i kawiarni. Prawie jak na rybnickiej starówce - uśmiecha się Dudek.

Znajomy madrytczyk zarzeka się, że w całym Madrycie jest jakieś 18 tysięcy najróżniejszych lokali gastronomicznych. Większość zapełnia się wieczorami nawet w poniedziałki, a tradycja to tak silna, że tysiące mieszkających tu ludzi praktycznie w ogóle nie jada w domu. Nawet śniadań. Spotkania ze znajomymi? W domu to rzadkość, w końcu po coś istnieją te gwarne knajpy.
Najpopularniejsze są tzw. bary tapas i cervezerie (piwiarnie), gdzie nie zamawia się piwa, tylko prosi: "Una cana, por favor". "Cana" to miara, ok. 0,3 l. A do każdej szklanki przekąska: oliwki, panierowane krewetki, croquetas (krokieciki nadziewane gęstym beszamelem), pierożki rybne albo patatas bravas (pieczone ziemniaki z ostrym sosem). Większość z nich na pierwszy rzut oka zaszokuje turystę przyzwyczajonego do knajpianego porządku. Tak było też z Jerzym, gdy po raz pierwszy zaprosił do Madrytu brata.

- Szukaliśmy jakiejś sympatycznej knajpki. Wchodzimy do pierwszej, na ziemi walają się pomięte serwetki, wykałaczki, pestki z oliwek, resztki jedzenia i Bóg jeden wie co jeszcze. Darek mówi: "No, w takim bałaganie jeść chyba nie będziemy". Kolejny bar i jeszcze większa masakra na podłodze. W następnych było to samo. W końcu znaleźliśmy lokal ze względnym porządkiem. A potem dowiedziałem się, że im większy bałagan, tym lepsza knajpa. Taka tradycja - ilość śmieci na podłodze oznacza ilość zadowolonych klientów. Ciekawe doświadczenie - śmieje się Jerzy.

Szczygłowice w kieszeni

My wpadamy do włoskiej ristorante przy Calle Marques de Valdeiglesias.

Świetna pizza na cienkim cieście, znakomita kawa i ład na podłodze. Ale jak podkreśla Dżerzi, to nic w porównaniu z tradycyjną śląską kuchnią jego żony. Wszak okolica, w której mieszkają Dudkowie, mocno inspiruje. Północne peryferie Madrytu, góry widać jak na dłoni, pocztówkowy widok.

- Kotlety albo rolady w takim krajobrazie smakują naprawdę dobrze. Ale mimo że rodzina odwiedza nas tak często, jak to tylko możliwe, właśnie jej brakuje w Madrycie najbardziej. No i czasem łezka się w oku kręci, gdy wspominam rodzinne Szczygłowice - opowiada zawodnik Realu.

Tę dzielnicę Knurowa zna jak własną kieszeń. W tym blokowisku spędził 22 lata swojego życia. Kilka kilometrów dalej, na stadionie Concordii Knurów, uczył się grać w piłkę nożną. W Szczygłowicach kończył podstawówkę i szkołę górniczą.
- Przeszedłem tu prawdziwą szkołę życia. Charakteru nauczyło mnie podwórko i sport. Szybko przekonałem się, że o swoje trzeba walczyć. I walczyłem - na boisku o miejsce w składzie juniorów Concordii, Sokoła Tychy, Feyenoordu Rotterdam, Liverpoolu i reprezentacji Polski. A gdy dostałem piłkarski etat w kopalni Knurów, oprócz treningów musiałem pracować na stadionie. To mnie nauczyło pokory - wspomina Jerzy.

Latem Jerzy prawdopodobnie pożegna się z Realem. Ale kończyć kariery piłkarskiej nie zamierza. Zastanawia się, czy zostać w Hiszpanii, spekuluje się też na temat jego powrotu do Anglii. A Polska? Kilka tygodni temu o chęci sprowadzenia go do Ekstraklasy mówił prezes Polonii Warszawa, Józef Wojciechowski.

- Nie podjąłem jeszcze decyzji. A plotek transferowych w swojej karierze słyszałem wiele. Przymierzano mnie do FC Barcelony, miałem przechodzić do Arsenalu Londyn, a gdy grałem w Feyenordzie pierwszą wtedy propozycję złożył mi Real. Ale wtedy przeprowadzkę do Madrytu odradzał mi Leo Beenhakker - mówi Dudek.

- Gdy grałem jeszcze w Sokole Tychy, wróżono mi transfer do Widzewa Łódź, Legii Warszawa i Górnika Zabrze. To zabawne, bo Górnikowi kibicowałem od zawsze, jeździłem na mecze i do dziś śledzę jego wyniki.

Po naszymu, gorole!

Odwiedzając swoje rodzinne okolice czasem wciąż ma wrażenie, że Śląsk to w Polsce "taki skansen kulturowy i cywilizacyjny", a gwara bywa niesprawiedliwie wyśmiewana.
- Za granicą jest inaczej. W Liverpoolu, również mieście robotniczym, o Ślązakach mówiło się z szacunkiem, bo u nich życie wyglądało kiedyś podobnie - opowiada Dżerzi. - Milan Baros i Vladimir Smicer, których zaprosiłem kiedyś do Knurowa byli zachwyceni Śląskiem, tradycjami, serdecznością ludzi... I śląską kuchnią! Na wspólnym przyjęciu zorganizowanym na kopalni, poczęstowałem ich roladą i kluskami. Szybko przekonali się, dlaczego czasem nie jestem w stanie ich sobie odmówić.

Jedna z ulubionych anegdot Dudka na temat polsko-śląskich nieporozumień: "Podczas zgrupowania kadry dzwoniłem do mojej babci. Słyszał to nasz masażysta i zaraz zawołał resztę chłopaków, bo w życiu nie słyszał takiego języka. Z babcią zawsze rozmawiałem gwarą. Natomiast koledzy stali jak zahipnotyzowani i potem tylko pytali nieśmiało: "Z kim ty rozmawiałeś i po jakiemu?!" - opowiada Jerzy.
Po jakiemu? Po naszymu, gorole!

W Madrycie takie problemy nie istnieją, bo niemal każdy włada innym językiem. I każdy to zupełnie inna osobowość. Casillas najbardziej skupiony, Ronaldo uzależniony od zwycięstw. A Pepe i Marcelo - jak zdradza Dudek, para trefnisiów, która przed meczem żongluje dowolnym przedmiotem - piłką, butem albo telefonem komórkowym. I Mourinho, największa osobowość trenerska, jaką Dżerzi spotkał w swojej karierze.

Kiedyś, gdzieś w Rybniku albo Knurowie, będzie co opowiadać. Wnukom.
Marcin Zasada

Zima 30-lecia w Polsce, zasypie nas śnieg

Wideo

Materiał oryginalny: Hola, Dżerzi! Nasz człowiek w Realu pokazuje Madryt - Dziennik Zachodni

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie