Helena Pyz: W oczach trędowatych widać to, co w oczach innych ludzi: głód miłości

Anita Czupryn
Anita Czupryn
Lekarka Helena Pyz w indyjskim ośrodku dla trędowatych w Jeevodaya: Radością jest służyć ludziom. Pan Bóg zawsze wskazuje drogę
Lekarka Helena Pyz w indyjskim ośrodku dla trędowatych w Jeevodaya: Radością jest służyć ludziom. Pan Bóg zawsze wskazuje drogę Kadr z filmu "Jutro czeka nas długi dzień"
Udostępnij:
W Jeevodaya zachwyciłam się tym, że tam trędowaty zyskuje, nawet nie, że nowe życie, tak tego nie nazywajmy; on zyskuje sens życia. Odzyskuje swoją tożsamość, godność ludzką. Wyrzucony jak śmieć, znów jest człowiekiem ważnym. A ja jestem jedną z nich, bo jestem kaleką. Uważam, że moje kalectwo mi pomagało – mówi Helena Pyz, polska lekarka pracująca w Indiach z trędowatymi.

Jest Pani związana z indyjskim ośrodkiem w Jeevodaya już od ponad 30 lat. Założył go ksiądz i lekarz Adam Wiśniewski. Znała go Pani wcześniej?

Nie. Ze wstydem przyznam, że nigdy wcześniej nie interesowałam się misjami. Dziś mówią o mnie, że jestem świecką misjonarką. Kiedyś, jak większość, uważałam, że być misjonarzem to znaczy trzymać krzyż w górze i krzyczeć „Przyszedł do was Pan Jezus!”. Teraz wiem, że misja troszkę inaczej wygląda. Można powiedzieć, że wszystko, co robimy, jest misją. Ja niosę swoją wiedzę i umiejętności lekarskie. Tylko, że najpierw trzeba poznać tych ludzi. Wcale nie jest tak łatwo porozumieć się; przenikanie kultur nie jest takie proste. Czasem pewne gesty jak potrząsanie dłonią czy amerykańskie poklepywanie się po plecach nie muszą być w innych kulturach rozumiane w taki sposób, jak my je rozumiemy. Żeby zrozumieć innych, żeby kultury mogły się przenikać, trzeba z ludźmi być, rozumieć ich, porozumiewać się znanymi im językami i gestami. Dopiero wtedy zaczynamy rozumieć tę inność kulturalną i dopiero wtedy też można dotrzeć z Dobrą Nowiną. Wracając do księdza Adama, to niewiele o nim wiedziałam. O Jeevodaya usłyszałam od księdza Stanisława Kuracińskiego, który z grupą pallotynów odwiedził w Indiach ks. Adama. Do Indii wyjechałam już po jego śmierci. Będąc już na miejscu, poznawałam jego ideę czytając jego notatki i rozmawiając z ludźmi. Ksiądz Adam w latach 60. kupił ziemię, zbudował ośrodek i nazwał go domem trędowatych Jeevodaya. Rodziny nie chciały trędowatych. Społeczność wyrzuca ich na margines, osadzając najczęściej w slumsach dużych miast. Nie każdy kupił ideę ks. Adama. Czasem ludziom łatwiej jest dać pieniądze, byle więcej o trędowatym nie myśleć. Ksiądz zrobił coś najważniejszego – pokazał trędowatym, że są potrzebni.

Trąd – co to jest za choroba?

To choroba infekcyjna, zakażenie następuję drogą kropelkową. Nie bardzo inwazyjna. Niszczy nerwy obwodowe, a dokładnie ich osłonki mielinowe. Po zniszczeniu tych nerwów pacjent traci czucie w kończynach. To jest największe przekleństwo trądu, nie to, że chory będzie naznaczony jakimiś plamami, odbarwieniami na skórze, bo to może być z innych powodów, ale to, że traci czucie, może się oparzyć, skaleczyć nawet śmiertelnie; rany się nie goją. Ale już takie objawy jak gorączka zmuszają do pójścia do lekarza i tę postać jest łatwiej wyleczyć, bo najczęściej pacjenci zgłaszają się pod wpływem objawów ogólnych, wcześniej do lekarza. Zanim dojdzie do znieczulenia, to czasem mija kilka lat, choroba się rozwija.

Trąd mógłby zniknąć?

Właśnie to, że choroba rozwija się długo i w okresie, kiedy objawy są minimalne, to jest groźne dla pacjenta, ale on też zaraża innych. Leczenie typowe to skojarzone leczenie: przynajmniej 2 antybiotyków i sulfonamidów. Leczy się długo, od 6 do 12 miesięcy, czasem przedłużamy do półtora roku. Medycyna to nie matematyka.

Pierwszy raz o Jeevodaya usłyszała Pani w 1986 roku, ale wyjechała dopiero kilka lat później.

Jak wspomniałam, ks. Stanisław Kuraciński, który był sekretarzem do spraw misji, objechał wszystkie misje pallotyńskie polskie na świecie, a było ich pewnie z 10. Był w Korei, w Brazylii, w Afryce, w Indiach. Kiedy wrócił, spotkaliśmy się na imieninach znajomej z Instytutu Prymasa Wyszyńskiego, opowiadał o swoich podróżach. Ale ja usłyszałam wtedy tylko jedno zdanie: „Jak ks. Adam Wiśniewski umrze, to kilkanaście tysięcy trędowatych zostanie bez opieki”.

I to zdanie zaczęło w Pani żyć?

No, tak. Indie wówczas przestały wpuszczać księży misjonarzy. Stało się to po wizycie Jana Pawła II w 1986 roku. Władze przestraszyły się tłumów, które gromadziły się tam na spotkaniach z Ojcem Świętym. A chrześcijanie w Indiach stanowią ledwo 2 procent, więc wiadomo, że to nie tylko chrześcijanie na te spotkania biegali. Od tamtego czasu już nie dawano wiz na dłużej, nie chciano, aby misje chrześcijańskie w ich kraju zanadto się nie rozwijały. O tym, żeby tam pojechał polski duchowny nie było więc mowy; zresztą nie było księży – lekarzy. Ks. Adam Wiśniewski i abp Henryk Hoser to wyjątki.

Zanim usłyszała Pani to zdanie, jak wyglądało Pani życie? Co Pani robiła?

Byłam lekarzem rejonowym. W 1974 roku skończyłam medycynę. Mając 10 lat zachorowałam na Heine-Medina, miałam czterokończynowe porażenie, nic nie działało. W szpitalu leżałam pół roku. Wyszłam ze szpitala o jakiej-takiej sprawności, chodząc na dwóch kulach, ale jedna noga nie działa do dziś. Cały czas rehabilitacja, codziennie.

Z jakiego domu Pani pochodzi?

Dziś to się mówi: dom inteligencki. Tata był właścicielem drukarni, którą odziedziczył po swoim dziadku i ojcu. Mama pochodziła z rodziny rzemieślniczej, a wcześniej ziemiańskiej. Dziadek był blacharzem, krył dach kościoła Najświętszego Zbawiciela. Mama wychowała się na Woli, dziś na tej posesji jest szpital wolski i ja w nim po studiach pracowałam.
Po skończeniu studiów rzecznik do spraw zatrudnienia na uczelni zaproponował mi pracę w Warszawie ze względu na moją niepełnosprawność. Był to staż podyplomowy trwający rok, w przychodni. Dużo się wtedy nauczyłam od internistek i stąd pomyślałam o internie. Interna uważana jest za królową nauk medycznych. Postanowiłam zrobić specjalizację z interny i zostać lekarzem rejonowym.
Po stażu w 1975 roku zostałam zatrudniona na Jelonkach, bo tam był wolny etat lekarza rejonowego. Byłam tam najmłodszym lekarzem. Pracowałam też w szpitalu wolskim na oddziale wewnętrznym. Kiedy zaczął się stan wojenny, byłam już w ZOZ-ie Wola przewodniczącą Solidarności, a kiedy Solidarność rozwiązano, pracowałam w strukturach podziemnych. W sensie finansowym było coraz gorzej, z Grochowa na Jelonki dojeżdżałam 22 km i zarabiałam tylko na benzynę. Wtedy spotkałam koleżankę – potrzebowała internisty w Ząbkach. Do końca kariery w Polsce tam właśnie pracowałam.

Wyjechała pani do Indii w 1989. Dlaczego zwlekała Pani tak długo?

Ależ nie zwlekałam. Zgłosiłam chęć wyjazdu od razu na drugi dzień po wspomnianych imieninach. Pojechałam do ks. Stanisława. W Ząbkach był sekretariat do spraw misji, zgłosiłam się: „Jak nie ma kogoś lepszego, to mogę pojechać do Jeevodaya”. Specjalnie się nie pchałam. Jak się przydam, to dobrze. Jeśli jestem potrzebna, to proszę mną dysponować – pojadę. Jeśli nie – to nie. W Polsce przecież też mam co robić. No i czekałam. Miałam 38 lat. W końcu przyszło zaproszenie. Wyjeżdżałam w wieku 41 lat.

Ksiądz Adam umarł w 1987 roku.

Stało się to 9 miesięcy po moim zgłoszeniu. Do ośrodka pojechała pielęgniarka z Polski, zawiozła informację, że jest lekarka gotowa tam pojechać. Ta pielęgniarka była tam przez rok. W sierpniu 1988 roku siostra Barbara, współzałożycielka ośrodka, przysłała mi zaproszenie. Wizę dostałam tylko na 3 miesiące.

Przyjeżdża Pani i co?

Rozglądam się, uczę. To, czy pozostanę, zależało od s. Barbary. Wiedziałam, że na ogół nie układało jej się z Polakami. Po pierwsze musieli zrozumieć ideę księdza Adama. Mnie ta idea, jak wspominałam, uwiodła.

Co się wydarzyło potem?

Przedłużono mi wizę do 6 miesięcy, a potem musiałam wrócić. Miałam już potrzebne dokumenty od stowarzyszenia, z wymaganymi pieczątkami. Złożyłam je w ambasadzie i 10 miesięcy czekałam na prawo wjazdu. To była wiza wjazdowa, a już będąc na miejscu postarałam się o zezwolenie na pobyt, które co roku musiałam przedłużać. A kiedy co 2-3 lata przyjeżdżałam do Polski, musiałam się starać o wizę powrotną. Wtedy jeszcze poruszałam się przy pomocy kul. Od 10 lat poruszam się już na wózku.
W Jeevodaya zachwyciłam się tym, że tam trędowaty zyskuje, nawet nie, że nowe życie, tak tego nie nazywajmy; on zyskuje sens życia. Odzyskuje swoją tożsamość, godność ludzką. Wyrzucony jak śmieć, znów jest człowiekiem ważnym; wszystko jedno, dla kogo. Jest pożyteczny, czy poda szklankę wody, czy pozamiata dziedziniec. Czy będzie nauczycielem. Siostra Barbara chciała, aby wszyscy, pracownicy, jak i domownicy jedli wspólnie, razem z dziećmi. Nie wszystkim wolontariuszom z Polski podobał się reżim s. Barbary. A ja z przyjemnością jadłam z dziećmi. Czułam się jedną z mieszkanek ośrodka. Byłam jedną z nich, bo byłam kaleką. Uważam, że moje kalectwo mi pomagało.

Czytałam niedawno opowieść, w której Jezus patrzył na trędowatych nie jak na ludzi chorych. W każdym z nich widział człowieka. Dzięki temu oni też zaczęli na siebie tak patrzeć i zostali uzdrowieni.

Oczywiście. Bo to wiara uzdrawia. Przede wszystkim wierzyli, że On może to zrobić. Przypomniało mi się: kiedy do Indii miała przyjechać pierwszy raz Ania, kierownik sekretariatu misyjnego, to pytała mnie, jak ma się przygotować. Napisałam jej, że do tego, co tu zobaczy, nie da się przygotować. Ale też poradziłam jej: „Nie patrz na ich ręce i nogi. Patrz im w oczy. W oczach widać to, co widać we wszystkich oczach: głód miłości”. Ania później często powtarzała te słowa wolontariuszom, którzy jechali do Jeevodaya. Mówiła, że tak naprawdę przygotowanie się jest jedno: trzeba otworzyć się na inność, ale jej nie widzieć, bo ta inność jest normalnością właśnie.

Indie to odmienna kultura, religia. Jak u Hindusów wygląda przyjmowanie Pana Jezusa, przyjmowanie wiary katolickiej?

Jeżeli ktoś jest hinduistą i żyje w środowisku hinduistów, a poznałby Ewangelię, poznał Chrystusa, Boga jedynego i chciał przejść na katolicyzm, to jest to społecznie utrudnione. Jeśli dotyczyłoby to całej rodziny, to w porządku, ale gdyby to był tylko jeden członek rodziny, to zostałby z niej wykluczony. Tak się dzieje najczęściej. Ale to zależy od tego, czy są to ludzie mocno związani z hinduizmem, czy jest to tylko tradycja. Są też środowiska wręcz wrogie; niejednokrotnie bywały nawet zabójstwa na tym tle. Szczególnie, że chrześcijanie, czy to młodzi katolicy czy protestanci, są najgorliwsi. Wtedy trudno o porozumienie z innymi członkami rodziny i bywają sytuacje brutalne.

Trudnością dla Pani był język?

Na początku nie mogłam się porozumieć praktycznie z nikim; mój angielski nie był najlepszy, oni mówili inaczej. Chciałam się uczyć języka hindi, ale nie miałam z czego. Uczyłam się więc od dzieci, które obok mojej werandy miały zajęcia szkolne. Powtarzałam za nimi „anarke a, amke aa”, czyli krótkie i długie a; i tak się uczyłam alfabetu na pamięć, powtarzając razem z nimi. Pełnymi zdaniami nauczyłam się mówić później. Ale trudniejsze jest zrozumienie tych ludzi, ich reakcji. Jak się nie zna kultury, łatwo popełnić gafę. Kiedy poczęstowali mnie polnym szczurem – zjadłam szczura. Innym razem był to nietoperz – też go zjadłam. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym nie zjeść, bo to by ich uraziło. Ale jeśli już pyta pani, na jakie napotkałam trudności, to zawsze najtrudniejsze dla mnie było przyjęcie zawodu, kiedy mnie ktoś oszukał, odruchowo skłamał, a ja mu zaufałam. Najgorzej, kiedy zawodzą ludzie, którym się ufa.

Dziś jest Pani mamą dla dzieci w Jeevodaya. Jak to się stało?

Ktoś mnie tak w którymś momencie nazwał. Jedna z dziewcząt coś przewiniła, byłam na nią zła, a ona zawołała: „Mami, już nigdy nie będę”. No i tak się przyjęło. Potem wszyscy zaczęli tak na mnie mówić. W ośrodku jest tak, że każdego uznaje się za członka rodziny. Dzieci mówią do siebie: starszy bracie, starsza siostro. To poczucie wspólnoty i rodzinności w Indiach jest powszechne.

Weszła Pani w tę rolę mamy i wychowała całe rzesze tych dzieci.

Tak się stało. Dorośli, którzy przyjeżdżają do ośrodka w odwiedziny, już z własnymi dziećmi, dalej mówią do mnie „Mami”. Nie bronię się przed tym. Niech tak już będzie.

Co się dzieje z Pani wychowankami?

Różnie się dzieje. Są tacy, którym się nie udało; tych nieczęsto spotykam. Ale są też tacy, którym zwyczajnie się w życiu powiodło. Zyskali wykształcenie, zdobyli dobre zawody, mają dobre miejsca pracy; mają wszystko, co jest im potrzebne do normalnego życia w normalnym społeczeństwie. Pomagają swoim rodzicom, znajomym, czasem ośrodkowi. Na przykład wpadają na genialne pomysły, jak urządzić nam święta czy jubileusz. To rzeczy, których się na ogół nie spodziewam. Wielokrotnie zdarzyło się, że przybiegali do mnie ze swoją pierwszą pensją, chcąc mi ją wręczyć. To rodzaj pochwalenia się: „Oto mam coś, czym mogę się podzielić.” No i przyprowadzają do mnie swoje dzieci.

Chyba Boże Narodzenie w Indiach, w ośrodku dla trędowatych w Jeevodaya, wyglądało inaczej niż w Polsce?

Jest zimno, bo to w Indiach początek zimy. Ale temperatura w ciągu dnia wynosi około 25 stopni Celsjusza; w nocy spada do około 10 stopni. Nie mamy tam żadnych drzewek iglastych.

Nie ma choinki?

Zamiast niej mamy drzewko cytrynowe. Dzieci ozdabiają je jak chcą. Ale w związku z tym, że Jeevodaya – co znaczy „dający życie” – to ośrodek katolicki, więc przygotowaniem do Bożego Narodzenia są krótkie rekolekcje adwentowe, z których korzystają wszyscy. To duchowe przygotowanie jest ważne, no, ale dla Hindusów liczą się ozdoby. Święta po indyjsku to feeria kolorów, dźwięków, ładne ubranie i dobre jedzenie. To obowiązkowy zestaw. Oczywiście przygotowuje się też prezenty. My w ośrodku, w czasie adwentu mamy tak zwanych „christmas friends” – człowieka, za którego się modlimy przez cały okres adwentu o dobre przygotowanie do Bożego Narodzenia. W sobotę przed pierwszą niedzielę adwentu piszemy na karteczkach imiona wszystkich mieszkańców i rozmaitych przyjaciół, również z Polski, którzy chcą brać w tym udział, a potem losujemy, kto się za kogo modli. Ja na przykład ciągnę aż 14 losów, bo tyle osób z Polski mnie o to prosi. Ale to, kto za kogo się modlił, ujawniamy dopiero w dzień Bożego Narodzenia, kiedy składamy sobie życzenia. Wówczas słychać: „Ja się za ciebie modliłem, modliłam”. Wtedy dajemy sobie drobne prezenty, cukierki. Wciąż sobie myślę, że to jest chyba jedna z najtrudniejszych rzeczy – jak obdarować człowieka, żeby to było z pożytkiem i żeby nie było źle odebrane przez innych. Nie każdy jest w stanie obdarować kogoś czymś cennym czy właściwym, potrzebnym.

Jakie są prezenty?

Na przykład ubranka dla dzieci, kosmetyki, słodycze. Staramy się, aby dzieci na ten dzień miały coś nowego, żeby miały poczucie odmiany. Dla dzieci, które są u nas na stałe, bo nie mają nikogo z rodziny, a jest ich kilkanaścioro, zakupy robię sporo wcześniej.

Ile osób liczy cały ośrodek?

Przez cały okres pandemii było w ośrodku około 200 osób, dorośli i dzieci, również całe rodziny. To trędowaci, którzy potrzebują naszej opieki, ale też i rozmaici inni nieszczęśnicy. Jest na przykład dorosła już dziewczyna, nazywam ją Basieńka, która ma co prawda mamę, tatę i rodzeństwo, ale jest niepełnosprawna, a ponieważ matka od urodzenia jej nie akceptowała, to nawet gdyby teraz chciała wziąć ją na wakacje, to jej nie oddam. Z nią trzeba umieć się porozumieć. W obcym miejscu albo będzie się bała, albo krzyczała; zagubi się kompletnie. Te 200 osób to stali albo prawie stali mieszkańcy. Mogą się wyprowadzić, ale akurat w okresie pandemii nie mogli; nie mieli też pracy.

Jak wyglądała wigilia?

Nie obchodzimy wigilii w klasyczny sposób. Nie ma takiego zwyczaju. Nie urządzamy wigilii, nie zasiadamy do stołu. Nie ma opłatka; myślę, że wszystkim by się mylił z komunią świętą. Kiedy w ośrodku bywają polscy wolontariusze, albo goście z Polski, to czasem przygotowuję jakiś barszcz, czy coś w tym rodzaju. Opłatki zwykle dostawałam z Polski. Dzień przed Bożym Narodzeniem stroi się kościół; w tych dniach wygląda on jak sala balowa. Wszędzie wiszą kolorowe, papierowe girlandy, balony i mnóstwo innych ozdob. Jest wesoło i świetliście. Jest szopka, w której wszystko musi się kręcić, świecić, błyskać. Na początku trudno mi było się do tego przyzwyczaić. Te błyski, migające światełka bardzo mi przeszkadzały. Ale to kwestia przyzwyczajenia. Tak się ozdabia kościół i jego okolice. No i mamy konkursy szopek, gwiazd czy kartek świątecznych. Każdy może wziąć w nim udział, nagrody zazwyczaj są dla wszystkich. Ale pomysły są najróżniejsze – i z papieru, i z gadżetów, i ze słomy; słowem, dzieci mają możliwość popisania się wtedy swoimi twórczymi talentami.
Święto Bożego Narodzenia w Jevoodaya obchodzimy 25 grudnia. Jest świąteczne śniadanie, a wieczorem wspólna uczta. Wcześniej jest msza o północy, ale czasem, jak jest dużo małych dzieci, zaczynamy ją wcześniej, już o 22, podobnie, jak odbywało się to kiedyś w Watykanie. Po mszy, przed kościołem składamy sobie życzenia i to trwa i trwa. W tym czasie panie kucharki wydają mały poczęstunek. Jest ciasto, gorąca herbata. A młodzież – i to już stało się tradycją – zaczyna wtedy zabawę. Proszę sobie wyobrazić, jest po godzinie pierwszej albo przed drugą w nocy i wystawia się głośniki, włącza się muzykę i odbywają się tańce. Jest bajecznie kolorowo.

A uczta?

Odbywa się w pierwszy dzień świąt, wieczorem. Czasem przychodzą goście z zewnątrz. Jest mnóstwo jedzenia. No i znów są tańce. Młodzi na tańce zawsze mają siły. 26 grudnia to u nas normalny dzień pracy.

Teraz jest Pani w Jeevodaya w wielu rolach. Lekarka, administratorka, skarbniczka?

Jestem skarbniczką stowarzyszenia Jeevodaya, które jest formalnym właścicielem tego ośrodka. Stowarzyszenie musi się rozliczać przed państwem z zagranicznych dotacji. Jesteśmy pod kontrolą. Władza musi znać każdy nasz krok. Ośrodkiem administruje ksiądz.

Co jest wartością Pani życia od tych 32 lat spędzonych w Jeevodaya?

To, że jestem im potrzebna. Że mogę im pomóc. Że mam przywilej bycia z ludźmi, którzy pozwolili mi na to, otworzyli się przede mną, jak ja otworzyłam się dla nich. Że mnie pokochali, a ja miałam możliwość pokochać ich. To jest wartość. To nadaje sens mojemu życiu.

Kilka lat temu do Jeevodaya zawitał reżyser Paweł Wysoczański i postanowił zrobić o Pani film. W 2019 roku powstał „Jutro czeka nas długi dzień”, Pani dokumentalny portret. Jak to Pani przyjęła?

Po raz pierwszy z Pawłem Wysoczańskim spotkałam się w Polsce. Uzgadnialiśmy szczegóły, czy się zgodzę, czy nie. Z jednej strony ciekawe było dla mnie podzielić się tym, co tam przeżywam – a jeśli jest to ciekawe dla mnie, to myślę, że dla innych też może być jakimś otwarciem oczu na inną rzeczywistość. A z drugiej strony nie mam nic do ukrycia. Nie chciałam, żeby ten film to była laurka. Chciałam, żeby było prawdziwie.

I jest! To niezwykle poruszający dokument! Jaka była pierwsza Pani myśl po obejrzeniu tego filmu?

Pomyślałam: czy to w ogóle zrobi na kimkolwiek wrażenie? Po co to w ogóle? Czy ludzie to zrozumieją? Czy to coś da komukolwiek?

A dziś co Pani myśli? Było mnóstwo pokazów tego filmu w całej Polsce; na niektórych z nich Pani również była. Widziała reakcje ludzi, ich łzy i odbierała podziękowania.

Myślę, że coś to ludziom daje. A odbierają najróżniej.

Z perspektywy czasu – jadąc do Indii, nie wyobrażała sobie Pani, że tam zostanie. A co sobie wyobrażała?

Nic sobie nie wyobrażałam. A czy teraz sobie coś wyobrażam? Zawsze mam nadzieję, że będzie lepiej.

To czym to życie dla Pani jest?

Życiem, po prostu. Żyję na bieżąco, tu i teraz. Póki jestem potrzebna. Radością jest służyć ludziom. Pan Bóg zawsze wskazuje drogę. Jak będzie mnie chciał odwołać, to też znajdzie sposób.

Lubi Pani wyzwania?

Nie wiem, czy lubię. Ale jak stają przede mną, to… to biorę byka za rogi.

Rafał Jackiewicz: Teraz został mi już tylko cyrk...

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie