Historia opozycji jak film akcji, czyli niesamowite epizody stanu wojennego

Redakcja
Władysław Frasyniuk (z brodą) zasłynął udziałem w akcji, dzięki której udało się ocalić 80 mln zł dolnośląskiego oddziału Solidarności. Właśnie powstał o tym film
Władysław Frasyniuk (z brodą) zasłynął udziałem w akcji, dzięki której udało się ocalić 80 mln zł dolnośląskiego oddziału Solidarności. Właśnie powstał o tym film Wiesław Dębicki
Za każdą ważną datą w historii stoją setki, tysiące, czasami setki tysięcy małych zdarzeń, nieraz pasjonujących historyjek, które tę wielką historię tworzą. Ta reguła dotyczy także stanu wojennego.

Przypominając go, można wspomnieć o 13 grudnia, o wystąpieniu telewizyjnym Wojciecha Jaruzelskiego, o koksownikach na ulicy. Można przywołać słynne zdjęcie Chrisa Niedenthala "Czas apokalipsy" czy oporniki wpinane w klapy marynarek. Każdy z tych obrazów będzie prawdziwy - tak jak prawdziwy jest każdy skrót myślowy. Ale jednocześnie każdy z nich pominie wysiłek, zaangażowanie, nadzieje, strach milionów Polaków, którzy przez stan wojenny przejść musieli. A zmarginalizowanie tych emocji stałoby się poważną wyrwą w najnowszej historii Polski.

Tym bardziej że wiele z tych drobnych historyjek stojących za wielką datą jest pasjonujących. Jak choćby ta, która stała się kanwą filmu "80 milionów", który cały czas można oglądać w kinach. Reżyser Waldemar Krzystek przedstawił zdarzenie prawdziwe, a ogląda się je niczym amerykański blockbuster. Jedyna różnica polega na tym, że w rolę Władysława Frasyniuka wcielił się Filip Bobek, a nie George Clooney. Film przypomina o autentycznym wydarzeniu, które miało miejsce tuż przed 13 grudnia 1981 r. Grupa działaczy dolnośląskiej Solidarności - Piotr Bednarz, Józef Pinior, Stanisław Huskowski - idzie do banku, by wypłacić ulokowane w nim na koncie składki związkowe, owe tytułowe 80 mln zł. Ku ich wielkiemu zaskoczeniu, udaje im się te pieniądze odzyskać. Mają jednak świadomość, że więcej w tej operacji szczęścia i przypadku niż dowodu na uczciwość komunistycznego systemu - i mają rację, gdyż natychmiast rusza za nimi pogoń esbeków, a partyjne media przedstawiają ich legalną wypłatę jak skok na bank, przy okazji malując obraz działaczy związkowych zachowujących się jak zwykli rabusie.

Ale potencjalnych scenariuszy filmowych, jakie przyniosło życie w czasie stanu wojennego, jest zdecydowanie więcej. Świetnie w filmie wypadłaby także historia górników z Lubina. 31 sierpnia 1982 r. w całym kraju odbyły się manifestacje mające uczcić drugą rocznicę podpisania porozumień gdańskich, które zalegalizowały Solidarność. W 66 miastach odbyły się gigantyczne demonstracje, które zostały wrogo przyjęte przez komunistyczne władze. W wielu miejscach padły strzały. Milicjanci i ZOMO zabili manifestantów m.in. we Wrocławiu, w Gdańsku, Toruniu, Nowej Hucie. Jednak najbardziej tragiczne wydarzenia miały miejsce w Lubinie. Tam zomowcy otworzyli regularny ogień, w wyniku którego rannych zostało kilkudziesięciu górników, a trzech z nich - Michał Adamowicz, Andrzej Trajkowski i Mieczysław Poźniak - zginęło na miejscu. Dramat uwieczniły fotografie Krzysztofa Raczkowiaka. Uchwycił on w kadrze m.in. scenę, w której czterech demonstrantów biegnie, niosąc zwłoki postrzelonego w głowę Michała Adamowicza - dziś to jedno z najbardziej znanych zdjęć z czasów stanu wojennego.

Górnicy z Lubina uznali, że agresji władz nie można pozostawić bez reakcji. I zdecydowali się na jedną z najbardziej spektakularnych akcji w czasach stanu. Otóż wpadli na pomysł, by w tym samym momencie wysadzić całą serię budynków, m.in. Komitet Wojewódzki PZPR w Legnicy, stołówkę ZOMO w Lubinie, Komendę Miejską MO w Polkowicach, głogowskie konsumy, a także mieszkania kilku aktywistów partyjnych. Wprawdzie większość ładunków nie wypaliła, a te, które eksplodowały, nie wywołały większych zniszczeń, ale i tak "bombiarze niepodległości z Lubina" przeszli do legendy. Tym bardziej że natychmiast pojawiły się represje ze strony władz za ich akcję, sąd skazał 16 bombiarzy na kary od pół roku do pięciu lat więzienia. Dopiero po obaleniu komunizmu zostali rehabilitowani. Nie udało się natomiast ustalić winnych zbrodni w Lubinie - skazano tylko trzech dowódców pacyfikacji na kary od 2,5 do 3,5 lat więzienia.

CZYTAJ TEŻ:
* Spowiedź generała. Wojciech Jaruzelski wciąż broni PRL
* Inne oblicze stanu wojennego: Bimber i marihuana, czyli wesoła cela na Białołęce
* Nie cały Zachód poparł Wałęsę. Przegląd prasy sprzed 30 lat
* Chris Niedenthal, autor słynnych zdjęć ze stanu wojennego: PRL był ciekawszy niż Londyn [GALERIA]
* ''The Times'' z 14 grudnia 1981 roku: Z Niemiec do Polski na własną odpowiedzialność

Słynnym do dziś wyczynem z epoki są działania Zbigniewa Bujaka. Jako przewodniczący Regionalnej Komisji Wykonawczej Regionu Mazowsze NSZZ "Solidarność" musiał się ukrywać po 13 grudnia - był jednym z nielicznych członków prezydium komisji krajowej, który uniknął internowania. Jego sposób konspiracji szybko stał się legendarny: regularnie zmieniał mieszkania, legitymował się fałszywymi dokumentami, zmieniał swój wygląd - używał do tego nawet peruk. Mimo to wpadł. 2 marca 1983 r. SB namierzyło go podczas spotkania z Aleksandrem Małachowskim w mieszkaniu na warszawskim Gocławiu. Tajniacy wyprowadzili Bujaka, wsadzili do auta i odwieźli na komisariat. Gdy jednak wyprowadzali go z samochodu, ten postanowił działać. Wcześniej dyskretnie rozpiął gruby kożuch, który miał na sobie. Po wyjściu z pojazdu wystarczyło jedno szarpnięcie, aby ten kożuch został w rękach eskortujących go esbeków. Bujak, w samej koszuli, ruszył sprintem przed siebie - po chwili zniknął pościgowi, wskakując do przejeżdżającej taksówki. Po raz kolejny SB zdołało go dopaść dopiero w 1986 r.

A kożuch, który zdążył obrosnąć mitem, milicja przetrzymywała do końca komunizmu. Bujakowi zwrócił go dopiero Andrzej Milczanowski, minister spraw wewnętrznych w rządzie Hanny Suchockiej.
Specyficzną formę protestów przeciwko komunistycznym władzom wypracowali studenci z Niezależnego Zrzeszenia Studentów (NZS). Po wprowadzeniu stanu wojennego manifestowali, zapalając w oknach swoich pokojów w akademikach świeczki oraz bojkotując tego dnia zajęcia na uczelniach. Nieoczekiwanie akademiki stały się też jednym z najtwardszych punktów oporu w dniu wprowadzenia stanu wojennego. Przed północą 12 grudnia do akademika nr 5 w Toruniu przyszło trzech esbeków, chcąc internować jednego z przywódców NZS, studenta matematyki Wiesława Janowskiego. Nieoczekiwanie natknęli się na opór studentów - a w międzyczasie Janowski zdołał uciec do pobliskiego Domu Studenckiego nr 3. Tam o zamiarze internowania członków NZS podał informację przez radiowęzeł.

O godz. 2 w nocy zaalarmowano o wydarzeniach prorektorów UMK: Władysława Bojarskiego, Jana Kopcewicza, Sławomira Kalembkę oraz Stanisława Dembińskiego. Profesorowie osobiście zaprotestowali przeciwko interwencji w akademikach w komendzie wojewódzkiej MO. Tak wsparci studenci poczuli się na tyle pewnie, że zamienili akademiki w punkty oporu: w pokojach rozpoczęli druk ulotek, gazetek, walczyli o majątek Solidarności (m.in. ukrywali powielacze, jeżdżąc z nimi do kryjówek w Toruniu samochodem z niedomkniętym bagażnikiem - powielacz był zbyt duży i przez to klapa się nie domykała). Działaczom toruńskiej Solidarności udało się też odzyskać związkowe pieniądze, które rozdano członkom związku jako zapomogi. Później pokwitowania pobrane przy rozdawaniu pieniędzy okazały się zresztą pretekstem dla komunistycznych władz do aresztowania Józefa Karabina, Anny Stawińskiej i Anny Thiem, którzy zajmowali się księgowością ówczesnej Solidarności.

Takich pojedynczych zdarzeń, akcji, historii było wiele. Nie da się nie wspomnieć o happeningach organizowanych przez Pomarańczową Alternatywę, na której czele stał Waldemar Frydrych, na przykład malowania krasnoludków na ścianach wrocławskich bloków w 1982 r. W Świdniku niezwykle popularne stało się wychodzenie na spacer wtedy, gdy o godz. 19.30 rozpoczynał się "Dziennik Telewizyjny". Toruńscy fizycy znaleźli sposób na to, aby władze nie mogły zagłuszać niezależnych radiostacji radiowych - i wypuszczali nadajniki na balonach, uniemożliwiając w ten sposób ich namierzenie. Strajkujący w stoczni gdańskiej w chwili wybuchu stanu wojennego zostali odcięci od świata - ale milicja zapomniała o drodze morskiej, także kolejne osoby dołączały do protestujących, przypływając do stoczni motorówkami. Podobne historie można wymieniać jeszcze długo. Tak właśnie wygląda prawda o stanie wojennym w Polsce.

Agaton Koziński

CZYTAJ TEŻ:
* Spowiedź generała. Wojciech Jaruzelski wciąż broni PRL
* Inne oblicze stanu wojennego: Bimber i marihuana, czyli wesoła cela na Białołęce
* Nie cały Zachód poparł Wałęsę. Przegląd prasy sprzed 30 lat
* Chris Niedenthal, autor słynnych zdjęć ze stanu wojennego: PRL był ciekawszy niż Londyn [GALERIA]
* ''The Times'' z 14 grudnia 1981 roku: Z Niemiec do Polski na własną odpowiedzialność

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie