Historia brudu. Od słowiańskich łaźni po kanalizację i...

    Historia brudu. Od słowiańskich łaźni po kanalizację i sławojki

    Witold Głowacki

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    Droga do współczesnego postrzegania higieny była długa i kręta

    Droga do współczesnego postrzegania higieny była długa i kręta ©Witalij Tichow - "W Rosyjskiej bani" (1916"

    Pełne ścieków, śmierdzące rynsztoki - w których przy odrobinie nieszczęścia można było nawet utonąć - znikały z ulic miast dopiero od końca XIX wieku.
    Droga do współczesnego postrzegania higieny była długa i kręta

    Droga do współczesnego postrzegania higieny była długa i kręta ©Witalij Tichow - "W Rosyjskiej bani" (1916"

    Polska historia czystości (i brudu) najpierw wyprzedzała europejskie normy, by w XVII wieku się z nimi zrównać. Potem zaczęliśmy nieco odstawać - z czego chyba najgorzej wyglądał wiek XIX i pierwsza połowa ubiegłego stulecia.

    Wczesne średniowiecze


    Jak na realia ówczesnego świata higiena plemion słowiańskich a następnie pierwszych pokoleń Polaków wyglądała całkiem nieźle. Arabski kupiec - i zarazem agent wywiadu - Ibrahim-ibn-Jakub podczas swej podróży na ziemie Polan już w X wieku bardzo dokładnie opisał słowiańskie łaźnie.
    „Nie mają oni łaźni [z punktu widzenia Ibrahima to pojęcie było zarezerwowane dla łaźni arabskich i rzymskich - przyp. red.], lecz posługują się domkami z drzewa. Zatykają szpary w nich czymś, co bywa na ich drzewach, podobnym do wodorostów, a co oni nazywają: meh. Służy to zamiast smoły do ich statków. Budują piece z kamienia w jednym rogu i wycinają w górze na wprost niego okienko dla ujścia dymu. A gdy się piec rozgrzeje, zatykają owo okienko i zamykają drzwi domku. Wewnątrz znajdują się zbiorniki na wodę. Wodę tę leją na rozpalony piec i podnoszą się kłęby pary. Każdy z nich ma wiecheć z trawy, którym porusza powietrze i przyciąga je ku siebie. Wówczas otwierają się im pory i wychodzą zbędne substancje z ich ciał. Płyną z nich strugi i nie zostaje na żadnym z nich śladu świerzbu czy strupa. Domek ten nazywają oni: al-istba”. Widzimy wyraźnie, że zarówno sposób urządzenia łaźni, jak i korzystania z nich opisany przez Ibn-Jakuba bardzo przypomina stosowane do dziś na Wschodzie banie. Ibrahim, który nie bez słuszności generalnie czuł się przedstawicielem wysoko rozwiniętej cywilizacji badającym odległe krainy barbarzyńców, był w tym wypadku pod wrażeniem skuteczności tego rozwiązania higienicznego.

    Według niektórych badaczy słowiańskie łaźnie były miejscami na tyle czystymi, że służyły przeprowadzaniu porodów i bardziej inwazyjnych zabiegów medycznych.

    Wśród znalezisk archeologicznych bardzo liczne są rozmaite przedmioty służące higienie. Masowo wykopywane przez archeologów są grzebienie (służyły tyleż układaniu fryzur, co wyczesywaniu z włosów i bród rozmaitych insektów), ale trafiają się również takie narzędzia, jak łyżeczki do czyszczenia uszu, przybory do pielęgnacji paznokci czy nożyce do strzyżenia. Z całą pewnością Słowianie potrafili wyrabiać mydło - służyły do tego zwierzęcy tłuszcz i ług, ale również rośliny takie jak mydelnica. Regularnie też prali - co wymuszał fakt, że podstawowym materiałem stosowanym do wytwarzania ubrań było płótno, często w jasnych odcieniach.

    Bardzo kiepsko przedstawiała się natomiast kwestia załatwiania czynności fizjologicznych. Szczytem osiągnięć w tej materii bywało stawianie zbiorowych latryn w grodach, wychodki budowano niezwykle rzadko.

    Średniowiecze i renesans


    Przede wszystkim - w miastach do gry wchodzą nocniki. To dobrze i źle. Dobrze, bo spada skala załatwiania przez mieszkańców potrzeb fizjologicznych w przypadkowych miejscach. Ale i źle - bo przecież z zawartością zapełnionego nocnika coś trzeba zrobić, nieprawdaż? Chlust przez okno - takie było najbardziej typowe rozwiązanie tego problemu. Miasta Europy i Polski w ten właśnie sposób stworzyły sobie kanalizację otwartą, czyli rynsztoki, poprowadzone po obu stronach każdej z ulic. Dziś trudno już nam sobie wyobrazić ten wszechobecny smród - potęgowany również przez to, że do rynsztoków trafiały dosłownie wszystkie płynne (i nie tylko) odpady produkowane przez mieszkańców. Niektóre rynsztoki były tak głębokie, że można się było w nich utopić, co zresztą zdarzało się czasem dzieciom czy pijakom. Przekraczano je z pomocą drewnianych kładek. Zimą natomiast zamarzały - bryły zamarzniętych ścieków trzeba było wyrąbywać i albo ustawiać wzdłuż ulicy (z nadzieją, że wiosenne roztopy będą przebiegać powoli), albo wywozić poza miasto. Rzecz jasna rodziło to wszystko gigantyczne zagrożenie biologiczne, sprzyjało błyskawicznemu szerzeniu się epidemii i całej palety mniej gwałtownie zakaźnych chorób.

    Miasta wyrastały zaś - dosłownie - na fekaliach i ich kolejnych dziejowych warstwach, stale podnoszących poziomy ulic. Dla przykładu współczesny Elbląg położony jest o 4 metry wyżej niż w średniowieczu. W większych i mających długą historię w roli wielkich ośrodków miastach, jak Kraków czy Wrocław, ta różnica sięga miejscami i kilkunastu metrów.

    Niemniej średniowiecze to wcale nie taki straszny czas, jeśli chodzi o inne aspekty higieny osobistej. W miastach upowszechniają się publiczne łaźnie. Z kolei w skali poszczególnych domostw karierę robi balia - to właśnie to narzędzie najczęściej służy do mycia. Na wanny mogą sobie pozwolić jedynie najbogatsi - choćby dlatego, że grzanie wody, napełnianie ich i opróżnianie to ciężka robota dla służby.
    1 3 »

    Czytaj treści premium w Polsce Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Wideo