Helga Weissova: Starsi Niemcy pytają, czy spotkałam jakiegoś przyzwoitego SS-mana...

Anna J.Dudek
Zdjęcie Helgi Weissovej z czasów wojny
Zdjęcie Helgi Weissovej z czasów wojny Catalogue to the exhibition in the Ghetto Museum, Terezin Memorial,
- Starsi w Niemczech pytają mnie, czy w szeregach SS spotkałam jakiegoś przyzwoitego człowieka. Odpowiadam wtedy, że jeśli ktoś wstępował do SS, to trudno spodziewać się po nim przyzwoitości i nie usłyszą ode mnie odpowiedzi, którą chcieliby usłyszeć - mówi Helga Weissova, była więźniarka obozu w Auschwitz i Terezinie i autorka "Pamiętnika Helgi", w rozmowie z Anną J. Dudek.

Kiedy po wojnie odzyskała Pani pamiętnik, było w nim coś, co Panią zaskoczyło?
Nie miałam takiego wrażenia, bo cały czas żyłam tym, co mnie spotkało, cały czas przeżywałam to na nowo. Pewnie dlatego też pisałam drugą część pamiętnika, tę z Oświęcimia, w czasie teraźniejszym, mimo że dopisałam te wspomnienia dopiero po wojnie. To, co się działo w obozie w Terezinie, pisałam na bieżąco. W Oświęcimiu pamiętnika już nie miałam. Użyłam jednak, spisując wszystko, czasu teraźniejszego, bo dla mnie to ciągle się działo w mojej głowie, wciąż to przeżywałam na nowo.

W obozie w Terezinie było trudno, ale dawało się żyć. Później przewieziono Panią wraz z mamą do Oświęcimia.
Nie wiedziałyśmy, że gdzieś, w innym obozie, jest inaczej niż w Terezinie. Nie spodziewałyśmy się, że może nas spotkać coś gorszego.

Kiedy zrozumiała Pani, że jesteście w śmiertelnym niebezpieczeństwie?
Do samego końca tego nie wiedzieliśmy. Dopiero kiedy wraz z całym transportem znaleźliśmy się w Oświęcimiu, to sobie to uświadomiliśmy.

Pamięta Pani ten moment, kiedy zdała sobie sprawę, że jeśli zostanie skierowana na lewo, trafi do komory gazowej?
My nawet nie wiedzieliśmy, co to znaczy "iść na lewo". Nie do końca na selekcji po przyjeździe do Oświęcimia zdawaliśmy sobie sprawę, w jakim celu to się odbywa. Wtedy najbardziej zależało mi na tym, żeby być razem z moją matką. Czy na prawo, czy na lewo - chciałam tylko być z mamą.

Czy powrót do normalności jest możliwy?
To nie było łatwe, bo całe nasze życie jest naznaczone tym, co przeżyliśmy. Ciągle towarzyszy mi strach, obawy, to zostaje na całe życie. To strach o przyszłość, o siebie nawzajem, o rodzinę. Powrót był bardzo trudny. Kiedy wróciłam, miałam 15 lat i musiałam usiąść w szkolnej ławce z dziećmi w moim wieku, a ja miałam wrażenie, że jestem starsza od moich profesorów.

Czy Czesi wiedzieli, co Panią spotkało?
Ludzie nie wiedzieli i nie rozumieli. Z tymi, którzy nie rozumieli, nie dało się porozumieć. Część, jak słyszała o tym, co się działo w Terezinie i Oświęcimiu, zestawiała to ze swoim doświadczeniem; mówiłam komuś, że nas wyzwolono 5 maja, a pewna pani mówi mi na to, że u nas (w Pradze) to dopiero zaczęły się walki (powstanie praskie). Inna opowiadała, jakie to było straszne, kiedy gotowała w domu obiad, kiedy ogłoszono alarm przeciwlotniczy. Wszyscy musieli udać się do schronu, a ona bardzo przeżywała, czy aby knedliki jej się nie rozgotują.

Z drugiej strony smutne było to, że na nas nikt nie czekał. Kiedy wywieziono nas do getta, to część z nas oddawała swoje rzeczy sąsiadom. Okazało się, kiedy wróciłyśmy, że nie wszyscy chcieli te rzeczy oddawać. Przyzwyczaili się do nich. My akurat dogadaliśmy się z sąsiadami, ale inni tłumaczyli się, że np. pierścionek gdzieś się zapodział. Moja mama, kiedy jechaliśmy do getta, wymieniła swój złoty zegarek na zwykły, metalowy. Po wojnie chciała odzyskać swój, ale usłyszała wtedy, że wie pani, była wojna, było ciężko, musieliśmy wymienić ten zegarek na słoninę. Powrót nie dla wszystkich był radosny. Nasi sąsiedzi przywitali nas bardzo miło. Moje koleżanki ze szkoły pomagały mi z nauką, żebym nadgoniła braki - przecież w czasie wojny przez cztery lata nie chodziłam do szkoły. Ale jak dziewczyny chodziły np. na tańce, to ja nie chodziłam- nie umiałam się cieszyć, czułam się starsza, nie potrafiłam zrozumieć ich podekscytowania.

Jak więc można było stworzyć relacje z ludźmi, którzy nie wiedzieli tego, co Pani?
Dystans do ludzi pozostaje, dlatego ci, którzy ocaleli, którym udało się przeżyć, regularnie się spotykają. Między sobą nie musimy niczego wyjaśniać, wszystko rozumiemy. Ludziom często trzeba to wyjaśniać. Muszę powiedzieć, że jak poznałam swojego męża, to - choć brzmi to dziwnie - ucieszyłam się, poniekąd, kiedy jego brat, działacz katolicki, z powodów politycznych trafił do więzienia. Myślałam sobie wtedy, że dzięki temu jemu będzie łatwiej mnie zrozumieć. Łączy nas to, co przeżyliśmy, ale dzięki tamtemu wydarzeniu z więzieniem jeszcze się z mężem zbliżyliśmy. W takich ciężkich sytuacjach powstają najtrwalsze więzi.
Ja mam kontakty z wieloma kolegami ze szkoły czy studiów, czy później z pracy, ale to są zupełnie inne kontakty niż te nawiązane w czasie Holokaustu. Bo my nauczyliśmy się rzeczy, których w szkole nie uczą. Szacunek, tolerancja, przyjaźń - to brzmi jak puste słowa. Ale my naprawdę poznaliśmy prawdziwe znaczenie tych słów.

Nie czuła Pani potrzeby zemsty?
Nigdy nie miałam takiej myśli, żeby się mścić. Uważam natomiast, że winni powinni zostać ukarani. Ale to nie jest zemsta. Po wyzwoleniu i po wojnie w Czechach doszło do wielu takich gorszących scen, kiedy Niemców wieszano w Pradze na latarniach, ale najczęściej robili to ci, którzy spokojnie przeżyli całą wojnę i na koniec czuli się bohaterami. Nie robili tego ci, którzy wrócili z obozów. Może nie kocham Niemców, ale nie mogę powiedzieć, że ich nienawidzę.

Wybaczyła Pani sprawcom tego horroru?
Najpierw to oni musieliby wyrazić skruchę. Procesy nazistów wciąż się odbywają, i ci ludzie wciąż twierdzą, że tylko wykonywali rozkazy, że tak naprawdę odpowiedzialność leży zupełnie gdzie indziej. Oni nie żałują. Czemu więc ja mam odpuszczać winy, skoro nie widzę skruchy z ich strony. Ale mówię o tych, którzy się dopuścili tych czynów, nie mam na myśli przenoszenia tego na cały naród.

To jest możliwe?
Nie ma we mnie nienawiści. Kiedy o tym myślę, myślę o konkretnych osobach, które wyrządziły mi krzywdę. 40 lat mi zajęło, zanim odważyłam się pojechać do Niemiec. Myślałam, że tyle czasu wystarczy, żebym spotkała przypadkiem, gdzieś, na ulicy, w kawiarni, któregoś z moich oprawców. Ale tę traumę chyba przenieśliśmy na nasze dzieci. Ja na starość nauczyłam się niemieckiego, ale moja córka, która ma wielkie zdolności językowe, nie chce mówić po niemiecku. Kiedy pierwszy raz jechałam do Niemiec, moja 8-letnia wówczas wnuczka zapytała mnie, bardzo zdziwiona: "Jak to babciu, chcesz jechać, żeby się kolegować z TYMI Niemcami, którzy zrobili ci te straszne rzeczy?".

Co jej Pani odpowiedziała?
Wtedy zaczęłam się zastanawiać, i powiedziałam jej, że nie jadę rozmawiać z tymi, którzy to zrobili, ale z młodymi ludźmi, takimi jak ty. Kiedy tam jeżdżę, lubię te spotkania z młodymi ludźmi. Kiedy na spotkanie przychodzi osoba starsza, w moim wieku, patrzę na nią podejrzliwie, zastanawiając się, co robiła w czasie wojny. Starsi w Niemczech pytają mnie, czy w szeregach SS spotkałam jakiegoś przyzwoitego człowieka. Odpowiadam wtedy, że jeśli ktoś wstępował do SS, to trudno spodziewać się po nim przyzwoitości i nie usłyszą ode mnie odpowiedzi, którą chcieliby usłyszeć.

O co pytają młodsi?
Zdarza się, że 10-latek pyta, czy powinien wstydzić się tego, że jestem Niemcem. Odpowiadam wtedy, że nie, Niemcy mieli wielkich naukowców, twórców, pisarzy, i to o nich powinieneś pamiętać, by inni ludzie właśnie w taki sposób postrzegali Niemcy. Cieszę się, kiedy młodzi ludzie czytają mój pamiętnik, bo pamięć to najważniejsze, co mamy. Stąd też dedykacja dla mojej rodziny: by pamiętali, ale żeby nigdy nie musieli tego przeżywać.

Rozmawiała Anna J. Dudek

"Dziennik Helgi", wyd. Insignis. Autorka: Helga Weissova. Tłumaczył: Aleksander Kaczorowski. Cena 34,99 zł

Wideo

Komentarze 4

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

m
moher
No to już wiemy, dlaczego Żydzi tak często i ochoczo donosili na Polaków-katolików.

-----
> jak poznałam swojego męża, to ucieszyłam się, poniekąd, kiedy jego brat, działacz katolicki, z powodów politycznych trafił do więzienia.
A
Anka
Po przeczytaniu Pana wypowiedzi wiem na pewno, że nie powinien Pan jej czytać, bo niezależnie od tego, jakim stylem ta książka została napisana, Pan ma już wyrobione zdanie i wie czego się spodziewać. Zachęcam do napisania własnych wspomnień.
Mam jednak nadzieję, że inni i ten pamiętnik przeczytają, tak jak pisze autorka, by pamiętać, ale by nigdy więcej tego nie przeżywać. A może przede wszystkim - by nigdy więcej nikomu takiego piekła nie fundować.
A
ALA
KTORZY RELACJE ZE SPOLECZENSTWEM MIELI TAKIE SAME JAK OPISYWANI TU
P
Paweł Bieńkowski
Po przeczytaniu tego wywiadu, wiem na pewno, że po książce autorki nie dowiem się absolutnie niczego nowego o człowieku. Styl jej wypowiedzi świadczy, że nie ma talentu literackiego, więc jej wspomnienia mają jedynie wartość sentymentalną.

Pamiętam doskonałe książki w temacie: "To jest człowiek" Primo Levi czy "Autoportret z blizną" Romana Fristera oraz "Dziennik 1933-45" Victora Klemperera.

Po co wciąż wydaje się inne gnioty?
Dodaj ogłoszenie