„Hellboy”: Garście strachów w strasznie nudnym filmowym „barszczu” [RECENZJA]

Dariusz Pawłowski
Dariusz Pawłowski
Nowa odsłona „Hellboya” jest jednak dowodem na to, że bezkresność doznań i ich nieokiełznane serwowanie, prowadzą do znudzenia. Monolith Films
Oczekiwania dziś takie, że doznanie musi gonić doznanie. Nowa odsłona „Hellboya” jest jednak dowodem na to, że bezkresność doznań i ich nieokiełznane serwowanie, prowadzą do znudzenia.

Czego tu nie ma! Wampiry, czarownice, olbrzymy, niezmierzony korowód rozmaitych pokrak i potworów, nawrzucanych do tego filmowego „barszczu” bez ładu i składu, a co gorsza - bez smaku. Do tego mamy tajne, okultystyczne stowarzyszenia, nazistów, swojską Babę Jagę w chatce na kurzej stopie (naprawdę!), króla Artura i jego Excalibur i co tam jeszcze brytyjski reżyser Neil Marshall w drodze na plan znalazł. Realizatorzy przy tym tak się zapieklili w dorzucaniu kolejnych elementów do myślowego śmietnika, iż zabrakło im inwencji i mocy na zawadiacki urok, który towarzyszy komiksowemu pierwowzorowi oraz „Hellboyom” Guillerma del Toro z Ronem Perlmanem w roli głównej.

Da się nawet założyć, iż wszystko to, co Neil Marshall postanowił zrobić z Hellboyem nowych czasów, miało być totalnym żartem. Od 2004 roku, kiedy powstał pierwszy „Hellboy” del Toro, trochę już widzieliśmy i szczególnie seriale (z „Grą o tron” na czele, przy której Marshall zresztą pracował), po raz kolejny zmieniły sposób traktowania filmowego bohatera, postrzeganie prezentowanego na ekranie okrucieństwa, a zarazem nawet diabła przestaliśmy już traktować poważnie. „Hellboy” roku 2019 w dawce pokazywania obrzydliwości, bezwzględności, potworności w rodzaju wydłubywanych oczu, ucinanych kończyn, nadziewanych, przecinanych, rozrywanych ciał, tryskającej krwi czy ociekających śluzem pocałunków przekracza wszelkie przyzwyczajenia związane z popularnymi ekranizacjami komiksów - co z jednej strony można odczytać jako zwrócenie uwagi na hipokryzję produkcji, które nieustanne walki utożsamiają z przygodą, niespecjalnie nawet plamiącą obcisłe wdzianka superbohaterów; z drugiej, ironiczną grę ze współczesnym widzem: to ile jeszcze chcesz, co jeszcze musisz zobaczyć, by czuć się zabawionym? Neil Marshall najwyraźniej był również przekonany, że dosadność w pokazywaniu czynów ludzi żyjących w światłości dnia i potworów z cienia (także w nie uciekającym od wulgaryzmów języku), pozbawi opowieść o Hellboyu elementów bajkowości, formy infantylnej książeczki z obrazkami z cyklu „poczytaj mi mamo”, której nie przelękną się i najbardziej strachliwe dzieci. Hellboy przybył do naszego świata z piekieł, ma walczyć z demonami i innymi wysłannikami zła, wyposażony jest w niszczącą prawicę, a ciemna strona pragnie zgładzić ludzkość bez wyjątków? No to nie cackajmy się w cukierkowe figle, tylko zobaczmy, jak to rzeczywiście mogłoby wyglądać.

I gdy tego rodzaju koncepcje dałoby się wybronić, to nowy „Hellboy” wszystkie je rozsypuje jak puste puszki po piwie za sprawą fatalnego scenariusza. To potworny i piekielnie bałaganiarski zestaw bzdur, absurdów, bez polotu posklecanych wątków, pełen dziur w logice wielkości jaskini Hang Son Doong. Przy braku skrupulatności w konsekwentnym, harmonijnym przeprowadzeniu głównego wątku, trudno poddać się emocjom, rozgrywające się przed naszymi oczami wypadki nie trzymają w napięciu, bohaterowie są nam obojętni. Kolejne retrospekcje ciągną opowieść w coraz większą otchłań bezradności autorów, chaos po pewnym czasie zaczyna nużyć. Znaczy się - pustka, nuda jak w filmie polskim...

Wcielający się w poprzedniego Hellboya Ron Perlman potrafił (ale i miał ku temu materiał) nadać swojej postaci rys przewrotności, buńczucznego sarkazmu, outsidera o wielkim sercu, pomiotu szatana, który bywał bardziej ludzki niż towarzyszący mu przedstawiciele naszego gatunku. David Harbour miał dużo mniejsze szanse w tej konfrontacji, bo mimo że jego Hellboy zdaje się bardziej zblazowany, tożsamościowo zagubiony, zmęczony i doświadczony pobytem na powierzchni globu niż jego wcześniejsza uosobienie (co ma potencjał), to żarty dostał przaśne, dialogi drętwe, a osobowości tyle, co w ułamanym rogu. Słabo są też poukładane jego relacje z ekranowymi partnerami, właściwie jedynie z Sashą Lane w roli Alice udaje mu się stworzyć iskrzący energią aktorski związek. O antagonistach szkoda nawet mówić - Królowa Nimue to postać po wielokroć płytsza niż umiejętności aktorskie odtwarzającej ją Milli Jovovich. W jednej ze scen Hellboy dostaje od ojca pokaźny rewolwer: i chyba nie zrozumiał po co - realizatorzy zasugerowali bowiem kontynuację...

Najciekawszy pozostaje zatem sam główny bohater. Przybysz ze świata mroku i podziemi, obdarzony mocami, które- przeciwnie niż większość superbohaterów - chce niwelować i jak najbardziej się „uczłowieczać”. Piekielnik, który stanął po naszej stronie. Tymczasem rozglądając się po człowieczym świecie, można odnieść wrażenie, że ten, który stanął na Ziemi i naprawdę nas zobaczył, wkurzył się lub rozczarował. Bo na pewno nie jest za nami.

Hellboy USA fantasy, reż. Neil Marshall, wyst. David Harbour, Milla Jovovich, Sasha Lane | OCENA ★★☆☆☆☆

Jak głosno ujadają nowe "Psy"?

Wideo

Materiał oryginalny: „Hellboy”: Garście strachów w strasznie nudnym filmowym „barszczu” [RECENZJA] - Dziennik Łódzki

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 1

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

Mogl , ten rezyser zahaczyc o nasz kraj I dowalic do gara wojne polsko-polska z upiornym pisem to by sie widzowie ze strchu posrali a film zarobil wiecej niz Titanic na otwarciu

Dodaj ogłoszenie