Hakerzy atakują wybory w Niemczech. Istnieje obawa, że wpłyną na wyniki głosowania

Andrzej Dworak
pixabay.com
W tym roku niemieckie służby bezpieczeństwa co najmniej trzykrotnie informowały o prowadzonych z zagranicy cyberatakach na Bundestag. Istnieje obawa, że próby zmanipulowania niemieckich wyborów parlamentarnych mających się odbyć w niedzielę mogą mieć wpływ na ich wynik.

Za wieloma takimi atakami stoi rosyjski wywiad wojskowy. Tak sądzą niemieccy eksperci zajmujący się Rosją oraz służby bezpieczeństwa Republiki Federalnej. Nasilenie się tego trendu obserwowane jest przynajmniej od 2015 roku, kiedy na długi czas zostały złamane zabezpieczenia dostępu do skrzynek pocztowych posłów do Bundestagu.

Kilka miesięcy temu miał miejsce nowy atak phishingowy – jak się uważa – pozostającej na usługach rosyjskiego wywiadu wojskowego GRU grupy UNC1151, która uruchomiła akcję „Ghostwriter”. Tego typu działania polegają na tym, że sprawca podszywa się pod inną osobę lub instytucję, by wykraść informacje poufne, zainfekować komputer szkodliwym oprogramowaniem lub nakłonić ofiarę do określonych działań. Ich ofiarą padają także prywatne adresy mailowe polityków, z których mogą być rozpowszechniane osobiste i intymne informacje albo fabrykowane fałszywe wiadomości.

Dlatego na początku września kluby poselskie partii SPD i CDU/CSU przekazały najnowsze ostrzeżenie w tej sprawie do swych członków i współpracowników, a już w piśmie z 24 czerwca Federalny Urząd Ochrony Konstytucji, czyli niemiecki kontrwywiad cywilny, i Federalny Urząd Bezpieczeństwa Technik Informacyjnych (BSI) ostrzegały:

„W obliczu zbliżających się wyborów do Bundestagu Federalny Urząd Ochrony Konstytucji obserwuje nasilenie się cyberataków zagranicznych służb specjalnych przeciwko członkom niemieckich partii politycznych”.

Arne Schönbohm, szef BSI, wylicza możliwe zagrożenia, do których należą: cyberstalking (nękanie, np. poprzez pisanie i wysyłanie niechcianych wiadomości e-mail, komentarze na forach internetowych, wysyłanie prezentów przez Internet), doxing (proceder zbierania i publikowania czyichś danych osobowych), hejt w necie, sabotaż w postaci podsyłania trojanów, dezinformacja.

Nawet jeśli ataki nie odniosą swojego prymarnego celu i nie wpłyną zasadniczo na to, że większość w Bundestagu osiągnie jakaś konkretna partia, a jej kandydat zostanie kanclerzem, to i tak spełniają swoje – wcale nie tak nieważne – zadanie drugie.

Są nim doprowadzenie do kryzysu zaufania do państwa i jego instytucji oraz polaryzacja społeczeństwa prowadzące do destrukcji funkcjonowania całego systemu i kolosalnych trudności w reagowaniu na potrzeby i zagrożenia.

Dwie strony medalu

Dobrodziejstwo naszych czasów – social media, usługi oferowane przez Facebook, Instagram, Youtube, WhatsApp, Telegram czy choćby praca zdalna w dobie pandemii – jest także polem do propagowania fake newsów. Skutki takich praktyk są coraz bardziej odczuwalne – także w Niemczech, gdzie od kilku lat podchodzi się do tego zjawiska poważnie. Że tak trzeba, potwierdzają badania – najbardziej narażeni na dawanie wiary dezinformacji są w RFN (zapewne nie tylko tam) osoby 60+, z których tylko połowa potrafi odróżnić prawdę od fałszu. W grupie ludzi jeszcze starszych – 75+ – rozeznanie jest jeszcze mniejsze i wynosi 37 proc. Tymczasem to właśnie wyborcy starsi stanowią największą grupę obywateli uprawnionych do głosowania, a ponad 80 proc. z nich na wybory chodzi.

Oni dość łatwo mogą uwierzyć, że prawdziwy jest obraz Armina Lascheta, kandydata CDU na kanclerza, który sam stoi pod parasolem w deszcz, a obok moknie jakiś biedak z terenów dotkniętych powodzią. Uwierzą, że fotomontaż ukazujący kandydatkę Zielonych Annabelę Baerbock jako nagą modelkę, to autentyk… Nawiasem mówiąc, Baerbock jest politykiem najczęściej atakowanym w trakcie kampanii wyborczej przez fake newsy.

„Wybory są bezpieczne”

Tak twierdzi szef niemieckiej komisji wyborczej Georg Thiel. O ironio – taki stan zawdzięczają Niemcy także zacofaniu w postępach cyfryzacji (przyśpieszenie tego procesu wpisały sobie na sztandary kampanii wyborczej wszystkie partie). W innych krajach istnieje już możliwość głosowania elektronicznego, co stwarza możliwość nadużyć – dość często obserwowanych. Takie systemy są podatne na ataki, które nawet jeśli nie wyrządzają wielkich szkód, podważają zaufanie do wyborczego wyniku. Niemcy jak dotąd stawiają na maksymalne zaufanie do procesu wyborczego i rezygnują z głosowania w sieci. Thiel twierdzi nawet, że obecny system w Republice Federalnej jest ekstremalnie odporny na ataki. Wyborcy oddają głosy za pomocą długopisu i – by tak rzec – papierowo. Dopiero potem następuje etap elektroniczny, polegający m.in. na przekazywaniu pierwszych wyników podczas wyborczego wieczoru. Ten moment jest – według Thiela – dostatecznie zabezpieczony. Tydzień przed wyborami system jest zamrażany, żeby natychmiast dało się zauważyć najmniejsze nawet zmiany. Wyniki w trakcie wieczoru wyborczego nie są przekazywane przez internet, tylko przez osobną, zaszyfrowaną sieć.

Wybory, sedno demokracji, są zatem bardziej narażone przez kampanie dezinformacyjne niż przez bezpośrednie fałszerstwa. Uczciwe wybory są solą w oku przywódców państw rządzonych autokratycznie i to oni stoją za próbami ich destabilizacji, ale – jak stwierdził niedawno minister spraw wewnętrznych RFN Horst Seehofer z CSU – przeciwników demokracji nie brakuje w samych Niemczech. Do ich oręża należy zasiewanie wątpliwości w poprawność głosowania korespondencyjnego.

Olaf Böhnke z organizacji Alliance of Democracies powiedział ostatnio, że ataki na wybory korespondencyjne przybrały na sile. Taka narracja miała miejsce już podczas wyborów w 2017 roku, a jej autorami były niewielkie prawicowe ugrupowania. Tak było też m.in. na terenie USA w roku ubiegłym, kiedy podważano zaufanie do głosowania listownego. Böhnke mówi, że przed obecnymi wyborami taki proceder uprawiany jest przez partie – choćby populistyczną AfD, która w swoich postach wyborczych na Facebooku zasiewa wątpliwości co do wyborów korespondencyjnych. Nie posuwa się przy tym do odbierania im legitymizacji, tylko podsuwa wątpliwości.

Angela Merkel głosuje listownie

Na tydzień przed wyborami do Bundestagu zaobserwowano znaczny wzrost wyborców głosujących listownie. Trend ten – według ankiety gazety „Welt am Sonntag” – dominuje w wielkich miastach. Frankfurt nad Menem i Brema rozesłały już dwukrotnie więcej pakietów do głosowania korespondencyjnego niż w tym samym czasie przed wyborami parlamentarnymi w 2017 roku . Dokładne liczby są takie: we Frankfurcie nad Menem rozesłano 160 500 pakietów wyborczych, w Bremie 130 000. Również Duesseldorf odnotował o 50 proc. więcej wniosków o udział w wyborach korespondencyjnych (170 000). Podobnie dzieje się w Monachium, Berlinie i innych niemieckich metropoliach.

Według „Die Welt" udział wyborców chętnych do głosowania korespondencyjnego już teraz wynosi w Nadrenii-Palatynacie 41 proc., a w Nadrenii Północnej-Westfalii 29,5 proc. W tym samym czasie cztery lata temu w Nadrenii Północnej-Westfalii o głosowanie korespondencyjne wystąpiło 17 proc. wyborców. To zjawisko rośnie od czasu zjednoczenia Niemiec. W 1990 roku tylko 9,4 proc. wyborców oddało swój głos w ten sposób, w 2017 r. już 28,6 proc. Oczywiście, ten wzrost w tym roku ma także związek z pandemią koronawirusa, ale przy okazji to bezpieczny sposób głosowania, w którym do tej pory nie odnotowano żadnych znaczących nieprawidłowości. Również kanclerz Angela Merkel odda swój głos w wyborach 26 września listownie.

Nawet jednak, kiedy fundament demokracji w Niemczech pozostanie nienaruszony, wybory oprą się wszelkim manipulacjom, nie znikną wśród partnerów najsilniejszego państwa UE, członka NATO, obawy dotyczące wyniku wyborów. Sytuacja polityczna jest złożona, możliwe są przeróżne układy na szczytach władzy w Berlinie.

Niepokój w Waszyngtonie, Paryżu, Londynie, a przede wszystkim w Warszawie budzi to, że niebawem w Berlinie rząd może utworzyć koalicja SPD, Zielonych i Lewicy (czerwoni-zieloni-bardziej czerwoni). To ostatnie ugrupowanie (Die Linke, Lewica) opowiada się bowiem za wyjściem z NATO i uważa Zachód za „imperialistyczny projekt” – tak przynajmniej twierdzi „Die Welt”. Czy Niemcy pod lewicowymi rządami nadal będą zatem wiarygodnym partnerem w Sojuszu? Chodzi przede wszystkim o politykę wobec Rosji. Był gazociąg Nord Stream 2, a co teraz? Czy rząd z udziałem Lewicy zbliży się jeszcze bardziej do Moskwy? Jeśli tak, ataki rosyjskich hakerów są nawet zbędne. Efekt byłby jak dodatkowy bonus dla Moskwy.

Dopłaty do cen energii

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie