Hanna Chrzanowska była kobietą niezwykłą - fragment książki

Paweł Zuchniewicz, „Siostra naszego Boga. Niezwykła historia Hanny Chrzanowskiej”
Gdy umarła, tysiące krakowian żegnały ją ze łzami w oczach, a kondukt żałobny prowadził sam kardynał Karol Wojtyła. Kobieta o wielkim sercu, pielęgniarka, instruktorka, gotowa nieść pomoc tym, od których wszyscy odwracali wzrok. Jej biografię napisał Paweł Zuchniewicz, dziennikarz i publicysta katolicki

Zofia Szlendak słuchała kolejnej już reprymendy Zofii Kurek, dyrektorki Państwowej Szkoły Pielęgniarskiej: - Koleżanko, to jest przesada. Mamy wykształcić pielęgniarki, a nie pracowniczki opieki społecznej. Ja ostrzegam, nie ma zgody na angażowanie uczennic do chodzenia po domach poza minimum wymaganym przez program. To wszystko. Zofia podniosła się z krzesła, powiedziała: „Rozumiem”, i wyszła. Martwiła się podwójnie. O chorych i… o Hannę. W ciągu ostatnich dziesięciu lat wiele się zmieniło. Anna Rydlówna, która gorąco popierała pracę Chrzanowskiej wśród chronicznie chorych w domach, nie była już dyrektorką szkoły, czas nauki słuchaczek skrócono do dwóch lat, zmniejszono liczbę praktyk, a co najgorsze, władze mianowały dyrektorką kobietę, która niechętnym okiem patrzyła na domowe. Inne były też uczennice. Te, które przychodziły do szkoły tuż po okupacji, wybierały pielęgniarstwo świadomie. Przeważały wśród nich dziewczyny odpowiedzialne i samodzielne. Nie bały się zmęczenia, chętnie przyjmowały i wykonywały najtrudniejsze polecenia. Teraz było zupełnie inaczej. Nie stosowano już tak ostrych kryteriów przesiewania kandydatek, przyjmowano młode dziewczyny, często maturzystki zawiedzione, że nie dostały się na uczelnię. Nie miały one już w sobie takiego ducha służby, potrafiły szemrać, krytykować i skarżyć się na zbytnie obciążenia. Te skargi docierały do Kurkowej. Cioteczko, jestem między młotem a kowadłem - powiedziała Zofia Hannie, gdy spotkały się na Plantach, niedaleko Dominikanów. Odkąd weszła w krąg jej bliskich przyjaciół zwracała się do niej właśnie tak: „cioteczko”. - Uczennic ubywa, dostaję skargi, że są za mocno eksploatowane, a chorych coraz więcej. Nie dajemy rady.

- Przecież już mniej chodzimy do domów. - Chrzanowska była zrozpaczona. - Żeby tak zdobyć kogoś życzliwego, jakiegoś proboszcza, u którego w parafii zrobiłybyśmy przyczółek. Nie myślała już o tym, aby sprawę załatwić „od góry”, przez kurię i arcybiskupa Baziaka. Dwa lata wcześniej razem z ówczesną instruktorką Wiesią Francik poszły do biskupa Jopa, aby prosić go o pomoc. Myślały o tym, aby każde ze zgromadzeń zakonnych, których nie brak było w Krakowie, zajęło się jednym chorym. Mimo bardzo dobrej reakcji biskupa nic z tego nie wyszło. Próbowała też w pewnej parafii. Skończyło się na tym, że zrobiła awanturę, stając w obronie głodującej chorej, którą nie chciano się już zajmować, ponieważ odmawiała zgody na umieszczenie w zakładzie opiekuńczym.

- Jest jeszcze ksiądz Karol, pamiętasz… - przypomniała Zofia, która nieraz opowiadała Hannie o księdzu z kościoła Mariackiego.

- Rzeczywiście! Masz takiego księdza, który chodzi do chorych, to umów go z nami! Kilka dni później obie kobiety pojawiły się na ulicy Kanoniczej, gdzie mieszkał Wojtyła. Gospodyni, pani Marysia, przyjęła je bez specjalnej wylewności. Za swój obowiązek uważała chronić go, a tymczasem do jego drzwi pukało coraz więcej ludzi, szczególnie młodych.

- Księdza profesora jeszcze nie ma - oświadczyła.

- Poczekamy. Czekały długo. Wreszcie się pojawił. Zofia przedstawiła swoją dawną nauczycielkę:

- To jest pani Chrzanowska, o której Wujkowi wspominałam.

- Dobrze pamiętam pani ojca. W czym mogę pomóc?

- W Krakowie są rzesze cierpiących, ukrytych przed ludzkimi oczami chorych chronicznie - zaczęła Hanna. - Żyją w strasznych warunkach, pozbawieni podstawowej opieki. Odkrywamy coraz to nowych, brakuje możliwości, aby się nimi zająć. Instruktorki i uczennice szkoły pielęgniarskiej nie starczają, musieliśmy ograniczyć liczbę dyżurów. Ksiądz wie, co to znaczy, kiedy taki chory czeka na kogoś, a ten ktoś nie przychodzi? - Chrzanowskiej zadrżał głos. - Proszę sobie wyobrazić takiego człowieka: w brudzie, w zaduchu, w odleżynach, w samotności. Zaniedbane jest jego ciało i… dusza. Wojtyła słuchał jej, lekko uśmiechnięty. Drwi sobie czy co? Musisz nam pomóc! - Hannie ta myśl przeleciała przez głowę jak błyskawica.

- Potrzebujemy rąk do pracy, ludzi, którzy poświęcą się temu całkowicie. Nie przypadkowych ochotników, ale fachowców przygotowanych do pielęgnacji chorych, a zarazem oddanych im całym sercem - powiedziała zdecydowanie. - To znaczy, że ci ludzie muszą zarabiać. Jego odpowiedź ją zaskoczyła.

- Spotkamy się za trzy dni u księdza Machaya, proboszcza parafii Mariackiej - powiedział ksiądz.

- Proszę być o dwunastej przed ołtarzem Chrystusa Ukrzyżowanego.

Kołczan

Mąż alkoholik. Żona po operacji mózgu. Objęłyśmy opieką, kiedy się wydawało, że jest już w agonii. Bezwład całkowity, nieprzytomna, odleżyny ogromne. Odchuchaliśmy. Obecnie trochę chodzi, mówi bełkotliwie, ale jest całkowicie przytomna, zadowolona z życia.

Mąż ją kocha i dba o nią. Mają wychowankę. Dziecko było z początku bardzo trudne. Zadbano o jej odzież, wychowanie - pielęgniarka razem z inną pracownicą służby zdrowia, sąsiadką. Obecnie dziewczyna jest już prawie dorosła, dba o matkę, dobra, gospodarna.

Hanna spodziewała się ciężkiej walki, na którą nie mogła pójść bezbronna. Przygotowała sobie więc argumenty - miała nadzieję, że będą nie do odparcia. Jej dotychczasowe doświadczenia z angażowaniem struktur kościelnych do pracy dla chorych nie były dobre, więc zakładała, że i tym razem przyjdzie jej stoczyć ciężki bój. Co prawda z księdzem Machayem zetknęła się w czasie okupacji - prosiła go o pomoc i on jej bez zwłoki udzielił - ale to było tak dawno temu, że właściwie o tym zapomniała. A teraz miała za sobą wiele nieudanych prób przekonania parafii czy zakonów do włączenia się w pielęgnację chronicznie chorych. I nie miała wyjścia. Choćby przyszło jej ich zmusić - zrobi to! Jeśli zajdzie taka potrzeba, to wypuści całe mnóstwo strzał, nie tylko tę jedną. Która będzie następna?

Matka nieślubna na klinice położniczej. Dzieckiem zajmować się nie chce. Otaczamy ją opieką po wypisaniu; ponieważ nie ma warunków pozwalających na powrót z dzieckiem do domu - to ostatnie umieszczamy w Domu Małego Dziecka (bo w Domu Matki i Dziecka przyjęcia chwilowo wstrzymane: kwarantanna). Ale sprawa najważniejsza - rozbudzenie w matce uczuć macierzyńskich. Młodziutka pielęgniareczka co dzień prowadzi ją do zakładu, aby karmiła dziecko. Po kilku dniach matka chodzi już sama, nie można jej odgonić. Ojciec znany. Ta sama pielęgniarka skłania go (z trudem), aby zobaczył się z matką dziecka. Nie ma gdzie - więc cała trójka spotyka się gdzieś na ulicy. Wodzą się długo. Po paru dniach ojciec oświadcza: „Nie wiem, do cholery, co się stało, ale ta pani (tzn. pielęgniarka) tak mnie opętała, że chyba się ożenię”. Trudności, brak papierów dla urzędu stanu cywilnego - wszystkie przezwyciężone. Ale brak spodni dla pana młodego. Wytrzaskujemy spodnie. W końcu triumf: ślub - oczywiście za darmo, bo oboje nie mają pieniędzy - w kościele oświetlonym a giorno.

Ta historia skończyła się dobrze. Ale czyż nie ostrzejsza, celniejsza będzie strzała, która zaniesie inną wiadomość - o dramacie, który rozegrał się, ponieważ było już za późno:

Psychicznie chora w ciemnej norze bez okna, dziury w podłodze, rozwalone kraty, kopcący piecyk, barłóg zasłany łachami. Wchodzimy - nic nie widać przez dym, tylko rzuca się na nas pies. Po chwili dostrzegamy na barłogu stwora z włosami na jeża, z twarzą dosłownie czarną od brudu. Cała w strupach. Jedyne ogrzewanie zimą - to pies na barłogu. Chora co jakiś czas żywiona „przez ludzi”, rodziny nie ma, tylko brata poza Krakowem, który o siostrę nie dba. Tak całymi miesiącami. Pielęgniarka znalazła ją przypadkiem. Przenosimy do zakładu. Umiera w krótkim czasie. Takich historii miała w zanadrzu wiele. Może te trzy wystarczą, ale gdyby nie… O, opowie im następne, przygwoździ każdego, byleby tylko zdobyć pomoc, której potrzebowała rozpaczliwie. Był piękny czerwcowy dzień, kiedy ze swoim niewidzialnym kołczanem pełnym strzał weszła do bazyliki Mariackiej razem z Zofią. Pod ołtarzem Chrystusa Ukrzyżowanego czekał ksiądz nazywany przez Zofię Wujkiem. Denerwował ją trochę ten jego uśmiech, ale to teraz nie miało znaczenia. Przywitali się krótko i ksiądz zaprowadził je na plebanię. Ksiądz Machay kazał im usiąść na kanapie i spojrzał pytająco zza okrągłych drucianych okularów. Hanna zapisze w swoim pamiętniku:

Nie mogę inaczej określić mojego uczucia jak: wściekła pasja. Niechby odmówił! Niechby nie pojął! Przygotowałam w sobie na ten wypadek mnóstwo strzał - zamieniłam się cała w kołczan. Przedstawiłam mu krótko i węzłowato sytuację chorych. Brak istnienia pielęgniarstwa domowego w ramach służby zdrowia. Okaleczałą placówkę szkoleniową. Konieczność zaangażowania przez proboszcza stałej, płatnej opiekunki chorych. Wielki, siwy, patrzył na mnie spokojnie oczyma, które potem były tak bardzo biedne, a wtedy jeszcze zdrowe. Tak! Zagadnienie chorych jest mu znane jeszcze z parafii Najświętszego Salwatora. Rozumie. Potem rzeczowo: „1000 zł miesięcznie wystarczy?”.

- Wystarczy - potaknęłam olśniona, przecież to była płaca wyższa niż początkującej pielęgniarki. [W rękopisie z 9 sierpnia 1967: Przerwałam! Anioł Pański w południe. Wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie!] Ksiądz infułat dr Ferdynand Machay zmarł 31 lipca 1967 roku. I wówczas [podczas pierwszego spotkania] powiedział do mnie te znamienne słowa, które od razu dały nam wolną rękę i okazały, jak dalece ksiądz Machay rozumie, o co nam chodzi.

- Tylko pamiętajcie, ja z tym nie chcę mieć kłopotów. Wy jesteście fachowcy, nie ja. Odeszłam - mimo tryumfu - jak zmyta. Głupie strzały, z których ani jednej nie musiałam wypuścić.

Kropla w morzu

Miał przed sobą zaledwie kilka kartek, ale ważyły one więcej niż niejeden tom, który musiał przeczytać, przygotowując habilitację. Czy to możliwe, żeby takie rzeczy działy się w promieniu kilku kilometrów od jego domu, od wspaniałego zamku wawelskiego, co gorsza, w pobliżu tylu kościołów, których w Krakowie nie brakowało? Do zamkniętego zakładu leczniczego nigdy nie namawiamy forsownie. Ale czasem wyjątkowo musimy forsować. Mróz 12 stopni. Szopa w jakimś zakamarku na Podgórzu, nie opalana. Znowu barłóg, brudy, gałgany, głód. Chora około 40 lat. Psychoza i ciężki reumatyzm. Piszemy podanie, klęcząc na podłodze, oparłszy się o jakąś deskę: nie ma stołu ani stołka. Atak na pewien zakład zakonny. Przedstawiamy co i jak. Że mróz, że chora się zanieczyszcza. To nas zgubiło: „Taka młoda, to ileż ona prześcieradeł zużyje!”. Przerażone taką „caritas”, ale nie chcąc naszej chorej gotować dodatkowych przykrości, zaciskamy zęby i pertraktujemy dalej. Może jednak. Ale nic z tego. Na szczęście w innym, również - na szczęście! - zakonnym zakładzie przyjęcie ludzkie, serdeczne. Ale po jakimś czasie, gdy odwiedzamy chorą - zasada unikania zakładów pogłębia się w nas. Chora bywa niespokojna, krzyczy, nie może leżeć na dużej sali, a separatek nie ma. Jest tylko sześcioosobowa salka dla umierających. I tak nasza chora co dzień patrzy, jak umierają. Siostry zakonne temu nie winne - cóż innego mogły zrobić. A my?

Ksiądz Karol Wojtyła czytał relację Hanny wstrząśnięty i zarazem zadziwiony. Gdy usłyszał o niej pierwszy raz, była dla niego przede wszystkim córką wielkiego profesora polonistyki, wielkiego w jego oczach również ze względu na ofiarę z życia, którą Ignacy Chrzanowski złożył w obozie w Sachsenhausen. Ale już przy pierwszym spotkaniu zobaczył osobę, która - będąc nieodrodną córką swojego ojca - miała w sobie pasję skierowaną ku człowiekowi cierpiącemu. Jemu podporządkowała wszystko, także niewątpliwy talent literacki, tak widoczny w zapiskach, które otrzymał. Potwierdzały się jego wrażenia ze spotkania na Kanoniczej i później u księdza Machaya. Hanna była osobą o bardzo wysokiej kulturze osobistej, miała klasę wyniesioną z profesorskiego domu, zarazem jednak szła w miejsca, o których przeważnie ludzie z tak zwanych dobrych domów woleli nie myśleć. Zupełnie jak Brat Albert, świetny malarz Adam Chmielowski, który sens swojego życia odkrył wśród najuboższych w krakowskich ogrzewalniach. Brat Albert wpisywał się w bogatą tradycję Krakowa - miasta artystów, naukowców i… świadków miłosierdzia, podobnie jak niegdyś królowa Jadwiga, wielka władczyni o wielkim sercu.

W czasie okupacji postać Brata Alberta pomogła i Wojtyle odkryć powołanie - zrozumieć, że ma zostawić sztukę: poezję i teatr, dla służby Bogu jako ksiądz. Kiedy po wojnie i studiach w Rzymie wrócił do Polski, zrozumiał, że Adam Chmielowski był odpowiedzią Boga na nadchodzące czasy. Napisał sztukę Brat naszego Boga i przedstawił w niej Alberta jako człowieka, który nie tylko pomaga najuboższym, ale także staje się jednym z nich. Wspina się w ten sposób na szczyty świętości, naśladując Boga stającego się jednym z ludzi. W swej literackiej wizji przeciwstawił Adama partyjnemu agitatorowi, który ludzką nędzę chce wykorzystać, aby wzbudzić rewolucyjny gniew prowadzący do przewrotu i zmiany porządku politycznego. Adam nie wzbudza gniewu - on daje dowód miłości i w ten sposób dokonuje największej rewolucji. Władze komunistyczne zdawały sobie sprawę, jak ważna dla misji Kościoła jest posługa potrzebującym.

Nie wystarczyło im usunięcie katechezy ze szkół, utrudnianie na każdym kroku życia religijnego. Komuniści zabrali Kościołowi Caritas i pozamykali lub przejęli prowadzone przez zakony zakłady opiekuńcze. I oto pojawia się ta kobieta pochłonięta pasją pomagania ludziom chronicznie chorym. Jej wizja była inna niż dotychczasowa praca charytatywna Kościoła. Zakład opiekuńczy był dla niej ostatecznością - chciała pielęgnować chorych w ich domach. Była świeckim fachowcem, lecz prowadziła głębokie życie wewnętrzne. I ta jej szczerość. To cenił najbardziej, choć prawda, którą przekazywała, była bardzo bolesna.

Matka nieślubna jakoś donosiła ciążę, ale jeszcze nic straconego: kiedy doznała bólów porodowych, otwarła okno na mróz i rodzi, stojąc. Niech się dziecko zaziębi i potłucze, przecież nie powinno żyć. Jakoś ją tak zastają sąsiedzi, wszczynają alarm. Na klinice jeszcze nie rezygnuje, strąca dziecko z łóżka. Ale i to nie pomaga. Dziecko żyje. Odłączamy je od matki.

Czytając to, nie mógł nie pomyśleć o słowach Izajasza:

Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie.

Chrzanowska była odpowiedzią Boga na ludzką nędzę. Pielęgniarka wchodzi do pokoiku zarośniętego brudem i pajęczynami. Krzyk: „Proszę ich szukać pod łóżkiem!”. Pielęgniarka zagląda pod łóżko, siedzą tam gołębie. To jedyna pociecha czterdziestoletniego samotnika ciężko chorego na serce, z nogami jak kłody. Chory żarty przez muchy - najważniejsza sprawa to rozwieszenie lepów. Całe festony lepów. Brud i głód. Myjemy, zanosimy leki. Chory jest dobry, łagodny. Kiedyś zastajemy trupa, gaz był odkręcony. Chory nie chodził. Więc może jakiś amator na mieszkanie? A może jakaś dalsza rodzina - aby zagarnąć jakąś tam chudobę?

Notatki te pod koniec 1957 roku Hanna Chrzanowska zostawi na biurku redaktora „Tygodnika Powszechnego” Tadeusza Żychiewicza. Załączy do nich ręcznie napisane objaśnienie:

Jestem pielęgniarką. Od dawna doszłyśmy do wniosku, że zamknięte zakłady lecznicze nie wszystko są w stanie załatwić. (…) O jakie sprawy chodzi, wyjaśni tekst, który załączam. To nie jest literatura. Ręczę osobiście, że wszystkie podane w nim fakty są dosłownie prawdziwe. Jest to zresztą tylko niewielki ułamek. Dwie karty z pielęgniarskiego notatnika. Proszę zrobić z nimi, co Pan uzna za stosowne. Jeśli Redakcja zdecyduje się opublikować je - proszę nie podawać mojego nazwiska. To naprawdę zupełnie niepotrzebne. Proszę tylko dodać, że akcja otwartego pielęgniarstwa rozwija się i że znalazła już oparcie (także finansowe) w jednej z krakowskich parafii. Nie wiem, do kogo kierować by należało te kartki: do znudzonych, do narzekających, do sytych i zabezpieczonych - czy może prościej: do ludzi. Ale to już brzmi zbyt drętwo. Gdyby przypadkiem kogoś zainteresowały te sprawy - będzie Pan wiedział, do kogo kierować zainteresowanych.

A Karol Wojtyła w czasie prowadzonej w adwencie 1957 roku konferencji dla lekarzy powie:

Opieka nad człowiekiem nieszczęśliwym, opuszczonym, nad chorym, który nie znajduje się wprawdzie w szpitalu, ale w straszliwych warunkach żyje gdzieś w samotności w swoim mieszkaniu, które nie przypomina często miejsca pobytu człowieka. Tę sprawę zasygnalizowały pielęgniarki. I wokół tego zagadnienia toczyła się w Polsce dyskusja na podstawie artykułu w „Tygodniku Powszechnym”, wzbudzającego ogólne zainteresowanie. Na skutek tego w nie- których parafiach została podjęta przez pielęgniarki akcja takiej opieki nad chorymi i jest prowadzona. Ale to jest kropla w morzu, tu trzeba nieporównanie więcej.

Zdjęcie udostępnione dzięki uprzejmości Katolickiego Stowarzyszenia
Pielęgniarek i Położnych Polskich

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie