Hall: Postawię na nogi to, co stoi na głowie

Katarzyna Hall
Wojciech Gadomski/POLSKA
Ma wizję szkoły idealnej: dobrze opłacani nauczyciele uczący dzieci na podstawie mądrych programów. Czy to realne? Katarzynę Hall pyta Dorota Kowalska

Pani minister, ma pani odwagę do-wiedzieć się, co myślą o polskiej szkole uczniowie?
Nie żyję na Księżycu. Sama chciałabym wiele zmienić w naszym systemie kształcenia.

My dwa tygodnie temu spytaliśmy o szkołę maturzystów. Odpowiedzieli: "Nauczyciele to wrogowie odwalający pańszczyznę. Programy są dla kujonów, nie dla myślących. Testy egzaminacyjne - dla debili". I mają rację, bo tak fatalnych wyników egzaminów w podstawówkach i gimnazjach jeszcze nie było. Może szkołę publiczną w obecnej postaci należałoby zburzyć, ziemię zaorać i zacząć wszystko od początku?
Rewolucji typu "od jutra wszystko będzie wyglądało inaczej" nie będzie. Mam swoją wizję szkoły - przyjaznej, skutecznie uczącej, bezpiecznej. _Ale chcę do niej dojść metodą małych kroków. Przy wsparciu nauczycieli, rodziców, samorządów postawić na nogi to, co czasem teraz stoi na głowie. Inaczej się nie da.

Jak więc zamierza pani sprawić, aby uczeń klasy szóstej rozumiał wyrażenie: "jedyne miejsce pod słońcem" , a przeciętny gimnazjalista uzyskał z testu matematyczno-przyrodniczego więcej niż dwóję?

Wyniki tegorocznych egzaminów istotnie nie są budujące. Zwłaszcza zadania wymagające umiejętności samodzielnego myślenia, a nie odtwarzania zapamiętanych formułek, sprawiły dzieciom najwięcej kłopotów. _To, że polscy uczniowie mają kłopot z logicznym myśleniem i analizowaniem, potwierdzają zresztą dane PISA (Program Międzynarodowej Oceny Umiejętności Uczniów - przyp. red.). I to pokazuje, że obecna szkoła opiera się na złych podstawach programowych - uczymy powierzchownie, zmuszamy do zapamiętywania wielkiej liczby faktów, zamiast uczyć rozumowania. Niestety, przy obowiązującym dziś programie nauczania nie ma na to po prostu czasu.

To co, wydłużamy rok szkolny? Albo liczbę lat spędzonych w szkole?
Dzisiaj to, czego uczymy w szkole podstawowej, powtarzamy w gimnazjum, a potem utrwalamy w liceum. Zacznijmy więc od tego, żeby dzieci nie uczyły się na każdym etapie edukacji tego samego. Gdyby zdjąć okładki z pod-ręczników, to założę się, że wiele osób miałoby trudność w ocenie, czy są to podręczniki gimnazjalne, czy licealne, bo ich zawartość jest prawie identyczna. Ale tak obszerna, że nauczyciel gna z programem, a i tak nie jest w stanie go zrealizować. Na przykład zarówno w gimnazjum, jak i w liceum nauczyciele na lekcjach historii zwykle nie dochodzą do tej najnowszej, bo muszą przejść po kolei przez wszystko. Gdzie tu miejsce na refleksję, analizę prowadzącą do zrozumienia?

Nasi eksperci pracują nad tym, aby potraktować sześcioletni cykl nauki w gimnazjum i w liceum jako całość. Niektóre działy realizować w gimnazjum, inne w szkole średniej.

To może być trudne choćby ze względu na różnicę poziomów - gimnazjum traktowane jest przez wszystkich, także nauczycieli, jako zło konieczne. Taka przechowalnia dzieciaków w trudnym wieku, gdzie nie sposób niczego nauczyć. Chodzi o to, by rozłożyć odpowiedzialność za kształcenie pomiędzy gimnazjami a liceami. Kiedy materiału będzie mniej, stanie się to łatwiejsze. I efekty będą lepsze. A wtedy nauczyciel w liceum będzie mógł zaufać, że w gimnazjum czegoś jednak uczą.

A może - jak chce wielu nauczycieli i rodziców - zlikwidować gimnazja i wrócić do starego?
Gimnazjum to idealne miejsce na odkrywanie zdolności i zainteresowań. To również burzliwy okres dorastania, kiedy młody człowiek ma różne pomysły, poznaje sam siebie. Trzeba mu w tym pomóc, indywidualizując podejście do ucznia, rozbudzając jego zainteresowania, zamiast równać do średniej. Sprawić, aby szkoła stała się interesująca, taka, do której idzie się z przyjemnością.

Wspaniale! Tylko jak to zrobić?
Oprócz "normalnego" programu, czyli polskiego, matematyki czy historii, chcemy wprowadzić zajęcia fakultatywne. Uczeń sam będzie wybierał, _co go interesuje: warsztaty muzyczne, malarskie czy o charakterze artystycznym. Do tego zajęcia praktyczno-techniczne do wyboru i sport - dla jednych wyczynowy, dla innych rekreacyjny. Nasi eksperci przygotowują pakiet ró-żnych tematów. Uczniowie będą mu-sieli wybrać kilka spośród nich. I jest duża szansa, że jeśli przez trzy lata dziecko będzie chodziło np. na zajęcia teatralne, to ten teatr zostanie w nim na całe życie. Kolejna kwestia to nauka języków obcych - w podstawówce jeden już od pierwszej klasy, w gimnazjum dwa, z obowiązkiem kontynuacji tego wcześniejszego. Dlatego konieczne jest stworzenie grup o różnym stopniu zaawansowania, by nie uczyć jeszcze raz od początku.

Prawdę mówiąc, nie wyobrażam sobie, by gimnazja mogły sobie z tym wszystkim poradzić organizacyjnie.
Te zmiany weszłyby w życie w 2009 roku. Mamy już nową podstawę programową i jest rok na przygotowanie materiałów dydaktycznych, bo przy zmienionych programach po-trzebne będą nowe podręczniki. Również szkoły potrzebują czasu na przystosowanie się do zmian. Spotykam się ze środowiskami oświatowymi i samorządowymi, bo to one są organizatorami edukacji w terenie. Konsultuję ich opinie. Już jesienią do szkół trafią poradniki, jak w nowej rzeczywistości organizować pracę.

W tym samym roku, kiedy ma nastąpić "przewrót gimnazjalny", zamierza pani wysłać do szkół sześciolatków. Nie bacząc na opór przerażonych rodziców. Tej zmiany nie pojmuję, zważywszy na fakt, że przedszkolne zerówki to jedyne dobrze funkcjonujące ogniwo w polskim systemie nauczania.
Zgoda. Tyle że dzieci po zerówce idą do pierwszej klasy i znów uczą się od początku stawiania literek. To strata czasu. Poza tym byłoby więcej miejsca w przedszkolach dla młodszych dzieci. Bo jeśli chodzi o przedszkola, to zajmujemy ostatnie miejsce w Unii Europejskiej. W Polsce chodzi do nich zaledwie 38 procent czterolatków, a w innych krajach UE ponad 80 procent. Oczywiście nie zawsze jest to tylko problem braku takich placówek. Są rejony w naszym kraju, gdzie po prostu nie ma tradycji edukacji przedszkolnej. Szczególnie na wsi, gdzie wciąż dzieckiem zajmuje się babcia czy dziadek. A mnie zależy na tym, aby upowszechnić wychowanie przedszkolne, bo dziecko musi się uspołeczniać, być choć kilka godzin dziennie wśród rówieśników. Wtedy łatwiej będzie mu później w szkole.

Jestem za upowszechnianiem przed-szkoli. Jednak przeciw sześciolatkom w szkole. Raz, że nie jest to najbezpieczniejsze miejsce dla takiego malucha. Dwa, nie wyobrażam sobie unieruchomienia sześcioletniego dziecka przez 45 minut w ławce.
Albo szkoła jest bezpieczna i można tam wysłać zarówno siedmiolatka, jak i sześciolatka, albo jest źle i trzeba to poprawić. Szkoła podstawowa musi czuć się odpowiedzialna za wysoki standard opieki nad małymi dziećmi. Grupy tak liczne, jak w przedszkolu, ciekawe zajęcia, wyposażenie sal w odpowiednie pomoce dydaktyczne i zabawki. Klimat pracy małego dziecka powinien być bezpieczny, spokojny, przedszkolny. Dotyczy to całego okresu nauczania początkowego. Bo dziś aż dla jednej czwartej siedmiolatków szkoła jest zbyt trudna i obca. I stąd się biorą porażki szkolne. Wierzę, że można to zmienić, że samorządy są w stanie odpowiednio zadbać o szkoły, a kadra nauczycielska jest dostatecznie wykwalifikowana.

Skąd u pani taka wiara w kwalifikacje nauczycieli? Nie od dziś wiadomo, że do tego zawodu idą ci, którzy nie mają szans na nic innego - z chwalebnymi wyjątkami - nieudacznicy. Sfrustrowani pracą, której nie lubią. I żenująco niską płacą.
Wciąż pracuje w tym zawodzie mnóstwo osób z pasją i powołaniem. Nasi nauczyciele w większości mają wysokie kwalifikacje - wyższe wykształcenie. Zależy mi też na tym, żeby młodzi ludzie chętniej wybierali ten zawód.

Pieniądze, pani minister. Inaczej zawsze będzie selekcja negatywna do zawodu. A to przecież nauczycielem szkoła stoi.
Trudno znaleźć pieniądze na równe podwyżki dla wszystkich nauczycieli, bo to najliczniejsza grupa zawodowa w sferze budżetowej - około 600 tysięcy osób. Dlatego jeśli zależy nam na tych młodych, musimy im więcej płacić. Gdyby porównać ich wynagrodzenie z pensjami kolegów w innych krajach - w stosunku do PKB (produktu krajowego brutto) - okaże się, że są na szarym końcu, podczas gdy nauczyciele przed końcem kariery są już na szóstym miejscu w tej międzynarodowej stawce. To bardzo niesprawiedliwe proporcje.

Już widzę te protesty i wymachiwanie Kartą nauczyciela. Nie lepiej zlikwidować Kartę i urynkowić zawód: zmniejszyć zatrudnienie, zwiększyć pensum godzin i po prostu dobrze płacić za ciężką pracę tak jak w szkolnictwie prywatnym?
Karta nauczyciela to dokument, który daje pewne poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji tej grupie zawodowej. Trudno nagle odebrać to, co kiedyś się dało. Jednak można i trzeba Kartę unowocześnić. Stąd propozycja zmian zapisu sztywnego podziału proporcji wynagrodzeń. Będziemy także rozmawiać ze związkami zawodowymi o zwiększeniu liczby godzin pracy, o bardziej motywującym systemie wynagradzania. Jednak - tak jak powiedziałam na początku - aby uzdrowić polską szkołę, potrzebna jest długoterminowa terapia. Wiele z tych propozycji to tylko kwestia odpowiedniej organizacji pracy.

Rok, który pozostał do wdrożenia tych wszystkich reform, to zaledwie mgnienie oka: nowe programy, podręczniki, organizacja, płace… To tyle, co tydzień dla ucznia przed maturą. Nie lepiej dać sobie więcej czasu, aby znów nie było falstartu?
Jak tylko uda się wprowadzić odpowiednie zapisy do budżetu na najbliższy rok, należy od razu zacząć myśleć o wynagrodzeniach w perspektywie kolejnych budżetów. Natomiast tam, gdzie jest więcej do zaplanowania i zrobienia - jak na przykład na poziomie kształcenia licealnego i zawodowego - zostawiamy sobie więcej czasu na przygotowania.

[email protected]

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

I
Iza

Zdanie Pani Doroty Kowalskiej: "nie od dziś wiadomo, że do tego zawodu [nauczyciela] idą ci, którzy nie mają szans na nic innego - z chwalebnymi wyjątkami - nieudacznicy" świadczy nie tylko o nieznajomości tematu, o którym się pisze. Czy jest Pani może nauczycielem? Obawiam się, że nie. Aby nim zostać, należy posiadać wiedzę i umiejętności, których - zdaje się - Pani brakuje. Pani buńczuczność i arogancja obrażają wielu nauczycieli, wśród których nie wszyscy są (jak Pani twierdzi) "sfrustrowani pracą". Obawiam się, że osoba stawiająca kwestie tak krańcowo, mimo nieznajomości pracy nauczyciela, nie może uważać się za dobrego dziennikarza.

Dodaj ogłoszenie