Gwiazda Busha jeszcze zabłyśnie

prof. Zbigniew Lewicki, amerykanista
W Europie Zachodniej krytyka amerykańskiej administracji oraz niechęć do niej są przejawami mody i dobrego tonu

Podczas swojej pożegnalnej wizyty w Europie prezydent Bush nie chciał oceniać amerykańskiego zaangażowania w Iraku. Zapytany o to przez jednego z dziennikarzy powiedział, że osądzi go historia. Co do tego nie ma wątpliwości, pozostaje jednak pytanie, jaki ten osąd będzie.

Z dzisiejszej perspektywy prezydentura Busha wydaje się raczej nieudana, przede wszystkim dlatego, że operacja w Iraku nie zakończyła się dotąd żadnym spektakularnym sukcesem. Jednak w przyszłości fakt, że USA zdecydowały się interweniować po to, by obalić jednego z najbrutalniejszych dyktatorów XX wieku, może być postrzegany zupełnie inaczej.

Jak wiadomo, zdania o amerykańskich prezydentach zmieniały się w przeszłości już wielokrotnie. Amerykanie lubią co jakiś czas przeprowadzać badania wśród historyków i publicystów, szeregując prezydentów od najlepszych do najgorszych. Co dziesięć lat kolejność nazwisk na tej liście dość poważnie się zmienia, tak jak zmienia się nasz osąd wydarzeń, wiedza, jaką o nich mamy, a także do pewnego stopnia nasza wrażliwość.

Dobrym przykładem jest tu prezydentura Harry'ego Trumana, który wydawał się prezydentem słabym, niedouczonym, miał fatalnie niskie notowania w momencie, gdy odchodził, i którego wszyscy uznawali za jednego z najgorszych szefów amerykańskiej administracji. Jednak z czasem ocena jego dokonań uległa zdecydowanemu przewartościowaniu. Okazuje się, że Truman bardzo wcześnie zrozumiał, czym jest ZSRR i jak mu stawić czoła. Potrzeba było pięćdziesięciu lat, by to dostrzec.

Obecnie jego reputacja stale się poprawia. Czy tak samo będzie w przypadku George'a W. Busha?
Dziś słabo pamiętamy fakt, że interwencja w Iraku nie była operacją jednowymiarową, której jedynym celem było wyeliminowanie Saddama Husseina i zdławienie Al-Kaidy. Z bliskiej perspektywy możemy nie dostrzegać geopolitycznego kontekstu, w jakim Bush podejmował decyzję o tym ataku.

Samuel Huntington określił go mianem zderzenia cywilizacji - zachodniej z młodą, ekspansywną cywilizacją islamską. Po ataku na WTC Bush podjął rzuconą rękawicę i przeciwstawił się najbardziej ekstremalnym nurtom cywilizacji, która zagroziła światu.

Być może w przyszłości człowiek, który uderzył na Irak i pokazał, co się dzieje, zostanie oceniony inaczej, a jego zasługi zostaną dostrzeżone. W świecie, w którym powszechnie obowiązuje poprawność polityczna, łatwo przegapić zagrożenia, dać się skrytykować i nie zauważyć, że "barbarzyńcy są u bram". Być może więc za dwadzieścia lat dostrzeżemy, że nie były to działania niemądre, lecz ze wszech miar potrzebne i konieczne, nawet jeśli teraz wydają się niesłuszne.

Oczywiście katalog błędów popełnionych w Iraku jest niezwykle szeroki i na pewno wpłyną one na ocenę Busha. Powstaje jednak pytanie, czy to wszystko nie służyło celowi, którego nie widać w krótkiej perspektywie. Jak się rozejrzymy po świecie, dostrzeżemy wiele przejawów agresywnej ekspansji islamu. Zarówno to, co się dzieje w Algierii, Iranie, jak i na przykład w nietolerancyjnej Arabii Saudyjskiej, wskazuje na chęć dominacji i rozszerzania islamu.

Bardzo znamienna była wizyta prezydenta Busha w Watykanie. Ponieważ zarówno poprzedni, jak i obecny papież nie popierali ataku na Irak, oczekiwano, że George Bush będzie przyjęty przez Benedykta XVI w chłodny sposób.

Tymczasem pożegnanie w ogrodach Watykanu było bardzo ciepłe i miało szczególny, osobisty charakter. Myślę, że papież chciał w ten sposób pokazać światu, że nie można polityki Busha oceniać w sposób zdecydowanie krytyczny i jednoznaczny. Istnieje bowiem szereg dodatkowych elementów wpływających na ocenę tej prezydentury.

Obecnie w Europie Zachodniej obowiązuje pewna moda, która zdominowała sposób myślenia niemal całej elity intelektualnej. Krytyka i niechęć w stosunku do obecnej administracji amerykańskiej jest dla wielu osób po prostu przejawem dobrego tonu.

Stany Zjednoczone są silne, syte, bogate i co najgorsze - zadowolone z siebie. Amerykanie nie potrzebują nikogo, a to wzbudza naturalną niechęć. Tłumaczymy sobie świat, poszukując wspólnego wroga.

W globalnej wiosce naszym wrogiem już nie jest Kowalski zza płota, ale cały naród. Ludzie mają taką potrzebę, bo wtedy łatwiej skanalizować niechęć i skoncentrować wszystkie problemy. Jednak ten antyamerykanizm nie jest winą Busha. Gdyby nie było Ameryki, trzeba by ją wymyślić, by było kogo obwiniać za całe zło tego świata.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie