Historia malborskich "makaronów", czyli Malma i jej półmetrowe spaghetti! Firmę sprywatyzowano 30 lat temu

Anna Szade
Anna Szade
W 1991 roku, malborski zakład produkujący makarony Malma, został sprywatyzowany, a jego właścicielem został Michel Marbot, francuski inwestor. Była to wówczas jedna z pierwszych prywatyzacji w branży spożywczej. To było wydarzenie nie tylko w mieście, w którym pod młotek szły „makarony”. Firma miała swoją piękną historię i dorobek.

20 kwietnia 1991 r. nabywcą malborskiego zakładu produkującego makaron był - za milion dolarów - Michel Marbot. W blasku fleszy pokazywał się wówczas w Malborku nie tylko w towarzystwie najbliższej rodziny. Na miejscu byli również m.in. Danuta Wałęsa oraz premier Jan Krzysztof Bielecki. Było elegancko i światowo.

Załoga mogła go pokochać. Kim był francuski inwestor?

Jak wiele lat później rozpisywały się media, Michel Marbot jest Francuzem, urodził się jednak we Włoszech. Jest absolwentem Instytutu Nauk Politycznych w Paryżu, historii oraz prawa na Sorbonie oraz uczelni INSEAD, która jest jedną z najbardziej renomowanych biznesowych szkół w Europie. Biegle mówi aż w siedmiu językach. Zrobił zawrotną karierę w bankowości. W wieku 27 lat został dyrektorem francuskiego banku w Grecji, a potem we Włoszech.

- Właśnie tam poznał piękną Polkę, w której się zakochał. W 1990 r., już jako małżeństwo, podjęli decyzję, aby zamieszkać w Polsce. Michel sprzedał więc swój 400-metrowy luksusowy apartament w Mediolanie i przeprowadzał się do 39-metrowego mieszkania w Warszawie – pisał Kamil Cebulski w tekście „Biznes po Polsku – Historia Malmy”. - Jak się jednak okazało, najważniejszymi decyzjami były te związane z pracownikami. Już w pierwszym miesiącu Michel Marbot podniósł pensje wszystkim pracownikom o 100 proc. oraz każdemu z nich obiecał, że jeżeli zostanie zwolniony, to dostanie odszkodowanie w wysokości 2-letniego wynagrodzenia.

Jako pierwszy pracodawca w Polsce ubezpieczył prywatnie wszystkich swoich pracowników. Wtedy ubezpieczało się tylko pracowników elitarnych urzędów, żadna firma nie ubezpieczała robotników.

Ale patrząc z malborskiej perspektywy, Marbot nie kupił byle czego. Zakład działał od prawie 30 lat, a pracownicy mieli doświadczenie w produkcji włoskiego makaronu, co nie było bez znaczenia. Co tak naprawdę kupił francuski inwestor? Cofnijmy się o kilka dekad.

Zielone światło dla włoskiego makaronu w Malborku

W 1960 r. Malbork liczył 25 578 mieszkańców. To dane ze spisu powszechnego, który był przeprowadzony właśnie w tamtym roku. Miasto nie miało się najgorzej, działało tu kilka znanych zakładów pracy: Makop, PEMAL, Mawent, cukrownia, prosperowała mleczarnia. I nagle decydentom zaświtało, by w nie za dużym mieście zrealizować od podstaw zupełnie nową inwestycję. Miały ją zresztą poprzedzić długie debaty na szczeblu Wojewódzkiej Komisji Planowania Gospodarczego. Terenowe ciało działające przy prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Gdańsku odpowiadało wówczas za plany rozwojowe całego regionu.

Dlaczego wybrano Malbork na stolicę włoskiego makaronu? Trudno powiedzieć. Na fabrykę wykorzystano nieużywane wojskowe magazyny przy ul. Dalekiej. 60 lat temu trwała już zapewne ich adaptacja na potrzeby nowej fabryki branży spożywczej.
Formalnym inwestorem były Gdańskie Zakłady Środków Odżywczych w Oliwie. Być może niektórzy jeszcze pamiętają smak budyniu czekoladowego gotowanego z niedużej papierowej torebki. Na zakładowy szyld oliwskich zakładów wróciło już nazwisko przedwojennego właściciela gdańskiej filii: Dr. Oetker. W PRL była to jednak państwowa fabryka sypkich produktów, jak określano wtedy powstający w niej asortyment.

W zaadaptowanych na potrzeby produkcji pomieszczeniach przy ul. Dalekiej zainstalowane zostały linie produkcyjne firmy Pavan z Włoch. Maszyny w halach montowali Włosi, może więc malborczycy mijali na ulicach roześmianych południowców, a kobiety zachwycały się ich urodą? Może rozegrały się w Malborku sceny rodem z komedii „Nie lubię poniedziałku”. Tam włoski przemysłowiec Francesco Romanelli przyjeżdża, by podpisać kontrakt, i przeżywa rozmaite zabawne perypetie.

Włoskie szlagiery w malborskiej fabryce, czyli czarna magia w halach

Koszt tej realizacji to 50 mln zł. Produkcja ruszyła w czerwcu 1962 r. w pierwszej hali, gdzie znajdowały się cztery linie, z których zjeżdżał gotowy makaron, a do końca roku uruchomione zostały trzy pozostałe. Najdłuższe miały po dwadzieścia kilka metrów. Każda maszyna produkowała inny gatunek makaronu. Asortyment był rozmaity, bo były i muszelki, i świderki. A z najdłuższych wychodziły nitki i spaghetti, które w tamtym czasie miało pół metra długości. To włoski klasyk, przebój tamtejszych stołów. Nie to, co teraz, gdy na marketowych półkach królują wygodne, maksymalnie 30-centymetrowe paczki.

Dla mieszkańców w halach działa się niemal czarna magia.

Nie było wtedy w Malborku nikogo, kto by się znał na produkcji makaronów. Do nowej fabryki zaangażowano kilku mechaników, fachowców obeznanych z przemysłem… cukrowniczym. Elementarne pouczenie otrzymali od włoskich monterów, a potem zdani na własne siły stworzyli trzon kadry technicznej załogi – wspominał początki „makaronów” „Głos Wybrzeża” w 1968 r.

W tamtym czasie była to najnowocześniejsza fabryka tej branży w kraju. To nie znaczy, że wewnątrz było luksusowo. Maszyny, owszem, pracowały w miarę cicho, ale w halach produkcyjnych było jak w szklarni. To żaden cymes pracować cały dzień w temperaturze 25-30 stopni Celsjusza i przy podwyższonej wilgotności powietrza.
Jednak chętnych nie brakowało. Co jakiś czas organizowano kursy dla wykwalifikowanych pracowników.

Najmniej zmechanizowana była w latach 60. pakowalnia.

- Jedyny znajdujący się w fabryce agregat do pakowania produkcji NRD nie zaspokaja potrzeb wytwórni. Nadaje się do automatycznego pakowania „krótkiej” galanterii makaronowej. Większość czynności związanych z przygotowaniem towaru do wysyłki wykonują 4-osobowe zespoły pakowaczek. Potrzeba nie lada zręczności, aby pakować szybko i dokładnie. Zresztą kobiety celują w tej dziedzinie. Na zmianie „C” można zaobserwować młodą pracownicę Ksawerę Orłowską, która ze zręcznością ekwilibrystki podaje maszynie surowiec, a drugą ręką odbiera gotowy produkt. Takich żonglerek wśród prawie wyłącznie kobiecej załogi jest oczywiście więcej – relacjonował reporter, który odwiedził malborską Wytwórnię Makaronu w listopadzie 1968 r.

Reklama dźwignią handlu. Konsumentów trzeba było kusić smakiem

Dobowa produkcja makaronu wynosiła wówczas 45 ton. Takiej ilości nie pomieściłyby 3 wagony towarowe. Ale te moce przerobowe powoli zaczynały być kłopotem dla zakładu. Malborskie wyroby nie przypominały bowiem ulubionego przez Polaków domowego makaronu z niedzielnego rosołu. Trzeba było do nich przekonywać ówczesnych konsumentów.

Spaghetti z sosem pomidorowym, rurki z wędzonym boczkiem z serem, świderki z zapiekaną szynką i jajkiem sadzonym, krajanka z zapiekanym parmezanem – to tylko część smacznych dań z makaronów włoskich, jakimi częstowano wczoraj na degustacji w sopockiej „Aldze” – donosił „Dziennik Bałtycki” z 14 czerwca 1966 r.

Produkty pochodziły m.in. z malborskiej wytwórni. Dzisiaj zostałoby to nazwane akcją promocyjną lub zabiegiem marketingowców na wielką skalę. Bar w Sopocie przygotował bowiem aż 600 dań makaronowych, których można było spróbować za darmo.

- Nie każdy pewnie wie, że istnieje duża różnica między tzw. tradycyjnymi makaronami a włoskimi. Pierwsze produkowane są niczym za króla Ćwieczka, przeważnie ręcznie, włoskie natomiast – z wysokich gatunków mąki (ze specjalnej odmiany importowanej pszenicy), na oryginalnych maszynach włoskich, całkowicie mechanicznie, supernowocześnie – czytamy w relacji z baru „Alga”.

W 1970 r. zainstalowane zostały dwie kolejne linie, również włoskie, ale firmy Braibanti. Umożliwiało to zwiększenie produkcji z 42-45 do 60-65 ton na dobę. Na tamte czasy malborska fabryka była potentatem na polskim rynku, dając 25 proc. krajowej produkcji.

Ale choć najdłuższe miejscowe wyroby mogłyby „zagrać” w najsłynniejszej scenie w „Zakochanym kundlu”, klasycznej produkcji Walta Disneya, to zachwytów Polaków nie wzbudzały. Rozsmakowali się za to w malborskich makaronach Włosi. Podobno za pośrednictwem Baltony trafiały na statki zawijające do portów w Gdańsku i Gdyni, a włoscy marynarze chwalili sobie te wyroby znad polskiego Nogatu.

Jednak na początku lat 70. maszyny w Malborku pracowały tylko na pół gwizdka.

Przyczyną jest słaby popyt na makarony. A przecież odznaczają się one wieloma zaletami. Przede wszystkim zawierają dużo białka, więcej niż spożywane powszechnie ziemniaki. Mogą być podawane na setki sposobów, jako dodatki do zup, do drugich dań, a także jako dania samodzielne i desery! - tłumaczył czytelnikom autor tekstu „Makaron w niełasce”, który opublikowany został w „Głosie Wybrzeża” w marcu 1971 r.

Szukając przyczyn, autor uznał, że „trudno przyjąć, aby winien tu był wyłącznie nasz gust narodowy lub też cena nieco wyższa od ziemniaków”. Dostało się więc handlowcom i restauratorom.
- Żadna z firm państwowych bądź spółdzielczych nie reklamuje makaronu. Podobnie restauracje i bary mleczne. Makarony goszczą nadzwyczaj rzadko w jadłospisach, a jeśli już są, to z reguły przyrządzane tak fatalnie, że nie znajdują amatorów – krytykował dziennikarz „Głosu”.

W tym czasie kiełkował nawet pomysł otwarcia restauracji, w której na talerze trafiałby tylko malborski makaron. Taki lokal pozostał jedynie wizją.

- Kroki zmierzające do upowszechnienia swoich wyrobów podjęła na razie sama wytwórnia. Zamierza ona objąć patronatem trzy sklepy na terenie Gdańska, Gdyni oraz Elbląga, które będą oferowały pełną gamę malborskich makaronów. A jest tego sporo, bo aż 40 rodzajów w 12 kształtach – czytamy w artykule sprzed pół wieku.

Takie patronackie stoiska powstały. Świadczy o tym reklama, którą znaleźliśmy w „Dzienniku Bałtyckim” z 1971 roku.
Według danych publikowanych przez Wiesława Jedlińskiego w książce „Malbork. Dzieje miasta”, w latach 1967- 1971 w malborskiej wytwórni wyprodukowano 78 tys. ton makaronu. Przeznaczony był głównie na rynek krajowy i w niewielkich ilościach na rynek zagraniczny, głównie do Rosji i krajów arabskich. Średnie zatrudnienie wynosiło wówczas 200 osób.

Opakowanie na przeszkodzie. Makaron przegrywał z proszkiem "Ixi"

Na to, co było normą w PRL, dzisiaj zerkalibyśmy z zazdrością, bo makaron pakowany był w kartonowe pudełka, można je było po opróżnieniu oddawać na makulaturę. Ale wtedy i z kartonem były nie lada kłopoty.

- Potrzeba około 30 rodzajów opakowań, tymczasem wytwórnia dysponuje aktualnie kilkudniowym zapasem kartoników do nitek makaronowych – ubolewały media w końcu lat 60.

Kilka lat później krytykowany był ich siermiężny wygląd, bo nie da się ukryć, że wzornictwo było w tamtym czasie więcej niż skromne. W 1971 r. trwały już przygotowania do zmiany szaty graficznej opakowań.

Oczywiście na tyle, na ile pozwoli jakość przydzielanego kartonu. Niestety, jak dotąd lepsze gatunki kartonu otrzymuje przemysł chemiczny, pakując w nie proszki typu „Pollena”, „Ixi” i „E”, które przecież według handlowego powiedzenia „sprzedają się same” – pisał jeden z dzienników.

Gdy brakowało pudełek, wysyłano niektóre z produkowanych 46 rodzajów makaronów luzem, ale odbiorcy kręcili na takie rozwiązanie nosem. Podobno władze Malborka na początku lat 70. rozważały nawet uruchomienie miejscowej wytwórni opakowań.

A skoro malborski makaron tak dobrze konsumentom "nie wchodził", przydałaby się kampania promocyjna.

Zorganizowanie odpowiednio szerokiej reklamy, podobnie jak w przypadku popularyzowania margaryny, byłoby więc celowe. Warto przy tym unikać naiwności w reklamie (przykład: „margaryna lepsza od masła”). Nie można nawoływać do całkowitego wyrugowania ziemniaków z jadłospisu i zastąpienia ich makaronem. Oczywiste, że nikt na taką zamianę nie pójdzie, natomiast przy odpowiedniej zachęcie na pewno uzupełni swoje menu makaronem – dawał lekcję marketingu w pigułce dziennikarz „Głosu Wybrzeża” w marcu 1971 r.

Po 10 latach produkcja ruszyła z kopyta

I nagle… para w ruch, w sam raz na 10-lecie firmy, bo na przełomie III i IV kwartału 1972 r. na rynku krajowym wystąpił znaczny wzrost zapotrzebowania na makarony.
- Kierownictwo malborskiej wytwórni natychmiast zareagowało na sprzyjającą koniunkturę. Zwiększono stan załogi o 80 osób, przepracowano kilka kolejnych niedziel. W efekcie tych przedsięwzięć znacznie zwiększono rozmiary produkcji, wykonując 9 tys. ton makaronu zamiast planowanych 7 tys. ton – rozpisywały się media przy okazji kolejnych triumfów fabryki w Malborku.

A te polegały nawet nie tyle na ilości, co na jakości. Potwierdzały to branżowe nagrody i medale.
Podczas Wiosennych Targów Krajowych w Poznaniu w 1971 r. w ramach konkursu „Dobre, ładne, poszukiwane” srebrny medal fabryka z Malborka odebrała za swój makaron włoski 2-jajeczny świderki. 2-jajeczne nitki i jajeczne spaghetti zasłużyły na dyplomy uznania.

Na targach krajowych „Jesień 1971” przedstawiciel wytwórni odebrał dyplom uznania za bezjajeczne: świderki, krajankę, kolanka, rurki cięte; jajeczne: rurki cięte; 2-jajeczne: świderki, kolanka i krajankę; 4-jajeczne: nitki.

W pierwszej połowie lat 70. na pudełkach 4 gatunków makaronów pojawiły się też znaki jakości, które były wówczas gwarancją ponadstandardowych wyrobów. To taka charakterystyczna jedynka w czarnym trójkącie; autorem samego znaku był Jerzy Cherka.

Odpowiedzialne za przyznawanie certyfikatu było Biuro Znaku Jakości – jeden z oddziałów Centralnego Urzędu Jakości i Miar. W skład biura wchodziły zespoły specjalistów z poszczególnych branż, którzy oceniali i prowadzili kontrole nad określonymi wyrobami – przeprowadzali badania laboratoryjne i użytkowe oraz przypisywali znak jakości. Nie było to więc takie „hop-siup”. Tym bardziej przykro musiało być załodze starającej się o tę symboliczną gwarancję wysokiego poziomu, gdy przeszkodą była nie zawartość opakowania, ale nieodpowiednie pudełko.

Jak donosiła prasa, pierwsza dekada działalności malborskiej Wytwórni Makaronu to sukces całej 330-osobowej załogi. Zaprezentowana została pełna lista przodujących pracowników:

  • pakowaczki: Krystyna Ciechowska, Halina Wasilewska, Teresa Sosna, Krystyna Dudek, Elżbieta Najdrowska, Danuta Wojciechowska, Kordula Wiczanowska, Jadwiga Wychadeńczuk;
  • operatorzy zmianowi: Kazimierz Kalinowski, Jan Jackowski;
  • operatorzy tłoczniowi i liniowi: Zenon Kizlich, Halina Staszyńska, Krystyna Porada;
  • zsypowi mąki: Roman Czajka i Jerzy Kasprzyk;
  • pracownicy warsztatu: Roman Zaręba, Jan Trębas, Antoni Godlewski, Grzegorz Dominik, Wacław Niedzielski, Tadeusz Cisowski.

W 1973 r. fabryka makaronu zyskała samodzielność, przestając być częścią Gdańskich Zakładów Środków Odżywczych w Oliwie. Jednak branżową „czapą” stało się Wojewódzkie Przedsiębiorstwo Przemysłu Zbożowo-Młynarskiego w Gdańsku, a po reformie administracyjnej w 1975 r. - odpowiednik w Elblągu. W tym czasie malborska firma uznawana była za jedną z najlepszych makaroniarni w kraju.

Udało się zmechanizować proces pakowania, dzięki czemu 80 proc. makaronów krótkich w 1975 r. pakowała maszyna. W tym czasie najbardziej popularny był makaron 2- i 4-jajeczny. I właśnie produkcja tego asortymentu rosła najszybciej.

W kolorowych latach 70. makaron bywał szary

Wydawało się, że ta dobra passa dla malborskich „makaronów” będzie trwała i trwała. A jednak nie wszystko szło idealnie. Bo zamiast pochwał pojawiła się w mediach antyreklama.

Najbardziej drastycznym przykładem pogarszającej się jakości są makarony o niewłaściwej konsystencji, lepkości i barwie, rozpadające się po ugotowaniu. Jednym z takich producentów jest wytwórnia w Malborku. Wskaźnik wad jej wyrobów stwierdzonych przez Społem wynosił w ubiegłym roku 24,5 proc. - dostało się malborskiej fabryce w „Życiu Warszawy” w 1978 r.

Autor sugerował, że fabryka z premedytacją wysyła w świat nie najlepszy produkt, bo i tak konsumenci po niego sięgną, a więc i handlowcy na tym nie tracą.

- Czytałem ten artykuł. I zgadzam się z tym, że nasz makaron bywa szary zamiast żółty, że jest popękany, co wpływa na to, że w czasie gotowania się rozpada. Nie są to dla nas niespodziewane zarzuty. Ale nie jest prawdą, że nie staramy się tej sytuacji zmienić, że obojętna jest dla nas jakość, bo „i tak w bidzie wszystko kupią” – komentował na łamach „Dziennika Bałtyckiego” Rajmund Fortuna, w 1978 r. zastępca kierownika malborskiej wytwórni.

Niestety, po 16 latach od montażu włoskie urządzenia się zestarzały, w ponad 60 proc. były wyeksploatowane, bo od 1972 r. pracowały w ruchu ciągłym. Właściwie, jak tłumaczono w „Dzienniku Bałtyckim”, konieczność modernizacji parku maszynowego i budowy magazynów wynikła już w 1971 r. Tymczasem przez kolejne lata stan techniczny zakładu nie tylko się nie poprawił, ale wyraźnie pogorszył, mimo że wytwórnia produkowała dwukrotnie więcej makaronu niż w 1970 r.

- Technika to jedna sprawa. Ale w 80 procentach na jakość makaronu ma wpływ mąka. Malborski zakład otrzymuje od lat mąkę ze starogardzkich młynów, które wykorzystują do tego celu najlepiej nadającą się kanadyjską pszenicę. Charakteryzuje się ona wysoką jakością, ale nawet z dobrego ziarna można zrobić marną mąkę. Mąka musi odpowiadać normie państwowej, która jest zbyt tolerancyjna, jak na wymogi stawiane jej przez producentów makaronu. Rok temu z inicjatywy kierownictwa malborskiej wytwórni odbyło się spotkanie dyrekcji dwóch przedsiębiorstw przemysłu zbożowo-młynarskiego: w Elblągu, któremu bezpośrednio podlega Malbork, i w Gdańsku, które dysponuje młynami w Starogardzie. Na tym spotkaniu ustalono, że aby poprawić jakość makaronu, trzeba poprawić jakość surowca, czyli mąki – pisał „Dziennik Bałtycki”.

Przedstawiciele firmy skarżyli się również na zbyt małe magazyny, bo ich powierzchnia wystarczała wówczas na przechowanie produkcji z 2- do 5-dobowej produkcji. Jeśli więc na przykład na bocznicę kolejową nie podstawiono na czas wagonów, makaron miał leżeć wszędzie, czekając na transport. No i znów, mimo upływu lat, przekleństwem były… opakowania, a raczej ich brak.

Nie można ich zgromadzić na zapas, bo nie ma gdzie. A jeśli handel ponagla do większej produkcji, to jeszcze „ciepły” makaron wędruje np. w workach do hurtowni, co zwłaszcza zimą daje fatalne skutki. Niedosuszony makaron trwale skleja się w grudy, pęka, kruszy się. Dociera do odbiorcy w stanie, który kwalifikuje go do reklamacji, jeśli nie do całkowitej dyskwalifikacji – tłumaczył Rajmund Fortuna.

Puste półki w sklepach, ale firma działa na okrągło

Mimo tych niesprzyjających okoliczności i pogarszającego się stanu technicznego, zakład pracował dalej. W PRL działały w nim: Zakładowy Klub Techniki i Racjonalizacji, Zakładowe Koło Stowarzyszenia Inżynierów i Techników Spożywców, był też klub honorowych dawców krwi i koło wędkarskie.

Kryzys gospodarczy, który zajrzał w oczy Polakom na początku lat 80., mimo wszystko nie zmógł fabryki. Sklepowe półki były puste, a makaron był towarem deficytowym i trafiał na talerze Polaków właściwie dzięki wprowadzonemu wiosną 1981 r. systemowi kartek na żywność.

- Na „okrągło” pracują od kilku miesięcy załogi wytwórni makaronów w Malborku, kaszami w Kwidzynie oraz sześciu młynów wchodzących w skład Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Przemysłu Zbożowo- Młynarskiego w Elblągu. Z informacji uzyskanych od zastępcy dyr. ds. handlowych — Zenona Urbanowskiego wynika, te zdolności produkcyjne wynoszą 50 ton makaronu i 60 ton kasz na dobę. Makaron z Malborka trafia niemal do wszystkich województw. Nie brakuje go w elbląskich sklepach – pisał „Dziennik Bałtycki” w połowie stycznia 1982 r.

Tuż przed zmianą ustrojową, 12 stycznia 1989 r., Mieczysław Rakowski, ówczesny premier, podpisał decyzję o wydzieleniu malborskich „makaronów” z Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa PZZ.

Zarządzenie wykonawcze ministra rolnictwa i gospodarki żywnościowej o usamodzielnieniu wytwórni wpłynęło 21 stycznia. Stwierdzono w nim między innymi: „Tworzy się Przedsiębiorstwo Państwowe Wytwórnia Makaronów Malma – PZZ w Malborku. Zarządzenie obowiązuje od 31 grudnia 1988 r.” - odnotował Wiesław Jedliński.

Dzisiaj zarówno pierwsze „makarony”, jak i ich drugi okres świetności, już po prywatyzacji przez Michela Marbot, to tylko wspomnienia po makaronowej stolicy Polski.
Symboliczny koniec zakładu nastąpił w 2013 r. To wtedy syndyk sprzedał nieruchomości, wyposażenie i znak towarowy. Na rynku na pamiątkę pozostał tylko produkt o nazwie Malma, ale produkowany na drugim końcu kraju, w Lublinie.

Wideo

Materiał oryginalny: Historia malborskich "makaronów", czyli Malma i jej półmetrowe spaghetti! Firmę sprywatyzowano 30 lat temu - Dziennik Bałtycki

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie